Tętniący życiem targ w Chichicastenango robił duże wrażenie, przede wszystkim swoją autentycznością. Choć nie brakowało tam stoisk przystosowanych do potrzeb turystyki masowej, w dalszym ciągu był to targ indiański, oferujący towary niezbędne dla autochtonów. Oczywiście, przy okazji niedzielnego rynku zjeżdżały się tutaj autokary z całej Gwatemalii, a turyści z nich wysiadający niszczyli egzotykę tego miejsca (sztandarowy przykład zderzenia cywilizacji stanowi obraz grubego, ogromnego Amerykanina, przeciskającego się pomiędzy straganami ze świeżo zakupioną maskotką King-Konga. Zaiste – fantastyczna pamiątka z indiańskiego targu w Gwatemali, szczególnie że wszędzie wokół sprzedawano lokalne rękodzieło). Niemniej jednak było to nadal miejsce niewątpliwie warte zobaczenia.

Zgodnie z umową, następnego dnia czekaliśmy o ustalonej godzinie w umówionym miejscu. Chłop wynurzył się z jakiejś bocznej uliczki i przekazał nam całą reklamówkę zieleniny, inkasując za towar równowartość 10 dolarów. Ryzyko finansowe całej operacji było więc znikome biorąc pod uwagę, że na powyższą kwotę składaliśmy się w pięć osób. A w zasadzie to była nas siódemka, bo w międzyczasie zapoznaliśmy w barze parkę turystów, która szwędała się z nami. Dostawca poinstruował nas z poważną miną, że mamy zaparzyć wywar z 15 kwiatów, po czym wypić pół szklanki takiej herbatki i odczekać pół godziny. Wtedy, gdy zaczniemy czuć błogostan, mamy sączyć wolno pozostałą w szklance zawartość („poczujecie niesamowity spokój, obserwujcie gwiazdy i relaksujcie się” – tak nam mówił). Podkreślił też, by nie spożywać przy tym żadnego alkoholu, a nawet powstrzymać się w miarę możliwości od palenia papierosów. Instrukcje powyższe przyjęliśmy z głębokim niedowierzaniem, lecz naiwność tych oczekiwań można chyba wytłumaczyć brakiem regularnych kontaktów ludności miejscowej z „Polakami na wakacjach”. Tak się bowiem niefortunnie zdarzyło, że zdążyliśmy już wcześniej wypić dwie butelki rumu, a w reklamówkach dźwigaliśmy dwie kolejne wraz z zapasem piwa. Nie wspomnieliśmy jednak o tym dostawcy, by nie robić mu przykrości.

Hotel w którym się zatrzymaliśmy miał trzy kondygnacje, zaś na każdej z nich wzdłuż budynku biegły korytarze, z których wchodziło się bezpośrednio do pokoi. Pośrodku każdego piętra znajdował się aneks kuchenny, gdzie można było przygotować sobie posiłek lub – jak w naszym przypadku – herbatkę. Brama wejściowa do obiektu była o godzinie 22 zamykana na gruby łańcuch z solidną kłódką, co utwierdzało nas w przekonaniu że okolica faktycznie nie należała do najbezpieczniejszych. Ponieważ po powrocie do hotelu okazało się, że ktoś akurat korzysta z kuchni, usiedliśmy przy jednej z ław i czekając na wolny palnik rozegraliśmy partyjkę pokera, przy okazji wypijając kolejną butelkę rumu. Do parzenia wywaru przystąpiliśmy niezwłocznie po zwolnieniu kuchenki, całą operację rozpoczynając od debaty w przedmiocie procedury parzenia. Przebiegała ona mniej więcej w taki sposób:

Osoba 1: „ile on kazał nam wsypać tych kwiatków?”

Osoba 2: „Piętnaście”

Osoba 3: „Syp trzydzieści, bez przesady, to tylko herbatka…”

Osoba 4: „właśnie, piętnaście to na pewno dawka dla jakichś lalusi z Ameryki”.

Osoba 5: „tak jest, dawaj trzydzieści”.

