Do Birmy, stanowiącej kraj docelowy całego wyjazdu, dotarliśmy dopiero dziesiątego dnia podróży. Po drodze spędziliśmy dobę w Kijowie, weekend w Stambule, noc w Kuala Lumpur, dzień w Singapurze i trzy doby na Bali. Oczywiście wizyty we wszystkich tych miejscach były wcześniej zaplanowane, chociaż generalnie ten nieco dziwaczny na pierwszy rzut oka plan podróży był bezpośrednią konsekwencją zakupionych biletów na trasie Europa – Azja. Nie polowałem na połączenia z Polski (czy nawet z krajów ościennych) do Birmy, gdyż promocje lotnicze w tym kierunku nie zdarzają się nazbyt często. Skorzystałem natomiast z nadzwyczaj korzystnej cenowo oferty linii Royal Jordanian, która przy zakupie biletów z niemal rocznym wyprzedzeniem zaproponowała mi podróż na niezbyt wygodnej trasie Stambuł – Amman – Kuala Lumpur i z powrotem: Bangkok – Amman – Kopenhaga za jedyne 890 złotych. Co prawda zanim jeszcze na dobre minęła euforia spowodowana nabyciem tych biletów, na moim czole pojawił się zimny pot po sprawdzeniu cen połączeń pomiędzy Warszawą a Stambułem, jednak w ciągu następnej godziny miałem już wykupione bilety na trasie Warszawa – Kijów (54 złote) i stamtąd do stolicy Turcji (w cenie 58 złotych). Przy takich cenach nie było co wybrzydzać, zwłaszcza że żaden z nas nie miał wcześniej okazji zwiedzać ani Kijowa ani Stambułu. W odróżnieniu od Kuala Lumpur, w którym spędziliśmy trochę czasu dwa lata wcześniej i teraz potraktowaliśmy lotnisko w tym mieście wyłącznie jako port przesiadkowy, z doskonałą siecią połączeń lotniczych do innych krajów regionu. Za zaoszczędzone na promocji Royal Jordanian pieniądze wybraliśmy się więc do Birmy na skróty – przez Singapur oraz Indonezję, a dzięki cyklicznej akcji wyprzedażowej linii Air Asia i pozostawieniu głównych bagaży w przechowalni na lotnisku w malezyjskiej stolicy, bilety na trasie Kuala Lumpur – Singapur – Bali – Kuala Lumpur wyniosły nas nieco ponad 400 zł, a fakt przemieszczania się wyłącznie z bagażami podręcznymi uczynił tą krótką podróż o wiele przyjemniejszą i wygodniejszą. Jedyną rzeczą, na której nieco się nacięliśmy przy realizacji tego chytrego planu były opłaty za przechowanie bagażu na terminalu w Kuala Lumpur – otóż za trzy bagaże główne pozostawione tam na 5 dób przyszło nam zapłacić prawie 200 dolarów. Nie miałem pojęcia, że będzie to aż tak droga usługa, więc wszystkim, którzy planują takie rozwiązanie i mają potrzebę zostawienia dobytku na kilka dni w Malezji sugeruję, aby zorientowali się w cenach pobliskich hoteli – może się okazać, że taniej wyjdzie wynajęcie „pokoju dla plecaków” w sąsiadującym z lotniskiem miasteczku Sepang, niźli ich pozostawienie w przechowalni bagażu. Infrastruktura hotelowa powinna być w Sepang dość dobrze rozwinięta z uwagi na odbywające się na tamtejszym torze wyścigi Formuły 1 (Grand Prix Malezji), natomiast poza datami wyścigów z pewnością można znaleźć tani hostel w promieniu kilku kilometrów od lotniska. Wiadomo – na lotnisku wygodniej, lecz przecież wygoda też ma swoją granicę opłacalności. 

