Następnego dnia po śniadaniu Chino przedstawił nam różne warianty wycieczek po selwie – wybraliśmy oczywiście najdłuższą, całodniową wyprawę, w trakcie której przemierzyć mieliśmy trasę realizowaną zazwyczaj w programie dwudniowym. Zaopatrzeni w prowiant na drogę zagłębiliśmy się w dżungli. Chino sobie tylko znanym sposobem wyznaczał w gęstwinach selvy kierunek wędrówki. Od czasu do czasu musieliśmy pokonywać naturalne przeszkody, w szczególności rzeczki licznie przecinające tropikalny las. Sposoby na przedostanie się na przeciwległy brzeg były przeróżne – od przejścia przez zwalony pień drzewa po przelot na lianie. Szczególnie atrakcyjny był ten ostatni wariant – trzeba było zachować odpowiednią koncentrację, by puścić lianę we właściwym momencie, czyli będąc jeszcze nad rzeką (a nie w chwili gdy pnącze powracało ruchem wahadłowym z drugiego brzegu). O dziwo udało nam się przedostać na drugą stronę „suchą stopą”, pomimo licznych wątpliwości co do powodzenia tej misji. W trakcie wędrówki przez selvę obserwowaliśmy różne gatunki roślin – począwszy od drzew mahoniowych, a skończywszy na roślinach halucynogennych. W pewnym momencie Chino mocnym uderzeniem maczety rozpłatał pień drzewa, z którego wyciekło coś w rodzaju żywicy. Po zlizaniu substancji zebranej na palec nie byłem w stanie wypowiedzieć żadnego słowa z całkowicie odrętwiałych ust, skrywających bezwładny język. Chino z uśmiechem wytłumaczył nam, że Indianie używają tej żywicy jako środka znieczulającego przy zabiegach medycznych wykonywanych na tym odludziu. Nie miałem powodów, by nie dać temu wiary, bo po przyjęciu niewielkiej dawki żywicy byłem „wyłączony” przez dobre kilkadziesiąt minut. Po kilku godzinach nieustannego marszu (w selvie można uniknąć uciążliwości wszechobecnych owadów jedynie znajdując się w ciągłym ruchu, a każdy postój związany jest z pojawianiem się na ciele nowych, swędzących miejsc) dotarliśmy do celu naszej wyprawy – rzeki Río Hondo, gdzie nasze spocone i zmęczone organizmy miały możliwość doświadczenia odrobiny relaksu. Na pozór niewielka rzeczka miała bardzo rwący nurt – jedno machnięcie ramionami pozwalało pokonać zaskakująco dużą odległość, niekoniecznie w planowanym kierunku. Odczuwaliśmy też lekki dyskomfort dysponując wiedzą o występującym w tym regionie gatunku malutkich rybek, potrafiących wpłynąć do cewki moczowej i złożyć tam jaja. Na profilaktycznie zadane pytanie o pierwszą pomoc w takim przypadku, Chino wzruszył ramionami i z uśmiechem na ustach wskazał na maczetę. Po wyjściu z wody przywitało nas stado małych muszek, które na pamiątkę tego spotkania pozostawiły nam całą kolekcję swędzących krostek. Chino natomiast oczekiwał na nas z miejscowymi smakołykami – każdy z nas został obdarowany prawdziwym rarytasem: ogromną, żywą i tłustą larwą. Początkowo próbowaliśmy grzecznie, aczkolwiek stanowczo podziękować, lecz pełne wyrzutu spojrzenie Chino skłoniło nas do zmiany stanowiska. Cóż było robić, trzeba było biesiadować. Pomijając kwestie estetyczne związane z przegryzaniem żywego, tłustego robala, walory smakowe były naprawdę zaskakujące, a larwy w smaku przypominały mleczko kokosowe. Napełniwszy w ten sposób żołądek, wyruszyliśmy w drogę powrotną do obozowiska. Po drodze natknęliśmy się jeszcze na dwa stada chanchos – dzikich świń znanych głównie z produkcji filmowej o przygodach sympatycznego Hannibala Lectera, który raczył podrzucać im swoje ofiary, gdy chciał, by zginęły one bez śladu. Według Chino, znalezienie się w środku poszukującego pożywienia stada chanchos może być w konsekwencji mniej przyjemne niż spotkanie oko w oko z jaguarem. Drogę powrotną pokonaliśmy z morderczym tempie, żeby dotrzeć do obozu przed zmierzchem. Wykończeni intensywną wyprawą w głąb selvy, noc przespaliśmy bez najmniejszych problemów.
Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, by wyruszyć Río Bení w drogę powrotną do Rurrenabaque. Sposób, w jaki się poruszałem się po kilku dniach chodzenia w wilgotnym lesie tropikalnym nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, jakie części mojego ciała uległy odparzeniom, co wywoływało powszechną radość i aplauz wśród miejscowej ludności. Pożegnaliśmy się z Chino, wzięliśmy szybki prysznic, przepakowaliśmy się szybciutko i już po chwili popędziliśmy jeepem w kierunku pampy. Podczas 2,5–godzinnej przejażdżki mieliśmy okazję obserwować liczne gatunki egzotycznych ptaków. A podczas postoju nasz nowy przewodnik – Luís zaimponował nam kilkunastometrowym rzutem kamienia wprost w wynurzający się z oczka wodnego łeb aligatora. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie kończyła się droga i przesiedliśmy do czółna, którym popłynęliśmy w trwającą blisko 3,5 godziny podróż do naszego obozowiska. Otaczająca nas przyroda zdominowana była tutaj przez formy roślinności znacznie niższe niż w selvie. W zamian można było podziwiać znacznie większą ilość przedstawicieli świata zwierzęcego, nie mogących się tu ukryć przed intruzami z łatwością mieszkańców gęstego lasu deszczowego. Po drodze Luís kilkakrotnie zatrzymywał łódź, aby pokazać nam napotykane gatunki ptaków-mieliśmy w ten sposób okazję obserwować tukany, rajskiego ptaka, czarnego orła, orła amerykańskiego i wiele innych, których nazw nie potrafię już powtórzyć. Widzieliśmy także żółwie oraz małpy kapucynki, które bez najmniejszych oporów dokonywały abordażu wskakując na burtę naszej łodzi i pozwalając się fotografować, skuszone bananami trzymanymi w ręku przez przewodnika. Po długiej podróży dotarliśmy w końcu do naszego obozowiska. Gęstą, przesłaniającą podłoże roślinność selvy zostawiliśmy za sobą, lecz wilgotność pozostawała tak samo dręcząca jak w dżungli. Gdy rozwieszaliśmy mokre ciuchy wiedzieliśmy, że pomimo gorącego, bezchmurnego, słonecznego dnia i tak pozostaną one mokre. Luís przygotował na kolację spaghetti i choć cała grupa była głodna po wyczerpującym dniu, część posiłku została niezjedzona. Jak się po chwili okazało, w tutejszym świecie pożywienie się nie marnuje. Luís wyrzucił resztki makaronu w pobliżu naszej przystani i po chwili mieliśmy gościa – zaproszonym na darmową ucztę poczuł się aligator. „To mój przyjaciel, Antonio” roześmiał się Luís, widząc nasze zdziwione miny. Okazuje się, że aligatory nie ograniczają swojej diety jedynie do ludzkiego mięsa, nie gardząc też kuchnią włoską, co pozwalało nam z optymizmem patrzeć w przyszłość. Nocą wyruszyliśmy łodzią w poszukiwaniu kajmanów. Wokół rozchodziły się odgłosy nie pozostawiające żadnych wątpliwości co do tego, że nie tylko my tu jeszcze nie śpimy. Mieszkańcy pampy rozpoczęli nocną zmianę - z krzaków co jakiś czas spozierały na nas ponure, nieruchome, czerwone oczy gadów. Luís pewnym ruchem ręki pochwycił małego kajmana i zapoznał nas z jego anatomią. Kolejno zrobiliśmy sobie zdjęcie z wystraszonym gadem i wróciliśmy do obozowiska, rozglądając się po drodze niepewni, czy aby Antonio zadowolił się w dzisiejszy wieczór makaronem.