W ten oto sposób w demokratycznym głosowaniu postanowiliśmy podwoić liczbę sugerowanych komponentów na wywar. Zapomnieliśmy też o tym, że dostawca kazał nam wypić herbatkę do połowy i pół godziny odczekać. Początkowo nie działo się kompletnie nic. Wypiliśmy po pełnym kubku i podjęliśmy rozmowę o tym, jak to daliśmy się oszukać i że na szczęście zapłaciliśmy tylko 10 dolarów. Padła nawet propozycja, żeby zaparzyć wywar z kolejnych trzydziestu kwiatów i nawet ktoś wstawił garnek z wodą. I wtedy się zaczęło… Pierwszą oznaką, że coś tu nie gra, było nieustanne wrażenie, że kolega siedzący pół metra ode mnie coś do mnie mówi. W sumie to nawet nie „coś”, bo dokładnie słyszałem wypowiadane jego głosem zdania i rozumiałem ich sens. Problem w tym, że gdy odwracałem się w jego kierunku z pytaniem: „co?”, okazywało się, że siedzi obok mnie nieruchomo z otwartymi ustami, wpatrzony w milczeniu przed siebie. Powtórzyło się to ze dwa, czy ze trzy razy i nagle poczułem, że głównym komunikatorem mojego organizmu z otaczającą mnie rzeczywistością został palec wskazujący prawej ręki. Wpatrywałem się w ten palec przez (dłuższą?) chwilę, czując że to mój główny sprzymierzeniec, który przejmuje chwilowo kontrolę nad wszystkimi zmysłami. W pewnym momencie zauważyłem na podłodze jakąś plamkę. Początkowo nie mogłem od niej oderwać wzroku, a potem wypuściłem na spotkanie z nią szefa wszystkich moich zmysłów, czyli rzeczony palec. Przez jakiś czas siedziałem tak zgięty, zafascynowany plamką na podłodze, z którą za pośrednictwem głównego radaru – palca nawiązałem jakiś nieznany mi wcześniej rodzaj kosmicznej więzi. Wiem, że przynajmniej jeden z kolegów przeżywał podobne chwile, bo gdy oderwałem w końcu wzrok od posadzki to widziałem go siedzącego przy ścianie, z palcem dociśniętym w jednym miejscu i chorą fascynacją w oczach. Dwóch innych kolegów chodziło w tą i z powrotem korytarzem, gubiąc co chwilę klapki, które zbierał za nimi piąty (on na szczęście wypił mniej herbatki i nie postradał zmysłów). Po jakimś czasie jeden z tych przemierzających korytarz poszedł do pokoju, skąd wyskoczył jak poparzony twierdząc, że ma: „fluorescencyjny śpiwór”, który mu „świeci”. Myślę, że jego mózg chciał w ten sposób dać mu stanowczo do zrozumienia, że nie zamierza iść spać, kiedy dostał taką dawkę rozrywki. Przez jakiś czas nie pamiętam, co się działo wokół. Pamięć wróciła, gdy w pewnym momencie chciałem przypalić papierosa, lecz okazało się, że nie mam zapalniczki. Wokół mnie nie było nikogo i nie miałem pojęcia, gdzie się wszyscy podziali. Zacząłem więc przemierzać korytarze na kolejnych kondygnacjach, próbując ogarnąć, co się właściwie dzieje. Na górnym piętrze natknąłem się w końcu na jednego z kolegów. Zadałem mu pytanie, otrzymałem odpowiedź i w ogóle przez chwilę sobie pogadaliśmy. Nagle dostałem wyraźny komunikat z głowy nakazujący mi identyfikację rozmówcy z użyciem palca wskazującego (i to na wiele lat przed upowszechnieniem czytnika linii papilarnych w smartfonach). Podszedłem więc do kumpla i dotknąłem go tym palcem. Wszystko wokół nieco się zmieniło, a ja zorientowałem się, że dotykam betonowy filar. Zaskoczony obrotem zdarzeń podszedłem do balustrady i zobaczyłem w oddali jakieś światło. W głowie pojawiła się myśl: „to na pewno knajpa, a oni tam siedzą”. Na potwierdzenie mojego pomysłu, usłyszałem głosy moich kompanów dochodzące z tej „knajpy” (oczywiście światło znajdowało się w miejscu tak odległym, że nie mogłem ani zobaczyć knajpy, ani też usłyszeć głosów stamtąd dobiegających – ale skąd miałem to wiedzieć?). Poszedłem więc na dół w kierunku bramy. Z ulgą stwierdziłem, że przy zamkniętej furtce stoi strażnik. Spytałem się, czy mnie wypuści, on mi odpowiedział, że nie może otwierać w nocy bramy. Ja go prosiłem, on odmawiał i tak kilka razy. W pewnym momencie chciałem złapać go za rękę, którą widziałem wyraźnie opartą na konstrukcji furtki. Dotknąłem i gwałtownie wycofałem rękę, bo okazało się, że dotykam metalowej zasuwy. Wróciłem więc do budynku i rozpocząłem dalszą wędrówkę korytarzami. Po jakimś czasie spotkałem kolejnego kumpla. Scenariusz był ten sam, co poprzednio. Widziałem go wyraźnie jak siedzi na schodach i pali papierosa. Zadawałem mu pytania, a on mi sensownie odpowiadał. W pewnym momencie zweryfikowałem jego istnienie za pomocą palca i okazało się, że rozmawiam z paprotką w doniczce. Gdy zastanawiałem się nad tym kilka dni później, doszedłem do wniosku, że tak dobrze się dogadywałem z nieistniejącymi kumplami, bo w istocie prowadziłem dialog sam ze sobą (stąd logika odpowiedzi i ich zgodność z oczekiwaniami, bo przecież rozumiałem sens zadanego przez samego siebie pytania). Po jakimś czasie sytuacja się powtórzyła, lecz tym razem na widok kumpla nie rozpoczynałem konwersacji, lecz od razu uruchomiłem mój super radar umieszczony w palcu. Bardzo się ucieszyłem, gdy tym razem trafił na tkankę mięśniową. Porozmawialiśmy chwilę, próbując ustalić, co tu się właściwie tej nocy wydarzyło. Okazało się, że wszyscy w pewnym momencie poszli się położyć i po prostu spali (lub leżeli) w czasie, gdy ich szukałem. Stało to się w momencie, którego ja również nie zarejestrowałem, więc widocznie oni doczłapali jakoś do łóżek, a ja się czasowo wyłączyłem na krześle. Trudno mi w ogóle odnieść się do perspektywy czasowej tych wydarzeń. Z tego co pamiętam, wydawało mi się, że całymi godzinami przemieszczam się korytarzami. Mając jednak świadomość ich rozmiarów, nie mogło to trwać dłużej niż kilkanaście minut. Nieraz zastanawiałem się też, co stało się z parą, która przyszła wraz z nami na ceremonię parzenia herbaty. Musieli wyjść dość szybko, bo przed zamknięciem hotelowej furtki. Nie wiem natomiast, ile herbatki wypili i jak na nich podziałała, ale istnieje prawdopodobieństwo, że odczuli uderzenie wywaru dopiero na zewnątrz. A może ich w ogóle nie było? Taka opcja z perspektywy czasu również wydaje mi się całkiem prawdopodobna. Chociaż z drugiej strony – gdyby ich nie było, to pewnie zostaliby dłużej (tzn. gdybym ich wymyślił, to odegraliby znaczniejszą rolę w tej historii). Najprawdopodobniej jednak potrafili oni zachować umiar w degustacji i uciekli widząc skutki herbacianego szaleństwa.