Po przylocie z Bali mieliśmy około sześciu godzin wolnego czasu na lotnisku w Kuala Lumpur, w oczekiwaniu na lot do stolicy Birmy. Mogłoby się wydawać, że dysponowaliśmy nadmiarem czasu, jednak noc upłynęła nam błyskawicznie. Najpierw wywołaliśmy drobne zamieszanie w przechowalni bagażu, kiedy okazało się, że zgubiłem (a najprawdopodobniej porwałem w hotelu na Bali) kwitek bagażowy. Oczywiście – tytuł prawny do plecaków z tego powodu nie przeszedł na przechowalnię i nadal pozostawaliśmy ich właścicielami, natomiast obsługa zmuszona była do odnalezienia własnej kopii pokwitowania – chociażby po to żeby ustalić, które bagaże są nasze. Najwyraźniej średnio jej się to udawało, bo finalnie wpuścili nas do pomieszczenia z bagażami, abyśmy sami pokazali swój ekwipunek. Następnie musieliśmy znaleźć kawałek wolnej podłogi, aby się przepakować i przebrać. Później okazało się, że w punkcie odpraw linii Air Asia trzeba było w pierwszej kolejności stawić się do okienka, w którym pracownik linii przed wydaniem nam kart pokładowych musiał zweryfikować nasze dokumenty, tzn. ustalić, czy posiadamy ważne wizy upoważniające do wjazdu na terytorium Birmy. Sama procedura trwała dość krótko, ale zanim trafiliśmy do właściwego okienka, kilkukrotnie skierowano nas gdzie indziej. Kolejnym krokiem było samodzielne nadanie bagaży rejestrowanych – w Kuala Lumpur odprawa bagażowa jest w pełni zautomatyzowana i trzeba samodzielnie wydrukować sobie potwierdzenie nadania bagażu, przymocować je sobie do plecaka, a następnie zeskanować komplet dokumentów podróży i wypuścić dobytek taśmą hen w nieznane. Nie oznacza to absolutnie, że ludzie zostali zastąpieni przez maszyny. W praktyce wygląda to tak, że dwie osoby z obsługi wiszą pasażerowi nad głową, a system co chwilę się wiesza, co potwierdzają wyświetlane wszędzie komunikaty informujące o chwilowej niemożności nadania plecaka. Reasumując – pomysł z samodzielnym nadawaniem bagaży z pewnością sprawdziłby się lepiej, gdyby ten system po prostu działał. Natomiast jeżeli ma funkcjonować tak, jak przy naszej odprawie, to jednak chyba byłoby mądrzej postawić tych wiszących nad głową pracowników linii Air Asia z powrotem z drugiej strony stanowiska odpraw, aby fizycznie – szybciej i lepiej – odprawiali pasażerów. Finalnie, zanim przeszliśmy przez te wszystkie procedury zrobiła się 3 w nocy, a zanim przedostaliśmy się przez kontrolę bezpieczeństwa i przemierzyliśmy ogromną powierzchnię wypełnioną sklepami wolnocłowymi – było po 4. Zostało nam w zasadzie wolnego czasu tylko tyle, ile potrzebowaliśmy na zjedzenie posiłku w Burger Kingu oraz rozlanie rumu w otrzymane w zestawie plastikowe kubeczki z coca-colą. Przestrzegam więc przed wykupowaniem lotów z dwu lub trzygodzinną przesiadką na ultranowoczesnym lotnisku w Kuala Lumpur – obiekt jest tak ogromny, że ryzyko nie zdążenia na kolejny samolot jest naprawdę spore.  

B I R M A

B I R M A

B I R M A

                            B I R M A

B I R M A

B I R M A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Birma (Mjanma), Rangun (Yangon)

W stupie szerokiej (tej, której okiem nawet sokolim nie zmierzysz) 
Rangun - ociekające złotem stupy i ołtarze wokół głównej budowli pagody Shwedagon
Rangun - jedną z najfajniejszych form spędzenia wolnego czasu w stolicy Birmy jest niespieszny spacer uliczkami centrum, otoczonymi ciekawymi przykładami walącej się architektury kolonialnej

Po zwiedzeniu pagód Shwedagon oraz Sule uznałem, iż nie ma najmniejszego sensu jechać do dwóch kolejnych świątyń, aby zobaczyć bliźniaczo podobne stupy. Było wczesne popołudnie – za wcześnie, aby kończyć dzień, zbyt późno – aby wybrać się na trzygodzinną przejażdżkę podmiejskim pociągiem circle train wokół stolicy (szkoda, podobno super atrakcja). Resztę dnia spędziliśmy więc snując się bez większego celu uliczkami przecinającymi centrum Rangun, podziwiając mocno podniszczone kolonialne kamienice oraz podpatrując leniwie toczące się życie mieszkańców stolicy. Taki spokojny, luźny spacer w tym miejscu okazał się bardzo dobrym pomysłem, a przede wszystkim doskonałą okazją na obserwację Birmańczyków - kupujących betel czy też sprzedających owoce w cieniu poobdrapywanych budynków, mających już dawno za sobą lata świetności. Po przejściu kilku kilometrów skierowaliśmy się do polecanego w internetach baru – 999 Shan Noodle Shop, serwującego dania kuchni birmańskiej, w szczególności (jak sama nazwa wskazuje) – kuchni Szanów, jednej z najważniejszych grup etnicznych zamieszkujących Birmę. Opuszczając lokal napotkaliśmy na Birmańczyka, odzianego w typowy męski longyi (birmański męski sarong, czyli rodzaj chusty owijanej na kształt spódnicy) oraz dżinsową katanę z telewizorem Metallicy na plecach. Globalizacja dociera więc również do niegdyś hermetycznie zamkniętej na świat Birmy, tyle że na razie trafia tylko do młodych mieszczuchów i sięga tylko od pasa w górę.  

Po odebraniu z hotelu bagaży udaliśmy się na dworzec autobusowy, skąd o godzinie 20 odjeżdżał nasz autobus do słynnego Bagan. 

