Do La Paz zawitaliśmy raz jeszcze, po powrocie z tygodniowej wycieczki do boliwijskiej części Amazonii. Zapamiętałem, że był to Wielki Czwartek, bo miałem uzasadnione obawy, że ostatnią wieczerzę spożyłem dzień wcześniej - zanim nasz zdezelowany autokar wyruszył z amazońskiego Rurrenabaque w podróż przez twz. Drogę Śmierci (o szczegółach tej podróży będzie mowa w następnym rozdziale). Chwilę po opuszczeniu autokaru i rozłożeniu się z dobytkiem pod ścianą jednego z budynków otaczających dworzec, jakiś miejscowy gang Olsena próbował zrobić skok na nasze bagaże – zorientowaliśmy się w ich planach na tyle szybko, że nawet nie zdążyli się do nas zbliżyć. Byliśmy wyraźnie obserwowani, a potem wyłapaliśmy porozumiewawcze spojrzenia i gesty niedoszłych rabusiów, którzy finalnie speszyli się i odstąpili od rabunku. Wydaje się, że dane dotyczące przestępczości w Ameryce Łacińskiej nie są przesadzone, a kradzieże (rzadziej napady) są tutaj na porządku dziennym. Jednakże w moim odczuciu, przy zachowaniu pewnych elementarnych zasad bezpieczeństwa można stosunkowo łatwo ich uniknąć, a przynajmniej znacznie zminimalizować ryzyko utraty swojego dobytku. Jeżeli jakiś „bujający w obłokach” gringo zostawia bez opieki walizkę na środku dworca autobusowego, po czym idzie kilkadziesiąt metrów dalej kupić sobie kawę, to najprawdopodobniej już nigdy nie ujrzy swojego bagażu. Ale prawdopodobnie spotkałoby go to samo na dworcu w Warszawie, Paryżu, czy w Nowym Jorku. Nie chcę tu „cwaniakować” – kilka razy w życiu padałem ofiarą różnej maści oszustów i złodziei, ale przy zachowaniu podstawowych zasad ostrożności oraz zwyczajnej koncentracji można ograniczyć ryzyko takich zdarzeń do minimum. Nie zawsze, ale przeważnie można. W tej konkretnej sytuacji wystarczyło wyładować szybko bagaże z autobusu, ustawić je pod ścianą (a więc ograniczyć możliwość dostępu do nich) i rozejrzeć się wokół. Mówiąc krótko – bądź uważny na tyle, żeby złodziej wolał okraść kogoś innego!
Kolejny dzień w La Paz poświęciliśmy na odwiedzenie dwóch bardzo ciekawych i nie spotykanych gdzie indziej miejsc. Pierwszym z nich był popularny Mercado de los Brujos (Targ Czarowników), gdzie oprócz standardowej bazarowej oferty handlowej, można było nabyć również wszelkie niezbędne akcesoria oraz składniki mikstur pozwalających uwolnić się od mocy złych duchów. Na poszczególnych straganach oferowano m.in. zakup: specyfików powodujących po spożyciu przez wybrankę (lub wybranka) wybuch płomiennej i dozgonnej miłości, afrodyzjaki - po których nawet nieśmiały chłopiec przeistacza się w pracującego ciężko przez całą noc macho, zioła leczące każdą chorobę, a nawet spreparowane szczątki piskląt (nie udało nam się ustalić do czego służą). Jednym słowem każdy, zarówno domorosły jak też zawodowy curandero lub brujo, mógł znaleźć tu coś dla siebie. Różnica pomiędzy curandero a brujo polega z grubsza na tym, że curandero stosuje tzw. białą magię, zaś brujo jedzie ostro po bandzie korzystając z możliwości, jakie daje mu czarna magia. Mówiąc ściślej: jeżeli trzeba przegnać chorobę – wystarczą usługi curandero (uzdrowiciela). Jeśli zaś trzeba przepędzić chorobę, ale jednocześnie sprawić, by zachorował na nią sąsiad – tu już trzeba korzystać z usług brujo (czarownika). Przejeżdżając autobusem przez La Paz mijaliśmy miejsce, w którym szyldy znajdujące się na elewacjach dwóch sąsiednich budynków informowały, iż w jednym z nich mieścił się gabinet lekarski, zaś w drugim swoich klientów przyjmował curandero. Pod gabinetem lekarza było pusto, natomiast pod budynkiem, w którym porad udzielał curandero stała kolejka oczekujących na wizytę. Należy więc zakładać, że ziołolecznictwo i medycyna niekonwencjonalna cieszą się nadal dużym uznaniem w krajach andyjskich, a ich popularność jest zapewne wprost proporcjonalna do nieufności żywionej w kierunku publicznej służby zdrowia.
