Regułą obecnie jest, że przydzielony do łodzi motorniczy nie zna ani jednego wyrazu po angielsku, problemy komunikacyjne rozwiązując uśmiechem i na migi. Nie jest to nawet jakąś specjalną uciążliwością – ilość atrakcji zlokalizowanych na jeziorze jest powszechnie znana, a trasę wyznacza w zasadzie wybór, czy decydujemy się na rejs całodniowy, czy też półdniowy. Resztę ogarnia kapitan, który z pewnością nie zapomni nikogo dostarczyć do zaprzyjaźnionych warsztatów oraz sklepów, pobierając z tego tytułu dodatkowe uposażenie od ich właścicieli. Z tej perspektywy patrząc, wycieczka po Inle nie różni się więc zasadniczo od innych wycieczek organizowanych na całym świecie. Pierwszym żelaznym punktem programu jest uroczyste powitanie na tafli jeziora przez grupę artystyczno – kabaretową „Rybacy z Inle”. 

Rybacy Intha stali się rozpoznawalni dzięki niespotykanej gdzie indziej technice połowu ryb. Możliwość ich obserwacji na tle spektakularnych krajobrazów otoczonego wzgórzami jeziora bardzo szybko uczyniła z tego miejsca jedną z najbardziej popularnych destynacji w Birmie. Przede wszystkim rzuca się w oczy charakterystyczny sposób wiosłowania – rybacy stoją na rufie na jednej nodze, owijając stopę drugiej nogi wokół wiosła, dzięki czemu sterują łodzią dysponując oboma wolnymi rękoma. Do połowu wykorzystują stożkowaty bambusowy kosz zwany saung, obleczony siatką nazywaną pite htaung. Jak większość pozornie dziwnych rzeczy, które obserwujemy w życiu, tak również ten oryginalny sposób połowu wymyślony został nie z chęci imponowania turystom lecz jako odpowiedź ludzkiej pomysłowości na realne potrzeby wynikające z warunków położenia samego akwenu. Jezioro Inle jest dość płytkie, a jednocześnie jego dno jest dość gęsto porośnięte wodorostami i gęstymi chwastami hiacyntowymi. Łatwiej jest więc dostrzec ryby z pozycji stojącej, która umożliwia obserwację większej powierzchni oraz pozwala lepiej dostrzec unoszące się na wodzie pęcherzyki powietrza. Po wypatrzeniu ryb, Intha próbuje zamknąć je w obrębie dociskanego do dna stożkowatego kosza, zaś siatka odcina ofiarom drogę ucieczki. Złapaną w taką pułapkę rybę wyciąga się specjalnym harpunem. Nietypowy sposób wiosłowania okazał się pomysłem znacznie ułatwiającym skuteczny połów. Przemieszczanie się łodzią w ten sposób wymaga z pewnością dużej wprawy oraz utrzymywania odpowiedniej równowagi oraz siły, przy jednoczesnym zachowaniu zwinności. Sterowanie łodzią wymaga odpowiedniej siły nacisku na wolną nogę, podczas gdy noga „opleciona” wokół wiosła nie tylko wiosłuje, lecz także obraca i spowalnia łódź w razie potrzeby. Wśród ryb będących celem połowów wymienić należy przede wszystkim karpia nga – hpein. Poza nim łowi się tu również ngapę, tilapię oraz snakeheada z rodziny żmijogłowatych. 

Jezioro Inle, Phaung Daw Oo Paya - najważniejsza świątynia buddyjska w południowej części stanu Szanów

Jezioro Inle stało się atrakcją turystyczną ze względu na niezwykle malownicze położenie, gwarantujące zapierające dech w piersiach widoki, a także jako miejsce charakteryzujące się dużą różnorodnością etniczną zamieszkujących ten obszar ludzi. Na targowiskach wokół jeziora  spotyka się przedstawicieli Szanów, Pa-O, Kayah, Danu, Danaw i Taung Yo. Najliczniejszą grupą etniczną są Intha, którzy znani są z charakterystycznej techniki wiosłowania przy użyciu nogi. Jezioro o powierzchni 116 km² położone jest na wysokości ponad 800 m.n.p.m. na płaskowyżu Szan, gdzie wraz ze wzrostem wysokości maleje temperatura i zwiększa się ilość opadów. W trakcie pory suchej jego głębokość waha się pomiędzy 2,1 a 3,7 metra – jest więc jeziorem bardzo płytkim. Różnorodność etniczna ludności zamieszkującej obszar jeziora przekłada się bezpośrednio na bogactwo form wyrobów tkackich oraz rękodzieła oferowanego na licznych targowiskach. Z uwagi na niezbyt wygórowaną cenę wynajęcia łodzi, warto zastanowić się nad całodzienną wycieczką – kapitan łodzi z pewnością będzie potrafił zorganizować czas w miarę intensywnie, a w razie czego można przecież odżałować te 2 dolary i zażyczyć sobie wcześniejszy powrót. Warto rozważyć również rezerwację prywatnego rejsu – w innym wypadku koszt wycieczki spadnie może z 5 dolarów do 3 za osobę, ale podróżując w dużej grupie z przypadkowymi ludźmi trudno jest zarządzać czasem w sposób adekwatny do własnych potrzeb – wiadomo, jeden będzie chciał spędzić więcej czasu na zakupach, ktoś inny posiedzi dłużej w restauracji, a komuś wogóle nie będzie się chciało oglądać świątyń na południowym brzegu jeziora. Przy tak niskich opłatach za wynajem łodzi warto jest chyba zaiwestować 2 dolary więcej i być panem własnego losu.  