Para nowożeńców w centrum Rangun

Informacje praktyczne:  

- WIZA: można ją wyrobić wysyłając niezbędne dokumenty oraz paszporty do Ambasady Myanmar w Berlinie. Ponoć paszporty z wklejonymi wizami wracają zawsze, a nawet dość szybko. Moje opory przed pozostawianiem paszportu na łasce listonoszy były jednak nie do przezwyciężenia (być może jestem uprzedzony) więc wybrałem opcję wizy elektronicznej. Kosztuje ona 50 dolarów, aplikuje się o nią na stronie: evisa.moip.gov.mm . Wygenerowany dokument, uprawniający do wjazdu na teren Birmy na okres 28 dni w ciągu 3 miesięcy od wystawienia wizy otrzymałem bodajże po godzinie od wysłania wniosku (trzeba więc tak sobie wyliczyć moment wysłania wniosku, żeby się zmieścić w trzymiesięcznym okresie ważności wizy). Nie do końca jest to e-visa, która w zasadzie polega na tym, że pozwolenie na wjazd do kraju jest wprowadzane do systemów informatycznych (przykład – wiza turecka). E-visę birmańską koniecznie trzeba mieć wydrukowaną ze sobą – nam sprawdzali ją zarówno przed odlotem do Birmy (na lotnisku w Kuala Lumpur), jak też po przylocie do Rangun. Nie było z nią jednak żadnych problemów, dlatego e-visa wydaje się być rozwiązaniem najprostszym i najmniej stresującym (w kontekście alternatywy w postaci konieczności wysyłania paszportów pocztą do Berlina). 

- NOCLEG: wybraliśmy czterogwiazdkowy hotel Merchant Art Hotel, położony nieopodal głównej atrakcji turystycznej – pagody Shwedagon. Nocleg w tym miejscu kosztował nas ok 70 zł za osobę, ze śniadaniem wliczonym w cenę. Pewnie, że można taniej – po prostu polecam ten obiekt ze względu na stosunek jakości do ceny. Noc wcześniej spędziliśmy na lotnisku w Kuala Lumpur, noc następną mieliśmy spędzić w autobusie – bez przesady raz na trzy noce można się wygodnie wyspać za 70 zł  

- JEDZENIE: bez problemu można znaleźć zapełniony miejscowymi bar z serii (jedzenie + herbatka gratis), w którym bez problemu można znaleźć makaron, ryż lub ogromną porcję zupy w cenie jednego dolara. Jedzenie tanie, smaczne i bezpieczne – nie warto płacić kilka razy drożej w restauracji za krzesło z poduszką pod dupę, 

- KOMUNIKACJA: korzystaliśmy z dwóch środków lokomocji: łydka (to mój ulubiony, w dodatku najtańszy) oraz taxi (na dłuższych odcinkach). W obrębie miasta taxi nie powinno kosztować więcej niż 2-4 dolary.  

- BEZPIECZEŃSTWO: bezpieczniej niż w Birmie nie czułem się w żadnym z 56 odwiedzonych przeze mnie krajów. Łącznie z Polską, bo w Polsce moim zdaniem też jest mniej bezpiecznie. 

Rangun, wznosząca się na wysokość 46 metrów Pagoda Sule

Śniadania w naszym hotelu były naprawdę świetne. Tak przynajmniej twierdzą liczne osoby, które podzieliły się wrażeniami z pobytu w naszym hotelu w serwisie booking.com – my niestety wstaliśmy zbyt późno. Nie była to jednak żadna katastrofa w sytuacji, gdy 20 metrów od hotelu znajdował się bar podobny do tego, w którym poprzedniego dnia szlifowaliśmy nasze doświadczenia kulinarne. Tym razem w cenie 1 dolara dostałem miskę (a w zasadzie wazę) zupy, która szybko i skutecznie postawiła mnie na nogi po upojnej nocy.  

Zostawiliśmy bagaże w hotelowej przechowalni i wyruszyliśmy w kierunku ścisłego centrum miasta. Włóczęgę rozpoczęliśmy od wizyty w Sule Paya – pagodzie usytuowanej pośrodku wielkiego ronda w samym sercu miasta. Świątynia główna, mierząca 46 metrów wysokości, została wzniesiona na planie ośmiokąta, a wokół stupy znajdują się cztery sale modlitw, poświęcone czterem Buddom naszej ery. Cały kompleks otoczony jest pierścieniem budynków, w których znajdują się sklepy. Ten zewnętrzny pasaż stanowi w pewnym stopniu wizytówkę dzisiejszej Birmy jako kraju nie dotkniętego jeszcze globalizacją, komercjalizacją oraz konsumpcjonizmem. Wokół centralnego punktu miasta znajdują się bowiem maleńkie sklepiki oraz warsztaty. Można zrobić tu sobie zdjęcie do paszportu w małym zakładzie fotograficznym (co zresztą uczynił jeden z kolegów). Można kupić napój w małej budce albo oddać buty do szewca. Nie trzeba być Nostradamusem, żeby przewidzieć przyszłość tego miejsca – drobni rzemieślnicy i sprzedawcy zostaną kiedyś stąd przegnani, zaś lokale zostaną zaadoptowane dla potrzeb McDonald’sa czy innego KFC. Birma póki co skutecznie broni się przed inwazją międzynarodowych korporacji, lecz zapewne niebawem ugnie się przed wielkim kapitałem. W każdym razie kibicuję jej, aby opierała się mu jak najdłużej – choć pewnie większy interes mają w tym przyjezdni niż tubylcy, nieświadomi jeszcze tego, że napływ dewiz będzie ich kosztował utratę duszy. 