Następnego dnia obudziłem się w całkiem niezłym zdrowiu. Mój współlokator narzekał jednak, że ma po tej herbatce problemy ze wzrokiem. Po chwili z pokoju obok przyszedł inny kumpel, twierdząc z zaniepokojeniem, że chciał sobie poczytać gazetę, ale litery mu się rozmywają. U mnie było wszystko w porządku, dopóki nie poszedłem pod prysznic. Spojrzałem w kabinie na podziałkę słuchawki prysznicowej i zobaczyłem, że wszystkie wartości na skali zlewają się ze sobą. Krótko mówiąc, okazało się, że następnego dnia wszyscy byliśmy dalekowidzami. Widzieliśmy dobrze, ale tylko z odległości ponad metra. O ile nad ranem jeszcze sobie z tego żartowaliśmy, o tyle pod wieczór trochę to już nas niepokoiło. Pamiętam, że aby odczytać restauracyjne menu, musiałem położyć je na stoliku, a samemu stanąć na palcach. Dopiero z tej odległości dawałem radę odczytać litery. Sytuacja ze wzrokiem unormowała się dopiero kolejnego dnia. W międzyczasie zresztą spotkaliśmy naszego dostawcę i podzieliliśmy się swoimi obawami, na co odrzekł nam, żeby się nie przejmować i że samo przejdzie za jakiś czas. Ale w sumie to co miał nam powiedzieć?

Dysponując nadmiarem wolnego czasu, pomimo fizycznej niedyspozycji oraz dysfunkcji wzrokowej ogarnęliśmy w lokalnym biurze turystycznym plany na kolejne dni, wykupując u nich przejazd autobusowy do Antigua, z kilkugodzinnym postojem na słynnym niedzielnym targu w Chichicastenango. Przed wyjazdem jednogłośnie przegłosowaliśmy wyrzucenie na śmieci reklamówki z kwiatkami, których zostało nam jeszcze spokojnie na jedną taką imprezę.