B I R M A

B I R M A

B I R M A

                            B I R M A

B I R M A

B I R M A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Coraz więcej osób jest rozczarowanych tym, co próbuje im się sprzedać nad jeziorem jako „prawdziwą egzotykę”, ale ponieważ ogólna liczba osób przyjeżdżających nad Inle systematycznie co roku wzrasta, można pewnie odnotować znaczny przyrost tych zachwyconych, a ci rozczarowani giną w liczbach statystyk. Nie krytykowałbym zresztą aż tak bardzo miejscowej ludności – świat podróżników również ulega komercjalizacji, a dotarcie do miejsc takich jak Inle jest coraz łatwiejsze i odbywa się w coraz bardziej komfortowych warunkach. Być może Marco Polo też uznałby za "komercyjnych leszczy" dzisiejszych podróżników, docierających do odległych krain po kilkunastogodzinnym locie i przemieszczających się na miejscu klimatyzowanymi autokarami, a nie jak on – przemierzających świat na piechotę w trakcie wieloletnich wypraw. Podróże są coraz tańsze, świat coraz łatwiej dostępny, a uciążliwości w jego zwiedzaniu są coraz mniejsze. Przemierzając kontynenty stajemy się dla ludności tubylczej żywymi reklamami wygodnego życia, zostawiamy im obraz naszego komfortowego świata, a lokalne społeczności też chcą taki świat sobie zbudować. Nie oczekujmy, że wożąc ze sobą zapalniczki będziemy fotografować tubylców rozpalających ogień za pomocą krzesiwa. Komercjalizacja świata z pewnością bardzo ogranicza możliwość poznawania innych kultur, ale za ten proces odpowiadamy my, a nie miejscowa ludność, która próbuje jedynie się dostosować do naszych potrzeb i sprostać naszym oczekiwaniom. Co nie zawsze zresztą jej się udaje, w szczególności gdy człowiek pragnie np. przedzierać się z maczetą przez dżunglę, a na miejscu pakują go do klimatyzowanego busa. W przypadku Inle, ludzie przyjeżdżają tutaj zwabieni możliwością podglądania tradycyjnych połowów rybaków Intha, spotkania kobiet – żyraf z plemienia Padaung, czy też obserwowania tradycyjnych wsi zlokalizowanych wokół jeziora. Wszystko to przyjezdni dostaną na tacy (przecież gdyby nie spotkali rybaków, to by się żalili w internecie zniechęcając innych do odwiedzenia jeziora i zostawienia tam paru dolarów), lecz po prostu w inny sposób niż  spodziewali się planując wyjazd. Czy warto w takim razie w ogóle odwiedzić jezioro Inle? Moim zdaniem absolutnie tak – nie jesteśmy w stanie zatrzymać procesów warunkujących komercjalizację świata w obliczu masowej turystyki. Możemy się obrazić i gdzieś nie pojechać, ale przecież i tak dotrą tam inni i nawet nikt nie zauważy naszego buntu. Trzeba się cieszyć z tego, co jest i nie marudzić, bo jak wspomniałem - za ciemną stronę turystyki odpowiadamy my sami oraz nasze oczekiwania, żeby w trakcie jednodniowego pobytu udało się zobaczyć jak najwięcej atrakcji. Nie ma sensu stawiać się w pozycji urażonego odkrywcy, bo w dzisiejszych czasach możemy świat jedynie oglądać – na jego eksplorację już jest za późno. Możemy za to poprzez własne obserwacje i doświadczenia wzbogacać swoją wiedzę o świecie. 