Rangun, kolonialny gmach Sądu Najwyższego w parku Maha Bandula

W okolicy pagody Sule, jak przystało na centrum stolicy, znajduje się trochę otwartej przestrzeni, nieco miejskiej zieleni oraz kilka budowli przykuwających wzrok formą architektoniczną, zwłaszcza gmach Sądu Najwyższego, ratusza oraz obecnej placówki Aya Banku. Dość ciekawie z zewnątrz prezentuje się również jeden z nielicznych kościołów chrześcijańskich. Wszystkie te budowle można obejść w trakcie półgodzinnego spaceru.  

Rangun, Pagoda Shwedagon – mieszanka stylów w całej palecie barw

Pogrążony w powyższych rozważaniach nie byłem w stanie przeżyć żadnych duchowych uniesień na terenie kompleksu Shwedagon. Sam nie wiem, czy to ze względu na świadomość irracjonalności różnicy w stanie posiadania wiernych i opiekunów świątyni, czy też wyłącznie z uwagi na prosty fakt – większość tych naćkanych jedna na drugiej kapliczek, kłujących w oczy kolorami (głównie złotym) i poustawianych bez żadnego ładu i składu była strasznie tandetna. O ile sama stupa może budzić pozytywne bodźce pod względem architektonicznym (podobnie jak kilka otaczających ją grup mniejszych świątyń), o tyle kompleks jako całość już takich walorów estetycznych nie posiada. Jest tutaj tych wszystkich kolorowych budowli po prostu za dużo – nie wiem, w jaki sposób wierni nie dostają tu oczopląsów i potrafią skupić się na modlitwie. Z drugiej strony Shwedagon jest z pewnością miejscem, które podczas pobytu w Rangunie powinno się odwiedzić – chociażby po to, by na własne oczy przekonać się, jak tu jest. Bo przecież każdy zobaczy ten kompleks oczami swoimi, a nie moimi. 

Pomiędzy kolonialnymi budynkami w centrum Rangunu natknąć się można na liczne stragany

Dużo większy spokój panował na lotnisku w Rangunie, gdzie błyskawicznie przeszliśmy kontrolę paszportową i odebraliśmy swoje bagaże – wydostanie się przed gmach niewielkiego i dość pustawego portu lotniczego zajęło nam nie więcej niż pół godziny. Po kolejnych dwóch kwadransach mieliśmy już w portfelach birmańskie kiaty, a w smartfonach karty lokalnego operatora umożliwiające korzystanie z internetu za równowartość nieco ponad 3 dolarów (wybraliśmy karty firmy Telenor: 2,5 GB za 4.990 kiatów – wystarczyły nam na cały pobyt w Birmie). Wszystko odbyło się sprawnie, bez konieczności kręcenia się po całym lotnisku i stania w kolejkach. W międzyczasie pojawili się przy nas lotniskowi taksówkarze proponujący swoje usługi, ale też trzeba wyraźnie to podkreślić – żaden z nich nie był nachalny ani natrętny. Po usłyszeniu „nie w tej chwili” uśmiechali się i odchodzili nie krążąc wokół wózka z bagażami niczym stado sępów, co bardzo często zdarza się na międzynarodowych lotniskach, a już na lotniskach w krajach rozwijających się jest pewnego rodzaju nieprzyjemnym standardem. Gdy byliśmy gotowi do drogi, po prostu sami daliśmy znać jednemu z kierowców i po chwili, bez niepotrzebnych nerwów związanych z targowaniem rozsądnej kwoty wyjeżdżaliśmy z obszaru lotniska. Być może nawet trochę przepłaciliśmy za kurs, ale nikomu z nas nie chciało się wykłócać o taryfę w wysokości 24 złotych za trzech, naliczoną za kilkudziesięciominutowy przejazd do hotelu.  

Rangun, Pagoda Sule - selfie z mieszkańcami stolicy Birmy (w ustawieniu od najładniejszej do najbrzydszego)

W trakcie przejazdu nie sposób było nie zwrócić uwagi na jedną z „birmańskich ciekawostek” – kierowca włączył się do prawostronnego ruchu, kierując pojazdem z kierownicą umieszczoną również z prawej strony. O ile samo prowadzenie takiego pojazdu w ruchu prawostronnym wydaje się być czynnością nie taką trudną do opanowania, o tyle wykonywanie manewru wyprzedzania to „ślepy traf” oparty wyłącznie na farcie kierowcy. Wyprzedzając np. ciężarówkę nie ma on żadnej możliwości zweryfikowania sytuacji na przeciwległym pasie drogi i z pewnością wyjeżdżanie zza samochodu wprost na czołowe zderzenie ma w Birmie miejsce częściej niż gdzie indziej. Po prostu – jedyną możliwością kontroli przeciwległego pasa drogi jest skorzystanie z informacji od pasażera – kierowca nie jest w stanie zobaczyć niczego. Jak więc doszło do sytuacji, w której odgórnie uchwalone przepisy ruchu drogowego sprowadzają na kierowców bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia, a przejazd trasą bez oddzielonych od siebie pustą przestrzenią pasów drogi biegnących w przeciwnych kierunkach odbywa się na zasadach rosyjskiej ruletki? Otóż w 1970 roku rządzący Birmą generał Ne Win podjął decyzję o przywróceniu ruchu prawostronnego w ramach prowadzonej polityki odcinania się od wszystkich pozostałości kojarzących się z brytyjskim kolonializmem. Podobno ta zmiana miała uchronić kraj przed nadchodzącym nieszczęściem, a decyzja o wywróceniu do góry nogami przepisów ruchu drogowego zapadła z dnia na dzień. Ot, taki kaprys wynikający z możliwości, które daje władza. Przepisy uległy zmianie, lecz sprowadzane masowo z „lewostronnych” krajów ościennych wysłużone samochody zostały. Próżno w tym szukać sensu – władza ma swoje pomysły, społeczeństwo swoje potrzeby. Nie zawsze jedno idzie w parze z drugim. W każdym razie nasz kierowca zaklinał się, że prowadzenie w tych warunkach samochodu jest tak wyczerpujące, że jego następnym samochodem będzie model przystosowany do ruchu prawostronnego. Najwyżej będzie musiał drożej za niego zapłacić.  