Boliwijska pampa - kapucynki słysząc zbliżający się odgłos silnika motorówki, gromadzą się na gałęziach rosnących wzdłuż rzeki drzew, licząc na jakiś smakowity kęs
Jakimś cudem udało nam się przeżyć podróż Drogą Śmierci i dojechać w godzinach porannych do Rurrenabaque. Po wyjściu z autokaru od razu odczuwało się tropikalny klimat – zewsząd otaczała nas egzotyczna przyroda i wszędzie wokół unosiło się wilgotne, gorące powietrze. Byliśmy u wrót selvy, która roztaczała się na ogromnej przestrzeni i sprawiała wrażenie nie mającej końca. Nic dziwnego, dorzecze Amazonki ma przecież powierzchnię przekraczającą 7 milionów kilometrów kwadratowych. Skorzystaliśmy z usług „bagażowego” zaopatrzonego w stary, drewniany wózek i poszliśmy w kierunku „centrum” zabudowanego parterowymi, drewnianymi chatkami miasteczka. Szybko podjęliśmy decyzję o skorzystaniu z jednej z ofert lokalnego biura podróży. Koszt pięciodniowej wycieczki obejmującej pobyt w gęstej selvie i porośniętej niższymi formami roślinności pampie zamknął się w kwocie 100 dolarów (dziś pewnie kosztowałby 5 razy tyle). Wypłynęliśmy łodzią w górę rzeki Río Bení, którą dotarliśmy na teren Parku Narodowego–Parque Nacional Madidi. Następnie skierowaliśmy się w stronę przygotowanego obozowiska, płynąc rzeką Río Tuichi. W międzyczasie z łodzi transportującej turystów powracających do Rurrenabaque przeskoczył na nasze czółno przydzielony nam przewodnik – potomek Japończyka i Indianki o pseudonimie Chino. Wkrótce dotarliśmy do położonego w sercu dżungli obozowiska. Chino wskazał nam nasz namiot i oddalił się gdzieś, a my chcąc zrobić wrażenie zahartowanych podróżników – twardzieli z Polski wyróżniających się na tle grzecznych i zagubionych turystów, wyciągnęliśmy moskitiery przywiezione z kraju na okoliczność pobytu w dżungli. Chino na widok naszego ekwipunku uśmiał się szczerze, informując nas, że tego rodzaju moskitiery mogą nam się przydać co najwyżej w naszych europejskich mieszkaniach. Rzeczywiście - przyniesione przez przewodnika moskitiery różniły się nieco od naszych – te nasze miały fakturę firanki, te jego bardziej przypominały pończochę. Kręcąc się po obozowisku dostrzegliśmy wypełzającą z dziupli w drzewie tarantulę. A że podobno te drzewne nie są niebezpieczne, jeden z kumpli postanowił się o tym przekonać i już po chwili miał pająka na ramieniu. Po posiłku wyruszyliśmy w gęstą selwę otaczającą nasz obóz. Mogłoby się wydawać, że takie egzotyczne, wiecznie zielone miejsce charakteryzować się będzie dużą ilością światła i rześkim, świeżym powietrzem. Nic bardziej mylnego. Najwyższe drzewa tworzyły nad nami gęsty kapelusz, zatrzymujący promienie słoneczne, a wokół wilgotnego, zacienionego podłoża unosił się zapach zgnilizny. Zdjęcia bez flasha można było wykonać głównie w miejscach, gdzie gęsta czapa roślinności uformowana w coś na kształt klosza stawała się nieco rzadsza. Chino poruszał się po dżungli boso, a nieodłączną część jego ekwipunku stanowiła duża, foliowa torba wypełniona liśćmi koki, które z kolei bezustannie wypełniały jeden z jego policzków. Dzienna dawka „listków” spożywanych przez naszego przewodnika musiała być doprawdy imponująca. Podczas wędrówki przez gęsty las Chino pokazywał nam bogactwo miejscowej flory, m.in. chininę oraz fauny, reprezentowanej tu głównie przez owady i robactwo. Widzieliśmy kopce termitów oraz ogromne mrówki o wdzięcznej nazwie veinticuatro (24-ponoć nazwa wzięła się stąd, że ich jad może doprowadzić do zgonu człowieka w ciągu 24 godzin). Arek, który nigdy nie należał ani do ludzi łatwowiernych, ani tym bardziej do osób chętnie podporządkowujących się zakazom postanowił obalić tą teorię, dzięki czemu miał okazję empirycznie zbadać doznania towarzyszące