Po odwiedzeniu Isla del Sol popłynęliśmy w kierunku kolejnej wyspy - Isla de la Luna (Wyspy Księżyca). Według legendy, to właśnie tutaj Wiracocha nakazał księżycowi wznieść się na nieboskłon. Jakiś czas później rząd boliwijski uznał, że miejsce doskonale nadaje się na siedzibę placówki karnej dla więźniów politycznych, grzebiąc tym samym resztki duchowej symboliki wyspy. Na miejscu udaliśmy się do głównej (i chyba jedynej) atrakcji: Świątyni Dziewic - kapłanek Słońca (Templo de las Virgenes). Obiecująco brzmiąca nazwa tego kompleksu zachęciła nas do wzmożonego wysiłku, więc skuszeni oczekiwaną na miejscu nagrodą przemierzyliśmy drogę prowadzącą do ruin w rekordowym czasie, pomimo niemiłosiernie palącego słońca. Niestety, rzeczywistość przyniosła gorycz rozczarowania – na miejscu nie spotkaliśmy żadnych dziewic, zaś jedynymi żywymi osobami w zasięgu wzroku pozostawali moi kompani w podróży. W czasach inkaskich, w domu wybranek dziewice nabywały wszelkie umiejętności przydatne w życiu ówczesnych kobiet, ze szczególnym naciskiem na warsztat tkacki. Wyłączne prawo pobytu na wyspie zapewnił sobie inkaski władca, który przy okazji inspekcji dokonywanej okresowo w Świątyni Dziewic od czasu do czasu zabierał jedną z nich do pałacu jako kolejną żonę. Wydaje się, że taki scenariusz był dla przebywających tutaj kobiet jedyną szansą zarówno na opuszczenie klasztoru, jak i porzucenie dziewictwa. Choć niektórzy badacze tematu twierdzą, że przetrzymywane w świątyni dziewice były w razie potrzeby składane w ofierze jako dar dla bogów. Jak było naprawdę nie dowiemy się nigdy, ale wszystko wskazuje na to, że przetrzymywane na wyspie dziewczęta nie miały przed sobą zbyt wielu perspektyw poza utratą dziewictwa z inkaskim władcą.
W drodze powrotnej do Copacabany przysiadł się do nas zapalony boliwijski komunista, który będąc przekonanym o dalszym istnieniu sojuszu polsko – radzieckiego oraz łączącej nasze narody przyjaźni, zagadywał nas ochoczo, co jakiś czas klepiąc po plecach i wznosząc na całą łódź okrzyki: „Polacos! Comunistas! Socialistas!”. Na nic zdały się tłumaczenia, że jego „wiedza” dość znacząco odbiegała od rzeczywistości, że my teraz są big friends z Americanos i że w ogóle to za komunistami już nie przepadamy. Gość jednakże był uparty, najbardziej popularnego w Ameryce Południowej polskiego nazwiska – Leć Walesa – nigdy nie słyszał i twardo stał na stanowisku, że tylko ogólnoświatowa rewolucyjna pożoga może zapobiec pogłębiającemu się ubóstwu mas robotniczych. Przytakiwałem mu głową w milczeniu, bo zakres znajomości mojego hiszpańskiego nie pozwalał mi swobodnie wypowiadać się na powyższe tematy, a zasób słownictwa nie obejmował nomenklatury socjalistyczno – komunistycznej. Mojemu interlokutorowi, jak to zazwyczaj bywa w przypadku osób nawiedzonych i opętanych jakąś wizją, zdawało się to w ogóle nie przeszkadzać.