Rangun, przyuliczny sklepik z …. No właśnie, z czym? Zawsze w takich miejscach zastanawia mnie jedno – czy Ci ludzie otwierają sklep, aby coś sprzedać? Czy aby uczciwie przesiedzieć dzień w pracy? 

Zmiana kierunku ruchu drogowego nie była zresztą ani jedynym, ani najbardziej spektakularnym przykładem wprowadzania z dnia na dzień istotnych regulacji prawnych – podobne okoliczności towarzyszyły zmianie stolicy, gdy urzędnicy ministerstw dowiedzieli się, że po weekendzie mają stawić się do pracy w nowym, świeżo wybudowanym mieście – Naypyidaw (bo tam teraz będzie stolica). Prawdziwą wisienką na torcie było jednak wprowadzanie w latach 80-tych do obrotu banknotów o nowych nominałach. 5 września 1987 roku generał Ne Win wprowadził banknoty o nominałach 45 i 90 kiatów ogłaszając, że celem ratowania birmańskiej gospodarki (zapewne za kolejną radą astrologa) w obrocie pozostaną wyłącznie banknoty, które są podzielne przez szczęśliwą liczbę 9. Jak łatwo obliczyć, ważność zachowały tylko banknoty o nowych nominałach. Wszystkie inne – łącznie z wprowadzonymi zaledwie rok wcześniej banknotami 15 i 35 kiatów oraz banknotem 75 kiatów (1985 rok) utraciły ważność. Prawdziwym ciosem dla Birmańczyków nie było jednak samo wprowadzenie nowych banknotów lecz decyzja, że wycofywane z obiegu nominały nie będą podlegały wymianie na nowe (w rzeczywistości były wymieniane, ale w bardzo ograniczonych ilościach). Mieszkańcy Birmy z dnia na dzień stracili oszczędności całego życia (ten slogan używany jest nieco na wyrost, bo w tym kraju niewiele osób ma oszczędności), a unieważnione banknoty mogły się przydać co najwyżej do napalenia w piecu. Takich wydarzeń w historii Birmy było całkiem sporo i opisane zostały w wielu książkach poświęconych temu krajowi. Wspominam tu jedynie o kilku ciekawostkach, ażeby zbudować podwaliny dla zrozumienia przyczyn, przez które wielu określa Birmę jako kraj zbudowany na fundamentach z absurdu. Bo chociaż bezpośrednich skutków prowadzenia takiej polityki przybysz nie zaobserwuje gołym okiem w trakcie krótkiej wizyty w tym kraju, to jednak przechadzając się ulicami birmańskich miast i przyglądając się zachowaniom Birmańczyków ma się trochę wrażenie, jak gdyby zostali oni żywcem wyjęci z jakiejś powieści pokroju „100 lat samotności” Marqueza. Nieprzypadkowo zresztą przytoczyłem tutaj tytuł najgłośniejszej powieści twórcy realizmu magicznego – właśnie to określenie najbardziej mi pasuje do birmańskich realiów. Świadczyć to może również o uniwersalistycznych walorach samej powieści, rozgrywającej się przecież w Ameryce Południowej, a nie w Azji. 

Rangun, tania sieciówka z jedzeniem - w sam raz na zasłużony posiłek w cenie niecałego dolara za  porcję

W drogę powrotną do hotelu udaliśmy się już główną arterią, z niepokojem obserwując niewielką ilość lokali gastronomicznych oraz sklepów usytuowanych przy ulicy. Jedna z pierwszych mijanych restauracji skusiła nas co prawda szyldem promocyjnym Heinekena (kup 5 piw – dostaniesz 5 gratis), ale ceny posiłków wskazane w menu (w granicach 10 – 15 dolarów) wydały nam się znacznie wygórowane (zapewne lokal utrzymuje się z wizyt wycieczek podjeżdżających autokarem pod świątynie). Pół godziny później siedziałem przy stoliku w barze oddalonym o kilkaset metrów od naszego hotelu, zajadając smażony makaron z wieprzowiną i popijając go rosołem. Do tego czajnik z herbatą w gratisie. Rachunek za moją część posiłku opiewał na kwotę 1500 kiatów, czyli niecałego dolara (tego dnia wymieniałem na lotnisku dolary po kursie 1USD – 1525 kiatów). Lokal wypełniony był po brzegi lokalsami, a posiłek był świeży i smaczny. To, że do hotelowej toalety biegliśmy ze łzami w oczach musiało być czystym przypadkiem (nowa flora bakteryjna, brak rumu z colą w organizmie).  