bezpośrednim kontaktom na linii człowiek - mrówka. Po przekazaniu przewodnikowi informacji o bolącym palcu i stopniowej utracie czucia w pozostałej części ręki, osłupiały Chino w panice przystąpił do wysysania jadu z palca kolegi. Za pierwszym razem sukces był połowiczny – technika ssania palca była co prawda właściwa, jednakże objawy zatrucia nie ustępowały. Dopiero kolejna próba, podjęta w momencie gdy Chino zaczynał się niepokoić bardziej niż Arek, zakończyła się powodzeniem. Zaczynało zmierzchać, więc powoli skierowaliśmy się w stronę obozowiska. Po drodze jeszcze natknęliśmy się na norę z małymi, tj. kilkucentymetrowymi tarantulkami (tymi ziemnymi, czyli niebezpiecznymi), które sfotografowaliśmy w pośpiechu popędzani przez Chino rozglądającego się wokół, czy przypadkiem ich mamusia nie wraca właśnie z polowania. Podczas wieczornej toalety w rzece, obserwowaliśmy w oddali świecące się na czerwono oczy kajmanów. Nie mieliśmy też żadnych problemów z oceną wiarygodności informacji, że wejście do selvy po zmroku bez przewodnika, nawet dwadzieścia metrów w głąb, nie rokuje dużych szans na odnalezienie drogi powrotnej. Wyczerpani udaliśmy się do namiotu, gdzie poinstruowani przez Chino zaczepiliśmy buty na kołkach podeszwą do góry (pozostawienie ich na ziemi mogło skutkować nieplanowanym spotkaniem ze skorpionem, który nocą postanowił w nim zamieszkać). Po krótkiej walce z robactwem, któremu udało się dostać nawet pod moskitierę w wersji Chino, zasnęliśmy błyskawicznie przy akompaniamencie dźwięków nocnego życia selvy.
Gdy wyjeżdżaliśmy z La Paz w kierunku miejscowości Rurrenabaque, stanowiącej bazę wypadową do Parku Narodowego Madidi w boliwijskim dorzeczu Amazonii, nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy z tego, jakie atrakcje zafunduje nam kierowca jadąc Drogą Śmierci. Choć pierwszy rzut oka na stary, zdezelowany autokar pozwalał zrozumieć, dlaczego bilety na osiemnastogodzinną podróż kosztowały jedynie 12 dolarów. Bagaże wylądowały na dachu pojazdu, a my zajęliśmy całą tylną część na pokładzie gruchota. W powietrzu unosił się smak wielkiej przygody. Godzina odjazdu dawno minęła, lecz kierowca pozostał niewzruszony, umożliwiając zrobienie interesu życia każdemu spośród licznej rzeszy handlarzy, którzy nie wiedzieć czemu sądzili, że komuś z pasażerów potrzebny będzie w drodze budzik lub zestaw żarówek. Gazety, owoce, słodycze, napoje, nawet baterie czy długopisy – rozumiem, ale budzik? Cóż, wydaje się, że cały urok handlu w Ameryce Południowej polega na tym, że nie chodzi o sprzedaż towaru, ale o próbę sprzedaży towaru. W końcu nasz wysłużony środek transportu wyruszył z miejsca, które ktoś dla żartu nazwał „dworcem” i leniwie przetoczył się przez uliczki La Paz, na każdym przystanku wysadzając jednych handlarzy, a zabierając innych. W ślad za sprzedażą towarów na pokładzie pojawiły się również usługi – na jednym z przystanków wsiadła młoda kobieta, która oferowała ekspresowe szczepionki w trakcie jazdy. Dziwne? Być może, ale naprawdę dziwne było to, że któryś z jadących z przodu pasażerów skorzystał z takiej usługi. Dyplom? Uprawnienia? Certyfikaty? Atesty szczepionki? Źródło pochodzenia medykamentu lub chociażby igły? To wszystko nieważne – liczyła się jedynie atrakcyjna oferta cenowa, zaproponowana przez kobietę, która nawiasem mówiąc mogłaby nadać sobie odrobinę autentyczności, zakładając chociażby pielęgniarski kitel. Zatrzymaliśmy się na światłach. Mężczyzna o indiańskich rysach, w czapeczce z napisem „Wyborowa” (autentycznie), postanowił wykorzystać krótki postój zamawiając przez okno talerz zupy, po czym skonsumował zawartość i zadowolony z siebie zwrócił pusty talerz – a wszystko to podczas postoju na czerwonym świetle!