Kolejnym niecodziennym i wartym polecenia miejscem było jedyne chyba na świecie muzeum poświęcone świętej roślinie – koce (Museo de Coca), w którym nie tylko można było zapoznać się z historią i tradycją uprawiania krasnodrzewu pospolitego na tych ziemiach, lecz również z chemicznym procesem uzyskiwania z niego produktu, który rozsławił tę roślinę na cały świat, czyli kokainy. Poważnie, tablice wewnątrz państwowego muzeum szczegółowo opisywały proces produkcji kokainy! Po przyjęciu potężnej dawki wiedzy oraz kultury, jaką odczuwa się zawsze po wizycie w muzeum, poszliśmy pospacerować jedną z głównych arterii komunikacyjnych miasta. Po drodze trafiliśmy do nowoczesnego centrum handlowego – trudno było uwierzyć, że nadal znajdujemy się w tym samym mieście, w którym kilka godzin temu chodziliśmy pomiędzy biednie odzianymi Indianami, kupującymi spreparowane szczątki piskląt na Targu Czarowników.
Po opuszczeniu strefy archeologicznej stanęliśmy na poboczu głównej drogi prowadzącej do La Paz, próbując złapać jakiś transport do stolicy Boliwii. Nie trwało to długo – po chwili złapaliśmy minibusa, do którego jakimś cudem udało nam się zmieścić z kompletem bagaży, przez co komfort podróżowania pozostałych pasażerów znacznie stracił na jakości. Jeszcze przed wjazdem do miasta część podróżujących osób wysiadała w okolicznych wioskach, skąd roztaczał się wspaniały widok na otoczone ośnieżonymi szczytami Andów miasto. Trzeba przyznać, że stolica Boliwii położona jest w niezwykle spektakularnej scenerii, a panorama śródgórskiej doliny rzeki La Paz u podnóża pasma Cordillera Real na długo zapada w pamięci. Jest to jedna z najwyżej położonych stolic na świecie - z położonego na wysokości 3.600 m.n.p.m. centrum miasta odbijająca na boki zabudowa wznosi się jeszcze do góry aż do wysokości 4.200 m.n.p.m. Topografia terenu miała tu ogromny wpływ na planowanie przestrzenne oraz zastosowane rozwiązania urbanistyczne, toteż zwiedzanie La Paz rozpocząłem od zabłądzenia w gąszczu wznoszących się stromo na niewielkiej przestrzeni uliczek w trakcie poszukiwania rozsądnego cenowo hotelu. Każdy krok pod górę stromej uliczki wydawał się walką o przetrwanie, a palące słońce i stelaż na plecach potęgowały i tak dość duże kłopoty ze złapaniem oddechu na tej wysokości. Plecy po chwili zalały się potem, a usta zamieniły w suchą skorupę, domagającą się choć łyka wody co trzy minuty. Powiedzmy sobie szczerze – La Paz nie jest idealnym miejscem na wakacyjny wypoczynek. Przebywając tu można łatwo zrozumieć fenomen wyników osiąganych przez słabą piłkarską reprezentację tego kraju na Estadio Hernando Siles, na którym Boliwijczycy regularnie ogrywają największe futbolowe marki w eliminacjach do Mundialu. Stojąc pod położonym na wysokości 3637 m.n.p.m. stadionem łatwo wyobrazić sobie, z jakiego powodu Messi w trakcie rozgrywanego tu meczu wymiotował, a kilku innych piłkarzy traciło przytomność. Nieprzygotowany do podejmowania wysiłku w takich warunkach organizm po prostu odmawia posłuszeństwa i można chyba postawić tezę, że gdyby FIFA przyznała organizację Mistrzostw Świata Nepalowi – gospodarze bez trudu sięgnęliby po czempionat. Wieczorem, gdy niemiłosiernie palące na tej wysokości słońce stworzyło w końcu warunki do miejskiej wspinaczki, wyszliśmy na krótki spacer po centrum miasta. W drodze powrotnej przysiedliśmy na chwilę na schodach jakiegoś kościoła, skąd obserwowaliśmy przebieg demonstracji level Boliwia. Z jednej strony nadciągnął zajmujący całą szerokość ulicy korowód manifestantów, z drugiej zbliżał się policyjny kordon. Kilkadziesiąt metrów od nas zaczęły się zamieszki, a po krótkiej pyskówce uzbrojona po zęby policja rozpoczęła pacyfikację uczestników pochodu. Większość demonstrantów zaczęła uciekać w kierunku, z którego przyszła. W ślad za nimi ruszyli policjanci, a po jakimś czasie dobiegły nas stamtąd odgłosy wystrzałów. Nie wiem co się dokładnie tam stało, ani czy ktoś ucierpiał. Wiem tylko, że siedzieliśmy oniemieli na schodach kościoła, próbując ogarnąć umysłem, co tu się przed chwilą wydarzyło. Był to bardzo niespokojny okres w Boliwii. Kilka miesięcy przed naszym przyjazdem policja brutalnie spacyfikowała protesty studentów, których nieoczekiwanie wsparło wojsko i na ulicach La Paz doszło do regularnej wojny, w której z obu stron padły strzały. W Polsce głośnym echem odbiła się sprawa mającego miejsce w południowej Boliwii pół roku wcześniej brutalnego napadu na parę doktorantów z Politechniki Wrocławskiej – chłopak został zlinczowany na miejscu, dziewczyna cudem przeżyła (została na kilka miesięcy w Boliwii, żeby osobiście dopilnować, by sprawcy tego napadu trafili do więzienia – co finalnie jej się udało, a co wcale nie było takie oczywiste, jak mogłoby się wydawać). Krótko mówiąc – sytuacja w kraju zaczynała wymykać się spod kontroli. Nieco zszokowani wróciliśmy do hotelu i popijając zimne piwo postanowiliśmy nie przedłużać specjalnie naszego pobytu w La Paz.