Życie nocne w Rangunie skupia się wokół bazarów i straganów z żarciem. Podczas gdy rodzice pracują, młodsi spędzają dzieciństwo na ulicach. Chociaż „dzieciństwo” to wymysł dwudziestowiecznej Europy - w Azji dzieci po prostu mniej pracują

Po powrocie do hotelu zasięgnęliśmy porady concierge’a w temacie miejsca, gdzie moglibyśmy nabyć butelkę rumu. Polecił nam sklep Liquor Shwegondaing, zlokalizowany przy ulicy o tej samej nazwie. Wewnątrz można liczyć na nienajgorszy wybór trunków i dość przyzwoite ceny. Zalecam również nabyć jednocześnie colę – my nie braliśmy żeby nie nosić, a potem przeszliśmy chyba ze 3 kilometry w poszukiwaniu sklepu posiadającego w ofercie sprzedaży tak ekskluzywny towar. 

Po przygotowaniu odpowiednich rozmiarów drinków na bazie rumu i coli wyruszyliśmy na nocny spacer, zagłębiając się w gąszcz uliczek wijących się wokół pagody Shwedagon. Większość z nich zapełniały uliczne stragany oferujące owoce i warzywa oraz przenośne garkuchnie serwujące różnego rodzaju szaszłyki i kiełbaski. Niezależnie od tego, w którą ulicę byśmy nie skręcili, krajobraz pozostawał niezmienny – rząd wózków oferujących szybkie przekąski, a gdzieniegdzie większe stoiska – czasami wystawiające nawet 2 lub 3 plastikowe stoliki z krzesełkami. Wszędzie ciężko harujący na każdy kiat Birmańczycy w otoczeniu dzieci – czasami całe rodziny, czasami tylko jeden rodzic z córką lub synem – wiadomo, różnie się ludziom układa. Wszyscy zmęczeni, brudni i ciężko harujący – lecz jednocześnie życzliwi oraz uśmiechnięci. Dzieci ganiające się wokół prowadzonych przez rodziców straganów i te mniejsze – śpiące zwinięte w kłębek na plastikowych krzesełkach ustawionych na jezdni. W wielu podobnych miejscach na świecie nie przyszłoby mi nawet do głowy zapytać o pozwolenie na zrobienie fotografii (która jest zdjęciem zarówno tych osób, jak i zdjęciem ich biedy), tu jednak śmiało podchodziłem do poszczególnych stoisk, bo wiedziałem, że po pierwsze – nikt mi nie odmówi, a po drugie – nikt nie poczuje się urażony. I prawdę mówiąc – odmówiła mi tylko jedna kobieta (grzecznie przeprosiłem i poszedłem dalej). Większość jednak osób przebywających na tych pogrążonych w ciemnościach ulicach całkiem chętnie pozowała mi do telefonu. Pomimo tego, że większość była chyba świadoma, że są ciekawym obiektem fotograficznym nie ze względu na urodę, lecz sytuację życiową. Oczywiście poza dziećmi, dla których sam fakt, że ktoś robi im zdjęcie stanowił pewnie największą atrakcję mijającego dnia. To właśnie Ci zharowani ludzie, a nie oblane złotem świątynie, wydali mi się największym skarbem Birmy. A ponieważ zaufanie jest bez wątpienia relacją wzajemną, więc i ja zaufałem ulicznym kucharzom i już po chwili zajadałem się tymi mini szaszłyczkami, sprzedawanymi po 7 centów za sztukę. Nie miałem z tego powodu najmniejszych nieprzyjemności żołądkowych, choć trzeba pamiętać, że istotną rolę mógł tutaj odegrać wypity wcześniej rum. Wieczór zakończyliśmy we wczesnych godzinach porannych, podziwiając oświetloną budowlę Shwedagon z położonego na dachu naszego hotelu tarasu w trakcie intonowania pieśni: „W stupie szerokiej”, opartej na linii melodycznej „Pieśni o małym rycerzu”. 