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Boliwia, Parque Nacional Madidi

Drogą śmierci do źródeł życia
Parque Nacional Madidi - autor w plątaninie lian oplatających większość drzew w selwie
Parque Nacional Madidi - dżungla, wbrew obiegowym wyobrażeniom nie jest wiecznie zielonym, pachnącym miejscem, lecz raczej odciętą od światła dziennego strefą, cuchnącą zgnilizną podmokłego podłoża
Rio Beni, dopływ rzeki Madeira, przepływająca przez boliwijską część dżungli amazońskiej. Jej długość wynosi 920 km, a głównym dopływem jest Madre de Dios
Wkrótce po opuszczeniu granic La Paz skończył się asfalt, dalej podążaliśmy drogą, której stan techniczny świetnie współgrał ze stanem technicznym naszego autokaru. Wokół pustkowie, gdzieniegdzie mijaliśmy tylko pojedyncze domostwa lub grupy chat. Po jakimś czasie dopadł mnie głód nikotynowy z jednoczesną bolesną świadomością, że nie zapowiada się na żaden postój w najbliższym czasie. Ponieważ siedziałem przy oknie na samym końcu autokaru, zdecydowałem się otworzyć okno i zapalić wychylając się na zewnątrz, usprawiedliwiając sam przed sobą swoją decyzję faktem, iż moje zachowanie nie wpłynie przecież znacząco na panujący w autokarze brud i smród. Nawiązałem w lusterku kontakt wzrokowy z kierowcą, który widząc moje zmieszanie, kiwaniem głowy wyraził swoją aprobatę dla mojego pomysłu. Po pewnym czasie jedna z kobiet wystawiła (w trakcie jazdy, co prawda dość wolnej) przez okno swoje płaczące dziecko, które w tych specyficznych warunkach walnęło kupę. Zdarzenie to uświadomiło mi, że palenie podczas jazdy, jakkolwiek nie zabronione, będzie zajęciem dość ryzykownym. W miarę upływu czasu nasiliły się wojskowe kontrole. Okazało się, że zbliżamy się do pogórza Yungas – obszaru, na terenie którego ukryte są jedne z największych w Ameryce Południowej laboratoriów produkujących kokainę (podobno większe są tylko w Kolumbii). Stąd też odpowiednio przeszkolone patrole wojska poszukiwały nie tylko ewentualnych przemytników podróżujących z „towarem” w stronę cywilizacji, ale przede wszystkim osób dostarczających komponentów niezbędnych do produkcji narkotyku. Lista rzeczy objętych zakazem wwożenia na ten obszar była dość długa, a znajdowała się na niej np. benzyna. Na jednym z posterunków kontrolnych żołnierze pozwolili mi nawet wejść na specjalnie skonstruowaną wieżę i przyglądać się z bliska ich pracy – wbijali długi szpikulec przymocowany na kiju w wybrane bagaże znajdujące się na dachu autokaru (w większości worki), a następnie poddawali pobrane próbki zawartości bagażu dogłębnej analizie przy pomocy posiadanych przyrządów pomiarowych, tzn. nosa i języka (tzn. obwąchiwali i oblizywali wyciągnięty szpikulec). A że dziura w worku? Chyba przypadki zgłaszania