Niestety, pomimo szczerych chęci rankiem okazało się, że wyjazd w kierunku amazońskiej selvy jest już tego dnia niemożliwy. Musieliśmy więc spędzić dodatkowo jeden dzień w boliwijskiej stolicy. Zniechęceni do morderczej topografii miasta, pojechaliśmy do jednego z najdziwniejszych miejsc, jakie odwiedziłem - do położonej 10 km za miastem Valle de la Luna (Księżycowej Doliny). Dolina zawdzięcza swoją nazwę „księżycowemu” krajobrazowi, który na miejscu tworzą żółtobrązowe skały osadowe, odkształcone w fantastycznych kształtach na skutek oddziaływania erozji wodnej i powietrznej. Formacje skalne, mieniące się w różnych barwach w zależności od pogody, tworzą cały system korytarzy. Gdzieniegdzie skalne podłoże porastają ogromne kaktusy, a okolica naprawdę sprawia wrażenie miejsca z innej planety. Podróż do Valle de la Luna była jedną z lepszych decyzji podjętych w czasie wizyty w La Paz i z całym przekonaniem mogę polecić to miejsce jako warte odwiedzenia. Po powrocie do centrum zdążyliśmy obejrzeć jeszcze bardzo ciekawą ekspozycję wystawioną w Museo Arqueológico de Tiwanaku i poświęconą kulturze Tiahuanaco (Tiwanaku)
Granicę pomiędzy Peru a Boliwią przekroczyliśmy w miejscowości Desaguadero, gdzie mieliśmy również wymuszony postój, związany z koniecznością załatwienia formalności wjazdowych. Już w tej przygranicznej miejscowości można było poczuć przedsmak Boliwii i odnieść wrażenie, że dalsza podróż w głąb tego kraju dostarczy nam jeszcze bardziej „egzotycznych” przeżyć niż dotychczas. O ile w Peru chłonęło się wszystkimi zmysłami Amerykę Południową po przyjeździe z Europy, o tyle już pierwsze chwile spędzone w Boliwii pozwalały przypuszczać, że kraj ten będzie taką „Ameryką Południową” w stosunku do Peru - będącego może i krajem niezbyt zamożnym, ale posiadającym powszechnie znane osiągnięcia współczesnego świata w postaci w miarę dobrze utrzymanej infrastruktury drogowej, czy rozwiniętej sieci komunikacyjnej (na poziomie często porównywalnym, a czasami nawet lepszym niż w Polsce). Krótko mówiąc, już w Desaguadero mieliśmy pełną świadomość tego, że pobyt w Boliwii będzie bardziej hard corowy. I wcale nas to nie martwiło.