Rangun - kolonialna, zaniedbana, zrujnowana zabudowa centrum stolicy Birmy

Sympatyczny taksówkarz sprawnie dowiózł nas do zarezerwowanego wcześniej hotelu, usytuowanego blisko jednej z największych atrakcji miasta – pagody Shwedagon. Ponieważ była dość wczesna godzina i nasz pokój nie był jeszcze przygotowany - wyruszyliśmy pokręcić się trochę po mieście, aby nie przesiedzieć połowy dnia w hotelowym holu. A konkretnie udaliśmy się w kierunku dwóch atrakcji zlokalizowanych w miejscu, do którego później nie będzie nam po drodze – pagody Nga Htat Gyi Paya oraz pagody Chaukhtatgyi Paya. Gdy patrzy się na plan Rangunu, widać główne arterie przecinające miasto oraz odchodzące od niej mniejsze uliczki. Niby wygląda to podobnie na całym świecie, natomiast różnica jest taka, że wszystkie mapy Rangunu, którymi dysponowałem w smartfonie, nie trzymały skali. Główne ulice były zaskakująco szerokie i zapełnione mnóstwem pojazdów – przy pierwszym podejściu dobre 10 minut bujaliśmy się przy krawężniku z palcem w ustach zastanawiając się, jak przedostać się przez ten płynący nieustannie potok aut (dopiero po kilku próbach nauczyliśmy się, że trzeba po prostu zamknąć oczy, wejść na drogę i spokojnym, płynnym krokiem iść na drugą stronę – bez żadnych gwałtownych ruchów i niespodziewanych zrywów). Natomiast te „nieco mniejsze ulice” okazywały się w tej części miasta wąskimi korytarzami, niekiedy tak ciasnymi jak zabudowa medyny w Marrakeszu (przez jakiś czas byliśmy przekonani, że to nawigacja nas wyprowadziła w pole). Już pierwsze chwile spędzone na mieście utwierdziły mnie w przekonaniu, że trafiliśmy do niezwykłego kraju. Wszystko wokół przykuwało uwagę – począwszy od kolorowych, brudnych i obdrapanych budynków z wywieszonym na balkonach praniem, poprzez kolorowe stragany i sklepiki, których asortyment wyglądał tak jak gdyby właściciel skończył właśnie wynosić rzeczy z płonącego domu rzucając je na jedną kupę (niezmiennie uważam, że tego rodzaju sprzedawcy nie otwierają swoich sklepików po to, by coś sprzedać, ale po to, by uczciwie przesiedzieć w pracy cały dzień), a skończywszy na zapętlonych kablach zwisających nisko z ledwo je utrzymujących słupów. Zauważalny był również niemal całkowity brak na ulicach „białasów” , zastępowanych hurtowo przez buddyjskich mnichów odzianych w tradycyjne szaty. Już po pierwszej godzinie byłem przekonany, że właśnie takiej Azji szukałem. Że Birma to taka Azja Azji Południowo – Wschodniej. Bo tak naprawdę to te atrapy infrastruktury miejskiej, wypełnione wesołymi ludźmi mającymi wszystko wokół w głębokim poważaniu, wywarły na mnie większe wrażenie, niż lista zabytków opublikowana w przewodnikach. 

Rangun, Chaukhtatgyi Paya - mierzący 65 metrów długości posąg leżącego Buddy

Pagoda Nga Htat Gyi Paya słynie z ustawionego w jej wnętrzu posągu siedzącego Buddy o wysokości 14 metrów, ubranego w złotą szatę wysadzaną drogimi kamieniami. Główną atrakcję pagody Chaukhtatgyi Paya stanowi dla odmiany mierzący 65 długości posąg leżącego Buddy, podpierającego ręką głowę. Przewodniki wymieniają te posągi jako główne atrakcje w/w pagód, nie wspominając jednak, że są to w zasadzie jedyne atrakcje wspomnianych świątyń. Milczą również o tym, że pagody wznoszące się nad tymi posągami to wielkie hangary wykonane z blachy falistej, przypominające hale targowe z głębokiego PRL-u. Tego rodzaju konstrukcje doskonale zresztą uzupełniają krajobraz tej części miasta. 

Rangun, Pagoda Shwedagon – ilość oraz różnorodność obiektów wchodzących w skład kompleksu z jednej strony robi wrażenie, zaś z drugiej przytłacza swoją pstrokatością

Po krótkiej sjeście wybraliśmy się podziwiać jedną z najważniejszych budowli w kraju, czyli słynną pagodę Shwedagon. Kompleks ten, zajmujący obszar 46 ha, stanowi najważniejsze miejsce kultu wyznawców buddyzmu w Birmie. Wierzą oni, że stupa liczy sobie 2500 lat, pomimo że pierwsza wzmianka o niej pojawia się w 1372 roku, gdy król Binnya postanowił ją odnowić.  

Centralnym obiektem kompleksu jest pokryta wieloma warstwami złota stupa o wysokości 99 metrów, składająca się z kilku charakterystycznych członów: podstawy (o obwodzie mierzącym 433 m.), tarasu, dzwonu, gzymsu, odwróconej misy mniszej, odwróconych płatków lotosu, pątku bananowca i parasola zdobionego 5448 diamentami oraz 2317 rubinami. Na samym szczycie umieszczono diamentowe oko, czyli 76-karatowy diament. Nauczyłem się nawet te poszczególne elementy architektoniczne identyfikować – cóż z tego, skoro birmańscy konserwatorzy zabytków raczyli oblec calusieńką stupę rusztowaniami i siatką ochronną na czas remontu i widać było jedynie jej kształt oraz  sam wierzchołek. Rzekomo wewnątrz stupy przechowywane jest 8 włosów Buddy w towarzystwie niezliczonej ilości klejnotów. Podstawę stupy otaczają 64 mniejsze stupy i ołtarze. Można też tam zobaczyć cztery posągi istot podobnych do sfinksów (po jednym na każdym rogu) oraz 6 gryfów. Dookoła podstawy stoją posągi słoni i ludzi w pozach modlitewnych. Z przodu stupy znajduje się mnóstwo wizerunków lwów, Nagów, ogrów i innych mitycznych istot takich jak np. Wathundari (duch opiekuńczy).  