roszczeń odszkodowawczych z tytułu uszkodzonego mienia nie zdarzały się tutaj zbyt często. Byłem nawet zdziwiony, że wojsko pozwoliło mi z bliska obserwować przebieg kontroli, ale po usłyszeniu propozycji wykonania sobie pamiątkowej fotki, uśmiech z oblicz żołnierzy bezpowrotnie zniknął i zmuszony byłem wracać do gruchota. Z każdym przejechanym kilometrem teren robił się coraz bardziej górzysty. Wjechaliśmy na teren pogórza i szybko zorientowaliśmy się, dlaczego wszystkie przewodniki zgodnie odradzają pokonywanie naszej trasy drogą lądową, nazywając ją „drogą śmierci”. Poruszaliśmy się teraz wąskimi, piaszczystymi serpentynami biegnącymi wzdłuż porośniętych tropikalną roślinnością górskich zboczy z jednej i głębokich przepaści z drugiej strony. Nie miałem odwagi wychylić się przez okno autobusu, Arek wystawił jedynie rękę z kamerą, a to co później zobaczyliśmy na filmie w pełni uzasadniało takie zachowanie. Trasa nie robiła natomiast żadnego wrażenia na naszym kierowcy, który rozbawionym wzrokiem obserwował nas w lusterku wstecznym. Żeby nas do końca uspokoić, po jakimś czasie wziął sobie na kolana pięcioletnią dziewczynkę, która pomagała skoncentrować mu się na prowadzeniu autokaru ciągnąc go za wąsy. Cóż, przynajmniej mieliśmy pewność, że nie zaśnie. Drogą poruszały się głównie ciężarówki, od czasu do czasu autobusy i motory, choć ruch był raczej znikomy. Najgorzej było, gdy zachodziła konieczność minięcia się na biegnącej wzdłuż krawędzi urwiska drogi, niewiele szerszej od pojazdu. Wtedy jeden z samochodów musiał cofać do „mijanki” – pojawiającego się od czasu do czasu nieco szerszego fragmentu trasy. Obowiązywała zasada cofania się pojazdu wjeżdżającego pod górę, dzięki czemu doświadczyliśmy dodatkowej atrakcji jazdy na wstecznym nad urwiskiem. Realność niebezpieczeństwa tego odcinka drogi symbolizowały krzyże pojawiające się dość często przy trasie oraz widoczne czasami wraki pojazdów leżące na dnie przepaści. Co jakiś czas mijaliśmy też postawione na tym odludziu lepianki. Zapadł zmierzch, gdy dojechaliśmy w końcu do jakiejś większej osady, w której mieliśmy dłuższy postój na odreagowanie przeżytych wrażeń, spożycie posiłku i kupienie owoców. Zapadła bardzo parna (jak to w lesie deszczowym bywa) noc. Z otaczającej osadę dżungli dochodziły egzotyczne odgłosy. Do baru wpadła ćma wielkości sporego ptaka, goniliśmy ją zaskoczeni, a tubylcy mieli z nas ubaw. Kupione na straganie banany trzeba było zjadać od razu – w tych warunkach klimatycznych zgniłyby w ciągu kilku godzin. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Wokół panowała ciemność, ale najgorszy odcinek mieliśmy już chyba za sobą. Nadszedł czas, by spróbować zasnąć, choć w tych okolicznościach nie było to wcale łatwe.