Gdy tylko dyktatura generałów rozluźniła nieco opiekuńczy ucisk prowadzący społeczeństwo pewnym krokiem przez birmańską drogę do socjalizmu, w popularnych turystycznie miejscach wybuchła epidemia kapitalizmu. Jednym z takich miejsc jest jezioro Inle w centralnej Birmie,  wyznaczające linię frontu, na którym walczą ze sobą dwie przeciwstawne siły – z jednej strony tradycjonalizm wielu grup etnicznych zamieszkujących ten region, przez wiele lat odciętych od kontaktów ze światem zewnętrznym w wyniku realizowanej przez rząd generałów polityki izolacji kraju, a z drugiej postępująca błyskawicznie komercjalizacja tego miejsca, już w tej chwili kojarzonego z ciemną stroną masowej turystyki, zabijającej jakąkolwiek autentyczność obyczajów i wieloletnich tradycji odseparowanych dawniej od świata ludów. Jak wszędzie na świecie nie są to siły równorzędne i dość łatwo odgadnąć, która z nich zwycięży – wszak rękodzielnictwo jeszcze nigdy w historii nie pokonało coca-coli i McDonalda. Zobaczymy co przyniesie przyszłość w najbliższych latach i czy uda się miejscowym opanować pokusę „pójścia na łatwiznę” kosztem utraty odrębności kulturowej. Jednocześnie poczucie sprawiedliwości wymaga spojrzenia na to zagadnienie z nieco innej perspektywy – to nie dlatego turyści przyjeżdżają nad Inle, bo rybacy założyli zespół akrobatyczny tańczący na łódkach, a stoiska na targach w miejsce warzyw zapełniły pamiątki. Po prostu miejscowa ludność wychodzi naprzeciw oczekiwaniom docierających w to miejsce coraz liczniej turystów. Prowadzi to do pewnego paradoksu – rybacy przestali łowić ryby i pozują do zdjęć udając rybaków, czyli samych siebie sprzed kilku lat po to, aby udając rybaka umożliwić turyście zrobienie dobrego zdjęcia „autentycznego” rybaka, którego udają. Istne perpetuum debile. Na tradycyjnych targach następuje ekspansja figurek i kolczyków, zastępując stragany z żywnością, po którą mieszkańcy jeziora muszą udać się przecież w bardziej odległe miejsca (kolczyków do garnka raczej nie włożą). Krótko mówiąc – za parę groszy łatwo jest dziś fotografować balansującego z koszem na dziobie łodzi rybaka Intha. O wiele trudniej jest podglądać go przy pracy, czyli przy łowieniu ryb.

Birma (Mjanma), Inle

Wśród domów na palach, między świątyniami, unoszą się nad wodą sklepy z pamiątkami – o trudnych początkach kapitalizmu nad jeziorem Inle
Słynni „rybacy z Inle”, wiosłujący nogami, wyposażeni w charakterystyczne kosze obleczone siatką, to obecnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Birmy
Jezioro Inle - w wolnych chwilach Birmańczycy poświęcają się hazardowi

Wczesnym popołudniem odjechaliśmy taksówką w kierunku najbliższego lotniska, znajdującego się w oddalonym o 40 km od Nyaungshwe miasteczku Heho, skąd odlatywał do Rangunu samolot birmańskiego przewoźnika narodowego. Wizyta na tym terminalu była przygodą samą w sobie. Gmach lotniska stanowił sypiący się budynek, do którego można się było w zasadzie dostać bez bagażu omijając wszelkie punkty kontrolne (jedynie bagaże przejeżdżały przez jakiś starożytny skaner). Wewnątrz hali pojawiła się informacja o ponad godzinnym opóźnieniu naszego lotu – pracownik linii lotniczych przyszedł do poczekalni i przykleił do szyby za pomocą taśmy kartkę A4 z nową godziną planowanego odlotu. Udaliśmy się więc w kierunku palarni – było to pomieszczenie wydzielone z hali głównej za pomocą krat. Jak nietrudno się domyśleć, takie rozwiązanie technologiczne potrafiło zatrzymać wewnątrz palarni jedynie palaczy – dymu już nie koniecznie. Palarnia najwyraźniej nie spełniała zamierzonej funkcji, więc po jakimś czasie przestaliśmy się wygłupiać i paliliśmy na hali – nikt nam zresztą z tego powodu nie zwrócił uwagi. Na końcu hali znajdował się sklepobar serwujący każdy znany rodzaj alkoholu, więc do palarni chodziliśmy potem głównie po to, aby się spokojnie napić. Generalnie, pobyt na tym lokalnym lotnisku był doskonałym podsumowaniem tego, co zobaczyliśmy w Birmie podczas naszego pobytu i jeżeli miałbym wyobrazić sobie istnienie takiego luzackiego terminalu, z pewnością umiejscowiłbym go właśnie w tym kraju. Po dwóch godzinach oczekiwania, na pasie startowym pojawił się w końcu nasz wehikuł – ATR 72, czyli turbośmigłowy samolot pasażerski używany ponoć dość powszechnie na regionalnych trasach w Azji. Na widok modelu górnopłatowego z dwoma turbośmigłowymi silnikami i niskopoziomowym podwoziem trochę zrzedły nam miny, jednak sama podróż okazała się całkiem komfortowa, a przede wszystkim bezpieczna. Chwilę po 20 byliśmy na lotnisku w Rangunie, skąd następnego dnia rano odlecieliśmy do Laosu.  