Nie potrafiąc ocenić, ile czasu zajmą nam formalności wjazdowe, kupiliśmy bilety autobusowe tylko do granicy, ale na miejscu bez problemu dogadaliśmy się z naszym kierowcą, by za 10 soli przetrzymał nieco pozostałych pasażerów wewnątrz pojazdu i poczekał na nas, a następnie podrzucił nieco dalej - do strefy archeologicznej w Tiahuanaco - wielkiego centrum obrzędowego, zbudowanego z ogromnych bloków andezytu i szarego trachitu przez mało poznaną kulturę zamieszkującą niegdyś ten region. Położone na wysokości 3800 m.n.p.m. stanowisko, zajmujące dziś obszar o powierzchni 1005 na 503 m., odgrywało jako ważne centrum ceremonialne istotną rolę w prekolumbijskim świecie pomiędzy III a XI wiekiem naszej ery. Zachowane do dziś budowle pochodzą z różnych okresów funkcjonowania ośrodka, a niektóre z nich pozostały niedokończone sprawiając wrażenie, jak gdyby lud budowniczych opuścił te ziemie w pośpiechu. Choć samo Tiahuanaco może być starsze nawet o kilkaset lat, większość głównych budowli wybudowana została około 200 roku n.e. Ponad wszelką wątpliwość Tiahuanaco (nazywane też Tiwanaku) stanowiło wielkie centrum ceremonialne, w którym oddawano cześć bogom i odprawiano rytuały związane z astronomią. W centrum ośrodka stał główny okrąg sakralny, wypełniony kamiennymi świątyniami i zamkniętymi sanktuariami, do których prowadziły ciągi schodów zwieńczone wspaniałymi bramami prowadzącymi do wewnątrz. Przez ostatnie 500 lat pierwszego tysiąclecia Tiahuanaco było dużą metropolią, zamieszkiwaną przez 50.000 osób i stolicą imperium, obejmującego strefą wpływów odległe andyjskie obszary. Dziś możemy podziwiać pozostałości monumentalnych budowli, do wzniesienia których użyto wielkich bloków i płyt z piaskowca i bazaltu. Podobnie jak w wielu tajemniczych ośrodkach prekolumbijskiej Ameryki, szok wywołuje nie tylko technika ich obróbki i wygładzenia, ale przede wszystkim świadomość, że te ogromne bloki zostały tu przetransportowane z oddalonych o setki kilometrów kamieniołomów przez lud nie znający koła!

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Boliwia, Tiahuanaco/La Paz

Spojrzeć w oczy Wirakoczy
Targ w miejscowości Desaguadero, położonej na granicy Peru i Boliwii
La Paz - Plaza Murillo znana także jako Kilometr „0” to piękny plac i zarazem miejsce, od którego mierzy się odległości w kraju. Wśród najważniejszych obiektów znajdujących się na placu należy wymienić Palacio Quemado (z lewej) i Katedrę (z prawej)
Panorama La Paz widoczna ze wzgórz otaczających stolicę
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów w Tiahuanaco jest wspaniale zdobiona Brama Słońca, usytuowana w północno-zachodnim narożniku świątyni Kalasasaya.  Masywna kamienna konstrukcja o wadze przekraczającej 10 ton wycięta została z jednego bloku kamienia, a swoją sławę zawdzięcza wspaniale dekorowanemu nadprożu, w środku którego wyrzeźbiono wielką postać Wirakoczy w ujęciu frontalnym. Głowę ajmarskiego boga – stwórcy świata i ludzkości oraz ojca Słońca i Księżyca, zdobi wężowa korona, a w każdym ręku dzierży on dumnie wężowe berło. Po obu stronach bóstwa biegną trzy rzędy mniejszych rzeźbień przedstawiających skrzydlate postaci przedstawione z profilu, a u dołu rzędy głów.
Innymi charakterystycznymi obiektami w obrębie strefy są dwa monolity – Monolito Fraile i Monolito Ponce. Oba sprawiają wrażenie masywnych filarów poddanych artystycznej rzeźbiarskiej obróbce. Nie do końca wiadomo, kogo przedstawiają posągi – przypuszcza się, że są to wizerunki władców lub najwyższych kapłanów. Zaskakujący też jest styl ich wykonania – na pierwszy rzut oka surowe bryły postaci silnie kontrastują ze szczegółowym przedstawieniem detali ubrania oraz trzymanych przedmiotów, wykonanych techniką nacięć w kamieniu. Zarówno twarze, jak i kończyny postaci wykonano z dużym artyzmem techniką płytkiego reliefu.
Mierzący 3,5 metra Monolito Ponce to jedna z najpiękniejszych rzeźb w Tiahuanaco,  ozdobiona zawiłym, symetrycznym rytem. Twarz przedstawiona na monolicie ma formę maski z wytrzeszczonymi oczami i zdobionymi policzkami, co jest jedną z rozpoznawalnych cech dla sztuki Tiahuanaco. Nazwa posągu datowanego na drugą połowę VII wieku pochodzi od nazwiska boliwijskiego archeologa.
Podczas wizyty w Tiahuanaco, na terenie strefy archeologicznej poza nami przebywała jedynie grupa archeologów oraz kilku pracowników fizycznych. Sytuacja w dzisiejszych czasach - gdy każdy, nawet mniej atrakcyjny zabytek jest szturmowany przez turystów niczym w oblegany w średniowieczu zamek - praktycznie niespotykana. Brak rozwrzeszczanych turystów robiących pierdyliard zdjęć każdego kamienia naprawdę pozwalał nacieszyć się atmosferą panującą w tym pełnym tajemnic miejscu. I jeżeli podróżując obecnie tęsknię za czymś, co „było kiedyś i już se ne vrati”, to z pewnością jest to przestrzeń i spokój, którymi człowiek mógł cieszyć się niegdyś w miejscach takich, jak Tiahuanaco.
Tiahuanaco - Brama Słońca (Puerta del Sol). Centralny relief na nadprożu bramy przedstawia Wirakoczę