Rangun - oświetlona ostatnimi promieniami zachodzącego słońca pagoda Shwedagon ,podziwiana z tarasu na dachu naszego hotelu

Niektórzy twierdzą, że Shwedagon ozdobiona jest złotem o łącznej masie 50 ton. Inni podają, że do ozdobienia stupy zużyto więcej złota niż wynoszą rezerwy Banku Centralnego Anglii. Z jednej strony jest to dość istotna rozbieżność – sama Australia przechowuje w Banku Centralnym Anglii 80 ton złota. Z drugiej strony taką tezę, ale jako żart, mógł postawić ktoś dobrze poinformowany – ponieważ Anglicy nie chcieli dopuścić Australijczyków do osobistego sprawdzenia jak czuje się ich złoto na obczyźnie, pojawiły się jakiś czas temu spekulacje, że Bank Centralny Anglii złota po prostu nie ma. A w takim wypadku nie byłoby żadną sztuką „pokrycie stupy większą ilością złota niż wynoszą rezerwy Banku Centralnego Anglii”. Ja oczywiście nie wątpię, że tego złota jest tam bardzo dużo, ale wobec braku rzetelnych źródeł na ten temat, w dalszej części jako punkt odniesienia przyjmę symboliczną wartość: „w cholerę”. Oddaje ona istotę sprawy – złota tam jest „w cholerę”. Jednakże dla mnie wcale zasadniczą kwestią nie jest to, czy do ozdobienia stupy zużyto 9, 90, czy 9000 ton złota. Ma to dla mnie zupełnie drugoplanowe znaczenie – zakładając, że złota jest „w cholerę”. Pytanie natomiast brzmi: „dlaczego?”. Po co miejsce kultu upamiętniające postać mędrca spędzającego całe życie na medytacji i zachęcającego wszystkich wokół do wyrzeczeń ozdabiane jest taką ilością złota? Co powiedziałby Budda, głoszący prawdy o tym, że pożądanie prowadzi do cierpienia, więc celem człowieka powinno być dążenie do eliminacji pożądania (m.in. poprzez wyrzeczenie się posiadania), widząc że w kraju, w którym praktycznie nikogo na nic nie stać gromadzi się tak wielkie bogactwa, aby ozdobić świątynie wzniesioną na jego cześć? Czy cieszyłby się w ogóle z tego, że ludzie wznoszą mu świątynie? Nie jestem znawcą tematu, ale dostrzegam tu pewien paradoks. Nie jestem przekonany, że wolą Buddy byłoby doprowadzenie do tego, że ludzie umierają z głodu, ponieważ brak im środków na zakup jedzenia, a jednocześnie ogromne bogactwa zdobią gmachy jego świątyń po to jedynie, aby świecić z daleka po oczach. Podkreślam – jestem osobą niewierzącą. Przejawiam skłonności do różnego rodzaju uzależnień, ale nałóg w postaci uzależnienia od jakiegoś systemu religijnego jest mi obcy. Jestem całkowicie odporny na jakiekolwiek religijne dogmaty – niezależnie czy mówimy o buddyzmie, islamie, czy też chrześcijaństwie. W głowie nie mieści mi się, dlaczego ludzie, którym – powiedzmy to delikatnie – w życiu się nie przelewa, przychodzą składać modlitwy w świątyniach ociekających złotem i nikt nie postawi prostego pytania: po co to komu potrzebne? Po co gromadzić te wszystkie świecidełka? Dlaczego mam oddawać ostatnie pieniądze jako ofiarę na przyozdobienie świątyni? Wiem, że dzieje się tak we wszystkich możliwych religiach, ale w przypadku buddyzmu jest to dla mnie niezrozumiałe podwójnie: po pierwsze – ze względu na samą treść nauk Buddy, po drugie zaś, z uwagi na beznadziejną sytuację materialną wielu mieszkańców regionu, w którym buddyzm jest religią dominującą. To zaprawdę prawdziwy majstersztyk – przekonać setki milionów głodujących ludzi, że świątynia ma kipieć złotem, podczas gdy ich talerze są puste. Przekonać wyznawców, że skoro los tak ciężko ich doświadcza na co dzień, to znaczy, że w poprzednim wcieleniu byli źli i zasłużyli na taką karmę. Ale jeśli w obecnym wcieleniu będą potulni, to w przyszłej inkarnacji będą szczęśliwi i radośni (a jeśli im się poszczęści to w ogóle przerwą krąg reinkarnacji i przestaną się męczyć). Jest to dla mnie mistrzostwo świata w manipulowaniu ludźmi – takiego posłuszeństwa kościół katolicki nie osiągnął nawet w czasach inkwizycji. A tutaj można trzymać miliony ludzi krótko za twarz w taki prosty sposób. Kapitulacja milionów osób bez jednego wystrzału. Wiem, że pewnie mylę pewne wątki buddyzmu z hinduizmem, ale nie zmienia to faktu, że w ogóle nie rozumiem tych biednych ludzi dumnych z tego, że ich stupy pokrywa złoto, a ich gołe stopy pokrywa błoto.