Turyści turystami – życie codzienne tysięcy mieszkańców Inle składa się z tysięcy drobnych spraw

Motorniczy uczciwie zaproponował nam podziwianie zachodu słońca, lecz ku jego uciesze grzecznie odmówiliśmy stwierdzając, że ponad 8 godzin spędzonych na jeziorze w zupełności nam wystarcza. Niewątpliwie na podjęcie takiej decyzji miało zarówno zmęczenie po całonocnej podróży autobusem i całodziennym przebywaniu w palącym słońcu na tafli jeziora, jak również świadomość, że wyginający się w spektakularnej scenerii rybacy będą członkami tego samego zespołu pieśni i tańca, który pozował nam do zdjęć o poranku. Pomimo wszystko ta „egzotyka na sprzedaż” w znacznym stopniu zabijała emocje związane z możliwością podglądania obyczajów rdzennych mieszkańców regionu. A może po prostu zapragnęliśmy już położyć się w klimatyzowanym pokoju i napić rumu – sam już dokładnie nie pamiętam. 

Nyaung Shwe  - Birmańczycy są bardzo serdeczni i chętnie pozują do zdjęć

Samo miasteczko Nyaung Shwe nie oferuje atrakcji, których nie można by sobie było odpuścić. Idąc w kierunku centrum główną ulicą odchodzącą od przystani, mija się parterową zabudowę zagospodarowaną przeważnie przez sklepy, bary i restauracje. Nieopodal kanału warto odwiedzić hinduską restaurację Dosa King, oferującą bogaty wybór potraw z północnych i południowych Indii. Choć ceny jak na warunki birmańskie nie należą do najniższych, jedzenie było naprawdę przepyszne, a każdy stolik w lokalu był zajęty, co niewątpliwie świadczy o tym, że wiele osób odwiedzających wcześniej restaurację podzielało moją opinię na temat jakości posiłków. Alternatywą dla mniej wymagających są przyuliczne stoiska z bliżej nieokreślonymi częściami kurczaka. Ze względu na problemy identyfikacyjne na wszelki wypadek kupiliśmy czekającemu na nas w hotelu koledze kurze łapki, bo przynajmniej mieliśmy pewność co bierzemy. Kolega nie docenił racjonalizmu w naszym rozumowaniu i posiłkiem niestety pogardził. 

Jezioro Inle, przystań przy klasztorze Nga Phe Kyaung

Ostatnim celem naszej wycieczki był klasztor Nga Phe Kyaung, słynący z wytresowanych przez mnichów kotów, skaczących przez obręcze. Szczęśliwie udało nam się tego spektaklu uniknąć i musieliśmy się zadowolić podziwianiem zabytkowych posągów Buddy, wykonanych w stylu szańskim, tybetańskim, Bagan i Inwa.  

Jezioro Inle, fabryka ręcznie skręcanych papierosów: Panie Pracownice i Pan Degustator

Dalej popłynęliśmy do fabryki ręcznie robionych papierosów, które są jednym z typowych towarów oferowanych przyjezdnym odwiedzającym jezioro Inle. Fabryka to może za dużo powiedziane – było to pomieszczenie, w którym młode dziewczyny skręcały papierosy o różnych smakach i aromatach, oferując ich zakup w eleganckich, kolorowych puszkach. Nie przepadam za tego rodzaju miejscami i nie jestem osobą, którą da się namówić do roztrwonienia pieniędzy na hurtowe ilości oferowanych dóbr, niemniej jednak trzeba uczciwie przyznać, że papierosy były całkiem smaczne, a dziewczyny nie były w promocji swoich produktów nachalne, natomiast były – tak po birmańsku – bardzo uprzejme. Dlatego też pobyt w tym nastawionym typowo na łupienie turystów miejscu wspominam dość przyjemnie. 