Po dopłynięciu do brzegu w Copacabanie szybko zacząłem odczuwać pierwsze efekty zdradzieckiego słońca, piekącego podstępnie na wysokości poziomu jeziora tworząc iluzję, iż mroźne wiatry nie dopuszczają jego promieni. To nie była opalenizna w rodzaju „coś mnie swędzi, chyba się opaliłem” ani „ojej, schodzi mi skóra z nosa”. Po całodziennym przebywaniu na zalanej słońcem tafli jeziora na moim czole pojawił się po prostu ogromny strup, zajmujący niemal całą jego powierzchnię. Mściwy Wirakocza brutalnie pokazał, że bezczeszcząc i kalając swoją obecnością związane z nim miejsca kultu, należy liczyć się z konsekwencjami.
Z La Paz wyruszyliśmy w podróż do miasteczka Copacabana, atrakcyjnie zlokalizowanego u brzegów Titicaca – największego jeziora wysokogórskiego na Ziemi i zarazem najwyżej położonego jeziora żeglownego świata. Titicaca położone jest na granicy Boliwii oraz Peru, w północnej części Altiplano w kordylierze środkowej Andów. Pokonanie dystansu dzielącego La Paz i Copacabanę, ocenionego wstępnie przez firmę transportową na 4 godziny podróży, w rzeczywistości trwało o wiele dłużej, w związku z koniecznością oczekiwania w wielokilometrowym korku na przeprawę promową w Tiquina. Na szczęście nie miałem czasu, by zacząć się nudzić, gdyż w autokarze przypadło mi dzielić miejsce z Alejandro – nadzwyczaj wygadanym, podróżującym z grupą przyjaciół argentyńczykiem z Buenos Aires, o dość swojsko brzmiącym nazwisku – Argebilsky (jak się później okazało, jego przodkowie pochodzili z Ukrainy). Alejandro nie przestawał mówić nawet przez chwilę, wypytując mnie przez pół drogi o życie w Europie Wschodniej, którą ze względu na posiadane korzenie, obsesyjnie pragnął odwiedzić. Jego największym podróżniczym marzeniem była wizyta w Moskwie, a przekazana przeze mnie wiadomość, że niegdyś stolicę Rosji odwiedziłem, szybko obiegła pół autobusu wzbudzając sensację. Gadatliwość Argentyńczyka sprawiła, że podróż minęła dość szybko, pomimo ogromnej koncentracji wkładanej w to, żeby zrozumieć ten specyficzny „argentyński hiszpański”, którym posługiwał się mój nowy znajomy. Po pewnym czasie miałem już trochę dość tego sympatycznego, lecz rozgadanego jak baba na jarmarku typa, lecz na szczęście rozmowa zeszła na ciekawostki lingwistyczne i po krótkim (wzajemnym) szkoleniu w przedmiocie przekleństw używanych w Polsce i w Argentynie, zadałem mu do powtórzenia zwrot: „w Strzebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”. Nauka wymawiania tego zwrotu zajęła mu pół godziny, a kolejne pół spędził biegając po autobusie i prezentując swoje oratorskie popisy w języku polskim, dzięki czemu mogłem posiedzieć sobie w spokoju choć przez kilkadziesiąt minut. Na miejsce dotarliśmy dopiero ok. 17, a ponieważ był to akurat Wielki Piątek, mieliśmy spore problemy ze znalezieniem wolnego miejsca w hotelach. W końcu udało nam się zakwaterować w ostatnim chyba wolnym pokoju w mieście, ale musieliśmy w tej sytuacji słono zapłacić za pobyt, regulując opłatę w podwyższonej stawce – około 6 dolarów od osoby! Późnym popołudniem wykupiliśmy w jednej z agencji podróży bilety na całodniowy rejs po jeziorze Titicaca i udaliśmy się w okolice kościoła, aby przyjrzeć się z boku najsłynniejszej w całej Boliwii wielkopiątkowej procesji pielgrzymów, masowo przyjeżdżających tu z całego kraju, aby wziąć w niej udział.