El Camino de la Muerte (Droga Śmierci), okrzyknięta najniebezpieczniejszą drogą świata, to sześćdziesięciokilometrowa, w większości gruntowa trasa wijąca się serpentynami pomiędzy skałami, a głębokimi na kilkaset metrów przepaściami
Zgodnie z wcześniej ustalonym harmonogramem, następnego dnia rano wyruszyliśmy na poszukiwania Anakondy. Po śniadaniu Luís przekazał nam wskazówki, zgodnie z którymi założyliśmy odpowiedni na tą okazję (czyli najgorszy jaki mieliśmy) strój. Aby zapobiec przedostaniu się do organizmu całego cholerstwa żyjącego w tutejszych wodach włożyliśmy długie wojskowe buty, w które wpuściliśmy nogawki spodni (w efekcie czego nasz wygląd prawdopodobnie rozśmieszyłby nawet anakondę), górną część ciała zabezpieczyliśmy przed wszechobecnymi insektami koszulami z długim rękawem, a na głowę włożyliśmy czapki lub kapelusze. Ubrani w tak odświętny sposób wyruszyliśmy za Luísem na poszukiwanie słynnego węża. „Poszukiwania anakondy” jako sposób spędzania wolnego czasu na wakacjach są z pewnością ciekawym punktem w programie żądnych przygód podróżników, więc wyruszyliśmy z obozowiska czując dreszcz emocji wynikający z rozważań na temat wzajemnych szans – swoich i gada – w przypadku bezpośredniej konfrontacji. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej przyziemna - otóż wyszło na jaw, że anakonda wcale na nas nie czekała w jakimś dobrze widocznym miejscu, a szukać jej musieliśmy brocząc po kolana w błotnistej substancji o zapachu gnojówki. Trwało to ponad cztery godziny, w trakcie których niestety nie udało się spotkać poszukiwanego węża pomimo tego, że wcale nie należy on do najmniejszych. Poszukiwania w znacznym stopniu utrudniał fakt, że o tej porze roku w tym miejscu utrzymuje się dość wysoki poziom wody. Na pocieszenie Luísowi udało się pochwycić dwa inne węże – może nie takie duże jak anakonda, ale stanowiące przynajmniej dowód na to, że w każdej chwili jakiś gad może nas poczęstować jadem. Swoboda, z jaką Luís chwytał węże rozwidlonym na końcu patykiem robiła wrażenie. Po schwytaniu ok. dwumetrowego okazu, przewodnik zapytał retorycznie, czy ktoś chciałby go wziąć do ręki? Z pewnością liczył na to, że jak na każdej normalnej wycieczce nie znajdzie się wśród uczestników taki śmiałek. I tu się przeliczył. Do pewnego momentu kolejni uczestnicy poszukiwań stanowczo odmawiali, lecz po chwili można było ujrzeć węża wijącego się we wszystkie strony w rękach Arka, który przejął go nie zastanowiwszy się wcześniej jak przytrzymać gada w taki sposób, by nie szarpał się rzucając na boki. Koniec końców udało się opanować i węża i Arka, ale co się uśmialiśmy, to nasze. Po kilkugodzinnej kąpieli w gnojówce wróciliśmy do obozowiska na miskę gorącej strawy i suszenie (a raczej jego nieudolne próby) ubrań. Po południu poszliśmy jeszcze na krótką wędrówkę, podczas której obserwowaliśmy skaczące po drzewach małpy, zaś wieczorem wypłynęliśmy naszym kanoe na ostatnią wycieczkę po otaczającym nas akwenie. Gdzieniegdzie widać było przelatujące ary, tukany, albatrosy i kormorany. Z daleka widać było również kajmana oraz delfiny. Zatrzymaliśmy się na chwilę w spokojniejszym miejscu, by dać nura do wody. Po kąpieli wyciszyliśmy się obserwując z łódki piękno tropikalnego zachodu słońca, a po kolacji wyruszyliśmy jeszcze na ostatnią przechadzkę po lesie. Nasz pobyt w boliwijskiej strefie Amazonii dobiegał końca.
Zachód słońca na pampie
Następnego dnia rano wyruszyliśmy w drogę powrotną do Rurrenabaque. Po kilkugodzinnej przeprawie łodzią dotarliśmy do miejsca, w którym czekał już na nas wysłużony jeep. W prowizorycznej knajpce zaopatrzyliśmy się w życiodajne piwo. Żadne słowa nie oddadzą tego, co czuje człowiek pijący piwo w upalny dzień, po prawie tygodniowej abstynencji spowodowanej niemożnością nabycia tego zacnego napoju w leśnych ostępach Amazonii. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na połów piranii za pomocą specyficznych „wędek”, tzn. deseczek oplątanych żyłką z haczykiem. Technika połowu piranii tą metodą przedstawiała się w sposób następujący: odwijało się żyłkę z drewienka, na końcu haczyka uczepiało się odrobinę mielonego mięsa (takiego, jakie można kupić u nas w „Mięsnym”), żyłkę z haczykiem rzucało się do wody (wpadała nie dalej niż metr od brzegu), by w odpowiednim momencie intuicyjnie, szybkim ruchem wyciągnąć ją na powierzchnię. Brak wprawy powodował, że nie wszystkie próby były udane, pomimo że piranie wprost nie mogły się oprzeć tak serwowanej przynęcie. Jednak co jakiś czas ktoś wydawał triumfalny okrzyk demonstrując schwytany okaz. Po powrocie do Rurrenabaque poszliśmy „w miasto”, kontynuując przyjętą kilka godzin wcześniej strategię uzupełniania niedoboru piwa w organizmie. Ponieważ nie jest tajemnicą, że chęć i łatwość kupowania różnego rodzaju pamiątek wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości spożytego alkoholu, aby dobrze zobrazować przebieg tego wieczoru powiem krótko: kupiłem łuk. Łuk ten łączył w sobie tradycyjne elementy broni używanej przez plemiona amazońskie (był to długi, prosty kawałek drewna ze sznurkiem, przyjmujący kształt łuku dopiero w momencie naciągnięcia cięciwy) z ozdobnymi elementami mającymi wpłynąć na jego walory komercyjne (strzały ozdobione pięknymi, zielonymi piórkami).