Procesja jałmużna młodych mnichów odwiedza bar w Nyaung Shwe

Następnego dnia mieliśmy trochę wolnego czasu, więc przeszliśmy się po mieście niespiesznym krokiem, podpatrując toczące się tutaj leniwie życie, po czym schroniliśmy się przed palącym słońcem w jednym z licznych barów serwujących na śniadanie jajecznicę oraz rum. Około południa przed bar dotarła procesja jałmużna młodocianych mnichów, skrywających się przed słońcem w cieniu tradycyjnych, birmańskich parasoli. Każdy z mnichów trzymał w dłoniach blaszaną miskę, do której właścicielka baru nakładała porcje ryżu z dodatkami. Zarówno dla młodych mnichów, jak i dla kelnera była to powtarzana codziennie procedura, jednakże patrząc na wszystko z boku można było dostrzec w tej ceremonii jakąś dostojność i na dobrą sprawę trudno byłoby rozstrzygnąć, kto był bardziej szczęśliwy – obdarowani posiłkiem mnisi, czy też restauratorka mogąca dopisać sobie buddyjską powinność do listy zasług, ocenianej rzekomo przy ustalaniu kolejnego wcielenia po śmierci. Warto dodać, że zatrudniony w barze pomocnik był transseksualny, co kompletnie nie miało znaczenia dla gromady przyszłych mnichów. Po raz kolejny okazało się, że na peryferiach cywilizacji można spotkać się z większymi przejawami empatii, rozsądku i tolerancji niż wśród duchowieństwa straszącego diabłem w samym sercu nowoczesnej Europy. Jest to pomimo wszystko trochę przygnębiające. W drodze powrotnej do hotelu przechodziliśmy obok nieco już wypłowiałego plakatu informującego o występie w pobliskim Taunggyi zespołu RC/IC. Ponieważ pary liter przedzielała błyskawica odniosłem wrażenie, że gdzieś już podobne logo kapeli widziałem. Jako support wystąpić miał zespół Iron Cross, w którego logo pomiędzy wyrazami figurowało jedno z najważniejszych odznaczeń III Rzeszy (Żelazny Krzyż), a nad nim swe skrzydła rozpościerał rzymski orzeł z głową zwróconą w sposób zgodny z herbem NSDAP. Symbolika dość kontrowersyjna, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Birma czynnie uczestniczyła w II wojnie światowej, a na jej terenie toczyły się zacięte walki ze sprzymierzoną z Hitlerem Japonią.  

Jezioro Inle, Człowiek - kciuk i kobiety – żyrafy

W niewielkim pomieszczeniu obok powierzchni sklepowej swój niby „tradycyjny” warsztat tkacki miały tzw. kobiety – żyrafy, nazywane tak z powodu optycznego wrażenia, jakie sprawiają ich wydłużone szyje, ozdobione miedzianymi obręczami. Oczywiście od noszenia tych ozdób sama szyja się nie wydłuży, natomiast obniżają się obojczyki i deformują żebra, przez co powstaje wizualny efekt abstrakcyjnej długości tej części ciała, podkreślany dodatkowo obecnością obręczy. Pierwsza taka ozdoba umieszczana jest na szyi, gdy dziewczynka kończy 5 lat, a kolejne są dokładane wraz z upływem czasu. Są to kobiety z plemienia Padaung (czyli „miedziane obręcze” – nazwa nadzwyczaj trafna), wywodzącego się z grupy etnicznej Karenów, zamieszkujących północno – wschodnie rubieże Birmy. Praktycznie całe plemię w latach 80-tych XX wieku zmuszone było do ucieczki przed reżimem birmańskich wojskowych i schroniło się na przygranicznych terenach północno – zachodniej Tajlandii. Po dziś dzień nie mogą wrócić do Birmy w obawie przed represjami. Tamtejszy rząd szybko się zorientował, że może na obecności takich oryginalnych uchodźców nieźle zarobić, dlatego obozy uchodźców Padaung na terenie Tajlandii stały się turystycznymi rezerwatami, odwiedzanymi corocznie przez 400 tysięcy osób z całego świata, przyjeżdżającymi na miejsce pełnymi autokarami niczym do ludzkiego zoo. Junta zorientowawszy się, że straciła całkiem dobre źródło dochodu przymusowo ulokowała kilka kobiet – żyraf (jest to określenie potoczne, aczkolwiek dla samych kobiet dość obraźliwe) nad jeziorem Inle. Trzeba powiedzieć to wprost – kobiety Padaung są tam bardziej „przetrzymywane” niż „osiedlone”. Jako atrakcja gwarantowana mają obowiązek udawać przed turystami, że przędą sobie spontanicznie tkaniny, sprzedawane w sklepiku obok wśród wielu innych pamiątek. Ich los faktycznie nieco przypomina smutny los zwierząt pochwyconych w swoim naturalnym środowisku i wyeksponowanych w ogrodzie zoologicznym. Z tą różnicą, że w warsztacie tkackim nie ma krat, a kobietom można pomóc choćby ofiarowując kilka dolarów. Losu ich nie odmienimy, ale zakładam (może naiwnie), że o ile spędzają one całe dnie w fikcyjnym warsztacie w zamian za wikt i opierunek, o tyle wręczone im bezpośrednio pieniądze mogą zatrzymywać dla siebie. Jeżeli rzeczywiście tak by było to mogłoby się okazać, że choć są ofiarami pewnego rodzaju niewoli, to materialnie wiedzie im się nie najgorzej – pamiętajmy, że mówimy o kraju, w którym 10 dolarów to całkiem spora forsa. Prawdopodobnie żyłyby w dużo gorszych warunkach materialnych uprawiając pola w odizolowanych wioskach. Prawdopodobnie jednak byłyby tam szczęśliwsze, nawet jeśli nie zawsze kładłyby się do łóżek z pełnymi żołądkami. Wszystko ma swoje zalety i wady, zapewne najuczciwiej byłoby po prostu pozwolić kobietom Padaung samodzielnie podejmować decyzję o tym, w jaki sposób chciałyby żyć.  