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

B O L I W I A

 

 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Boliwia, Jezioro Titicaca

Jak podstępny Bóg Słońca poparzył mi czoło w mroźne popołudnie
Titicaca – najwyżej położone jezioro żeglowne świata, na pierwszym planie - Isla de la Luna
Isla de la Luna (Wyspa Księżyca) – pozostałości Świątyni Dziewic (Templo de las Virgenes)
Następnego dnia rano wypłynęliśmy starym katamaranem w rejs po jeziorze Titicaca, będącym jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Ameryce Południowej. Jezioro położone jest na wysokości 3.812 m.n.p.m., ciągnie się pomiędzy ośnieżonymi szczytami Andów na długości 190 km, przy szerokości dochodzącej miejscami do 80 km. Łączna powierzchnia akwenu wynosi 8372 km², a jego przeciętna głębokość waha się pomiędzy 140 a 180 m (w najgłębszym miejscu jezioro ma 281 m. głębokości). Nazwa jeziora pochodzi z indiańskiego języka quechua i oznacza „pumę polującą na królika”, co stanowi dość luźną interpretację jego kształtów. Na jeziorze znajduje się kilka naturalnych wysp oraz ponad 40 uros – niewielkich sztucznych wysepek pływających, z których większość jest zamieszkana przez indiańskie plemię Urów.
Pierwszym przystankiem w trakcie naszego rejsu była odgrywająca duże znaczenie w kulturze i mitologii kultur prekolumbijskich wyspa Isla del Sol, oddalona od portu w Copacabanie o 2 godziny drogi. Pomimo bezchmurnego nieba i świecącego mocno słońca było straszliwie zimno, a temperatura oraz wiatry na tej wysokości dawały się nam solidnie we znaki. Choć na lądzie panowały upalne temparatury, na łodzi trzęśliśmy się z zimna i nawet zapięte pod samą szyję polary nie były w stanie zagwarantować nam odpowiedniej ilości ciepła. Za to roztaczające się wokół krajobrazy zapierały dech w piersiach. Wokół nas, zza granatowej tafli wody wyrastały pasma Andów z majestatycznymi, pokrytymi śniegiem szczytami. Mroźne powietrze dzięki swej wyjątkowej przejrzystości pozwalało na obserwację magicznych pejzaży, ciągnących się aż po horyzont. W tak pięknych okolicznościach przyrody dopłynęliśmy do Wyspy Słońca – miejsca, w którym zgodnie z inkaską mitologią bóg Viracocha Pacha Jachachi podarował zagubionym i prymitywnym ludom własne dzieci – Manco Capaca i Mama Ocllo Huaco – książęce rodzeństwo pierwszych Inków, które zapoczątkowało świętą dynastię panującą na ogromnym obszarze do trzeciej dekady XVI wieku. Po znalezieniu się na lądzie, wyruszyliśmy na piękny widokowo szlak przecinający wyspę, zmierzając w kierunku Chincany - kompleksu ruin z okresu inkaskiego. Po drodze przechodziliśmy również przy świętej skale Inków (Piedra Sagrada), związanej z opisanym wyżej mitem kreacyjnym. Ruiny Chincany, zwanej również Pałacem Inków, to w rzeczywistości labirynt kamiennych murów, poszatkowanych maleńkimi bramami. Pomimo dość dużego stopnia zniszczenia, stanowią one i tak najbardziej spektakularną budowlę na Isla del Sol. W drodze powrotnej mieliśmy sposobność podejrzenia mieszkańców wyspy przy wykonywaniu codziennych prac na roli. Szczególnie utkwiła mi w pamięci pracującą na poletku Indianka (wyspa po dziś dzień jest zamieszkana przez Indian Quechua oraz Aymara, dla których wciąż pozostaje miejscem świętym), posługująca się narzędziami stanowiącymi niezbity dowód na to, iż techniki uprawiania ziemi nie uległy tutaj żadnym przeobrażeniom od czasów inkaskich. Mieszkańcy korzystają tu zresztą nadal z systemów nawadniających tarasowe pola uprawne, zaprojektowanych i wykorzystywanych już w czasach prekolumbijskich.
Isla del Sol (Wyspa Słońca) – ruiny Chincany, zwanej również Pałacem Inków