Po śniadaniu spakowaliśmy bagaż, przygotowując się (fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie) do drogi powrotnej do La Paz. W „recepcji” agencji turystycznej, w której spędziliśmy w dość spartańskich warunkach ostatnią noc, poprosiliśmy o zamówienie taksówki. Zdziwiło nas nieco postawione przez „recepcjonistkę” pytanie o to, czy jest nas trzech czy dwóch. Co to za różnica dla taksówkarza? Wszystko wyjaśniło się kwadrans później, gdy pod agencję podjechał zamówiony transport–taksówką okazały się być trzy motory korporacji o wszystko mówiącej nazwie: „Motortaxi”. Sytuacja była o tyle kłopotliwa, że na tym etapie podróży mój bagaż składał się z potężnych rozmiarów plecaka ze stelażem, plecaka podręcznego, torby z aparatem fotograficznym, reklamówki z przygotowanym prowiantem na osiemnastogodzinną podróż autokarem oraz świeżo zakupionego łuku, którego nigdzie nie mogłem schować. Założyłem więc plecak podręczny na plecy, torbę ze sprzętem przełożyłem przez ramię, a w wyprostowanych szeroko rękach trzymałem reklamówkę oraz łuk, starając się je utrzymywać w bezpiecznej odległości od motocykla. Stelaż wylądował na kierownicy motocykla i ... jazda. Ponieważ nie było gdzie oprzeć nóg, najbardziej bezpieczna wydała mi się jazda w „szerokim rozkroku”, więc podróż odbyłem w pozycji na „pajacyka”, co nie umknęło uwadze mijanych przechodniów. W tej ekwilibrystycznej pozycji dotarłem na dworzec autobusowy. Ponownie czekała nas mordercza podróż przez el Camino de la Muerte – Drogę Śmierci. Różnica była taka, że tym razem odcinek drogi biegnący przez mrożące krew w żyłach serpentyny na krawędziach głębokich przepaści mieliśmy pokonać nocą, autokarem z jednym sprawnym reflektorem i łysymi oponami. Na postojach baliśmy się patrzeć na nasz środek transportu w obawie, że odkryjemy jeszcze kilka niespodzianek dotyczących stanu technicznego pojazdu. Poza tym, wszystko odbyło się jak za pierwszym razem–w autobusie bród i smród, a my znowu byliśmy jedynymi pasażerami – turystami (oprócz nas w autobusie znajdowali się jedynie zaciekawieni naszą obecnością autochtoni). Po zmierzchu miałem szczere obawy co do szczęśliwego finału tej podróży. Wokół roztaczał się czarny jak smoła mrok, co zdawało się mieć zarówno swoje pozytywne (nie widziałem przepaści), jak też negatywne (kierowca prawdopodobnie też ich nie widział) strony. Jednak chyba ponownie amazońskie duchy roztoczyły nad nami opiekę, bo nad ranem ze zdziwieniem odkryłem, że dojeżdżamy do La Paz.
El Camino de la Muerte to wyzwanie dla każdego kierowcy. Nie dość, że na drodze jest niezwykle ślisko, to jeszcze przewyższenia na trasie wynoszą ponad 3 tysiące metrów, co bezpośrednio przekłada się zarówno na kąt nachylenia, jak też na warunki klimatyczne