Jezioro Inle - nie ma to jak zadawać szyku motorówką, chlapiąc przy okazji wszystkich wokoło
Zabudowa nad jeziorem Inle wyraźnie wskazuje, że czasami wody jest tu znacznie więcej

Do miejscowości Nyaungshwe w południowej części stanu Szan, stanowiącej bazę wypadową dla osób przyjeżdżających nad jezioro Inle oraz marinę dla długich łodzi zabierających turystów na wycieczki po akwenie, dotarliśmy nocnym autobusem z Mandalay, po około siedmiogodzinnej podróży. Po raz kolejny przemieszczaliśmy się autokarem firmy JJ Express Bus Myanmar, która ponownie zaskoczyła nas zarówno komfortem rejsowego pojazdu, jak też bezproblemową organizacją oraz punktualnością. Po intensywnym dniu spędzonym w Mandalay większość trasy przespaliśmy twardym snem. Ponieważ mieliśmy ograniczone możliwości czasowe – w Nyaungshwe mogliśmy spędzić jedynie półtorej dnia - przed przyjazdem poprosiłem hotel o zarezerwowanie dla nas prywatnej łodzi na całodzienną wycieczkę po jeziorze, aby uniknąć poszukiwań i negocjacji o wschodzie słońca. Pewnie za pośrednictwem hotelu cała impreza kosztowała nieco więcej, ale przesłana oferta cenowa była jak najbardziej akceptowalna – hotel poinformował nas, że koszt wynajęcia łodzi na cały dzień wyniesie 25.000 kyatów, a więc nieco ponad 16 dolarów. Ponieważ oznaczało to, że całkowity koszt rejsu na jedną osobę wynosił 5 dolarów uznałem, że chyba nie ma sensu się o taką stawkę targować. Może powinienem, ale się po prostu wstydziłem. Do hotelu, usytuowanego przy samej przystani, dotarliśmy przed 6 rano. Pomimo, iż doba hotelowa rozpoczynała się o 15, okazało się, że nasz pokój jest już gotowy i czeka na nas – w tej sytuacji trudno było oprzeć się pokusie krótkiej drzemki oraz szybkiego prysznica. 

Jezioro Inle - zamyślony rybak o wschodzie słońca
Jezioro Inle - rybacy z grupy etnicznej Intha przyjmują ekwilibrystyczne pozy do zdjęć

Kolejnym przystankiem na naszej trasie była pagoda Phaung Daw Oo Paya - najważniejsza świątynia buddyjska w południowej części stanu Szanów. Motorniczy – zapewne zupełnie przypadkowo – zacumował łódź na przeciwległym brzegu, w taki sposób, abyśmy znaleźli się na terenie jednej z restauracji. Specjalnie nam to nawet nie przeszkadzało, gdyż słońce stało już w zenicie i wypadało zarówno zjeść talerz jakiejś zupy, jak i wypić po butelce piwa Myanmar. Z restauracji na teren świątyni prowadził system drewnianych kładek zbudowanych nad kanałami, ustawionych w taki sposób, żebyśmy przez przypadek po drodze nie ominęli sporego bazaru, na którym sprzedawcy oferowali niskiej jakości pamiątki w cenach wielokrotnie przekraczających ich wartość. Byli co prawda otwarci na negocjacje, jak dziewczyna która chodziła za mną przez kilka minut przekonując mnie, że jest w stanie oddać za 2 dolary kolczyki, za które chciała przed chwilą 20. Wytłumaczyłem jej spokojnie, że czuję się po prostu urażony tym, że w ogóle próbowała skasować mnie na 20 baksów i że nie wezmę tych kolczyków nie dlatego, że ustalona finalnie kwota w wysokości 2 dolarów jest dla mnie istotna, lecz dlatego że początkową ofertę traktuję jako obrazę mojej osoby i powinna się nauczyć, żeby nie traktować turystów jak pozbawione mózgów bankomaty, bo jest to dla nich niczym siarczysty policzek. Sama pagoda, skrywająca w swoim wnętrzu pięć antycznych przedstawień Buddy, nie zrobiła na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia – być może ze względu na towarzystwo tłumów turystów wypełniających całą przestrzeń wokoło, od czego w trakcie pobytu w Birmie zdążyłem się już odzwyczaić. Szczęśliwcy, którzy przybędą tutaj w trakcie corocznego festiwalu pagody mają okazję podziwiać świąteczną paradę z posągami  transportowanymi wokół jeziora na barce w kształcie mitycznego ptaka hintha, czyli złotego łabędzia. 

Jezioro Inle - zabudowa wokół świątyni Phaung Daw Oo Paya
Rybacy z jeziora Inle jakiś czas temu odkryli, że pozowanie turystom do zdjęć jest zajęciem dużo lżejszym i bardziej opłacalnym od łowienia ryb

Rybacy z grupy etnicznej Intha, zamieszkującej okolicę wokół Jeziora Inle w środkowej Birmie (Mjanmie), wyruszający o świcie na połów z charakterystycznymi koszami obleczonymi drobną siatką tworzą jeden z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych obrazów tego kraju. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że zdjęcia rybaków przyjmujących akrobatyczne pozy na rozkołysanych łodziach są drugim najczęściej wykorzystywanym w promocji Birmy kadrem - zaraz po balonach unoszących się o świcie nad świątyniami starożytnego Bagan. Oczywiście, jak to często bywa w miejscach gdzie dotarła masowa turystyka, w ostatnich latach toczy się dyskusja w przedmiocie szybkiej (a w ocenie niektórych – zbyt szybkiej) komercjalizacji tego miejsca, co część ludzi wykorzystuje jako argument na rzecz pominięcia jeziora Inle w planach podróży po Birmie. Czy słusznie? Nie sądzę, choć jest to przecież indywidualna decyzja każdego podróżnika odwiedzającego te rejony i nie mi ją osądzać. Prawdą jest, że spora grupa rybaków Intha zamiast zajmować się tradycyjnym połowem ryb woli łowić turystów, osaczając ich łodzie i pozując do zdjęć w ekwilibrystycznych pozach, podtykając swoje bambusowe kosze pod obiektywy aparatów. Swoją drogą tłumaczy to pewien zaskakujący fakt – przeglądając strony internetowe przed wyjazdem do Birmy zauważyłem bowiem, że większość osób odwiedzających jezioro Inle może pochwalić się zdjęciami niczym z okładek National Geographic. Zagadka wyjaśniła się sama - przy tak ochoczej współpracy ze strony pozujących modeli nie jest to wcale takie trudne (choć pomimo wszystko zrobienie dobrych zdjęć wymaga jakichś tam umiejętności, bo zarówno rybacy, jak i fotografowie unoszą się na rozkołysanych łodziach, należy więc zwłaszcza pamiętać o nastawieniu w aparacie wystarczająco krótkiego czasu otwarcia migawki). Z jednej więc strony na tafli jeziora Inle stajemy się świadkami typowej „egzotyki na sprzedaż”, ukierunkowanej na wywołanie u odbiorcy fałszywego przekonania, że jest naocznym obserwatorem tradycyjnych zachowań odciętych od świata autochtonów. Z drugiej strony jednakże po obejrzeniu komercyjnego spektaklu przy wlocie z kanału do jeziora, wypływając dalej na jego wody możemy obserwować grupy rybaków skoncentrowanych na czynnościach, z których słyną – czyli na łowieniu ryb. Zaopatrzeni w obiektywy z odpowiednim zoomem możemy uwiecznić na zdjęciach sceny z życia codziennego ludu Intha (In – jezioro, tha – ludzie) i uchwycić ich pracę podczas połowu ryb. W moim przekonaniu te niepozowane, robione z daleka zdjęcia dużo lepiej oddają klimat tego miejsca niż wygłupy grupy artystycznej witającej turystów na wysokości kanału prowadzącego z Nyaungshwe ku akwenowi.  

Jezioro Inle - stupy w kompleksie Shwe Inn Thein Paya

Następnym punktem programu i zarazem miejscem najbardziej oddalonym od punktu rozpoczęcia wycieczki była świątynia Shwe Inn Thein Paya - położony na wzgórzu kompleks  1054 stup, datowanych na XVII i XVIII wiek. Kompleks oddalony jest kawałek drogi od przystani – można do niego dostać się na piechotę decydując się na długi spacer w słońcu lub korzystając z licznych taksówek motorowych, oferujących transport w obie strony w dość wygórowanej cenie 3.000 kyatów za osobę (ok. 2 dolarów). Sam kompleks świątynny robi wrażenie, pomimo tego że wiele obiektów jest dość mocno podniszczonych. Właściwą atmosferę gwarantują przymocowane na stupach dzwoneczki, dźwięczące na szalejącym na wzgórzu wietrze. Przy przystani znajduje się bar oferujący bogaty wybór miejscowego rumu - nie potrafiliśmy więc przejść obok niego obojętnie, skutkiem czego przed odpłynięciem z przystani nabyłem za 4 dolary bogato zdobioną wersję popularnego „wietnamskiego” kapelusza, czego bez rumu zapewne bym nie uczynił. 

Jezioro Inle, grupa artystyczno – kabaretowa „Rybacy z Inle”

Chociaż potrafię zrozumieć rozczarowanie części osób odwiedzających jezioro Inle związane z pogłębiającą się z każdym rokiem komercjalizacją tego miejsca, z pewnością nie uznałbym „skażenia” masową turystyką za powód, żeby pominąć je w planach podróżowania po Birmie. Owszem, można spotkać (a nawet nie da się ich uniknąć) „rybaków” odpłatnie wyginających się przed obiektywami aparatów z wiosłami przytwierdzonymi do nogi i bambusowymi koszami nad głowami. Wydaje się być to jednak skutkiem nie tylko chęci szybkiego zarobku, lecz także zmniejszających się możliwości utrzymania rodziny z rybołówstwa. Wokół jeziora przybywa osadników uprawiających tzw. pływające ogrody, które zajmują coraz większe obszary jeziora. Do upraw coraz częściej wykorzystuje się trujące pestycydy, jezioro robi się coraz płytsze w skutek erozji gleby, a w skutek tego wszystkiego w jeziorze jest po prostu coraz mniej ryb. Z pewnością część z „fałszywych rybaków” wybrała też po prostu dla siebie lżejsze zajęcie – zamiast przeszukiwać wodorosty w pogoni za rybami zastawiają sieci na turystów, którzy są z pewnością celem łatwiejszym, a ich „złowienie” wymaga mniejszego wysiłku. Patrząc na to zagadnienie z punktu widzenia mieszkańców okolic jeziora, można ich zrozumieć. Gdybym z jakichś przyczyn zmuszony był do budowania domów nogami, a okazałoby się, że mogę zarobić więcej pieniędzy pozując do zdjęć turystom z kielnią i pacą trzymanymi w stopach niż faktycznie wykonując roboty murarskie pewnie długo bym się nie zastanawiał nad tym, jaki sposób zarobkowania wybrać. Nawet jeśli wszyscy wokół tłumaczyliby mi, że przecież mój dziad i ojciec całe życie murowali domy używając stóp, a tradycję trzeba przecież podtrzymywać. 

Poza grupą teatralną pozującą do zdjęć przy brzegu, na jeziorze widać mnóstwo autentycznych rybaków skupionych na swojej pracy

Tych prawdziwych rybaków, autentycznie pochłoniętych łowieniem ryb, można spotkać płynąć nieco dalej w głąb jeziora, przy czym bambusowymi koszami posługują się oni tylko przy brzegach – bliżej środka akwenu łowią mniej egzotycznymi metodami, zarzucając po prostu sieci. Fotografować ich musiałem jednak z daleka, gdyż motorniczy skierował łódź w stronę unoszących się na powierzchni jeziora, utworzonych z mat pływających ogrodów, na których lud Intha hoduje kwiaty, pomidory i inne warzywa oraz owoce. Co jakiś czas obserwować mogliśmy tych nietypowych rolników w trakcie pracy – w odróżnieniu od sztucznych rybaków harowali oni w pocie czoła w swoich ogrodach nie zwracając na nas najmniejszej uwagi. Jako kolejną atrakcję nasz motorniczy postanowił pokazać nam duży i drogi sklep z pamiątkami, w progu którego powitała nas ekspedientka w tradycyjnym birmańskim t-shirtcie z wykaligrafowaną tradycyjną buddyjską sutrą: „Good evening, bitch!”.  

Rybacy z Inle, pośród szuwarów, w poszukiwaniu ryb i dolarów