Finalnie trafiliśmy do niewielkiej osady San Pedro La Laguna, położonej u brzegów jeziora. Tutaj również teoretycznie szeroki wachlarz atrakcji uległ znacznemu zawężeniu wskutek okoliczności od nas niezależnych. Atrakcyjną wyprawę na jeden z otaczających jezioro wulkanów stanowczo wyperswadowano nam w hotelu. Podobno prawdopodobieństwo zostania na górskim szlaku ofiarą bandyckiego napadu z bronią w ręku było niemalże stuprocentowe. Nie mieliśmy powodów, by nie wierzyć tym ostrzeżeniom, tym bardziej że osoba ich udzielająca nie miała żadnego interesu w tym, żeby nas nastraszyć. To nie była ściema typu „nie idźcie tam, ja wam zorganizuję lepszą wycieczkę za 50 dolarów”. To było zwykłe „nie idźcie tam”. A po tym, co dotychczas widzieliśmy w Gwatemali również nie mieliśmy problemu, by dać tym przestrogom wiarę. Przypominam – to był rok 2005, na ulicach niemal nie spotykało się turystów (poza Antiguą) - dziś pewnie wszystko wygląda inaczej.

Antigua Guatemala to piękne, kolonialne miasteczko, w którym zachowało się wiele prawdziwych perełek architektury. Samo miasto położone też jest w dość ciekawym miejscu – w dolinie otoczonej trzema wulkanami: Volcán de Agua (3766 m n.p.m.), Acatenango (3976 m n.p.m.) oraz Volcán de Fuego (3763 m.n.p.m.).

W Antigua również nie zabawiliśmy zbyt długo. Na ulicach co prawda było dużo przyjemniej niż w stolicy, zaś miasto oferowało piękne zabytki epoki kolonialnej, lecz obejrzeliśmy najważniejsze atrakcje w jedno popołudnie i postanowiliśmy wyruszyć następnego dnia w kierunku jeziora Atitlán.

Gwatemala roku 2005 nie była zbyt przyjaznym krajem. Do stolicy przyjechaliśmy około 6 rano i już w trakcie rozstawiania pod ścianą bagaży widać było kilku delikwentów żywo zainteresowanych ich zawartością. Trzech chłopa zostało więc na dworcu, by pilnować dobytku, a dwóch poszło rozejrzeć się za jakimś noclegiem. Pierwszy proponowany w przewodniku hotel zastaliśmy zamknięty na cztery spusty. Drugi też. W trzecim po usłyszeniu dzwonka zwolniono blokady kilku zamków w bramie i w kracie, a naszym oczom ukazał się pełniący straż przy recepcji nastolatek z ogromnym – w stosunku do rozmiarów ciała - kałasznikowem przewieszonym przez ramię. Nie wyglądało na to, żeby jego głównym problemem było pilnowanie przestrzegania ciszy nocnej wokół hotelu.

Gdy około południa wyszliśmy na miasto, otaczająca nas rzeczywistość wcale nie przedstawiała się w bardziej optymistycznych barwach. Niby nikt nas nie zaczepiał, ale ludzie wokół patrzyli się na nas albo jak na zwitek dolarów, albo jak na stado jeleni, które nieświadome niczego wkroczyły na polanę, na której właśnie odbywa się zjazd myśliwych. Mówiąc krótko – niby nic złego wokół się nie wydarzyło, ale atmosfera była dosyć gęsta. Obejrzeliśmy główne zabytki w centrum miasta, podjechaliśmy do położonego nieco na uboczu Muzeum Archeologii i Etnologii, a wracając w kierunku centrum zaczęliśmy rozważać wcześniejszą ewakuację z gwatemalskiej stolicy. Wieczorem usiedliśmy w barze naprzeciwko naszego hotelu. Miejscowe panny (wyglądające dość staro, więc musiały mieć pewnie ze 22 lata - taki to urok rodzenia co rok dzieci oraz diety opartej na fasoli) z małymi brzdącami błąkającymi się wokół nich zaczepiały nas, prosiły o zrobienie zdjęć i wypytywały skąd jesteśmy. Jednak po chwili uprzedziły nas z poważnymi minami, że powinniśmy się stąd zawijać, bo o 20 zaczynają przyjeżdżać do baru chłopcy z lokalnego gangu i możemy mieć problemy. Całokształt tych wydarzeń utwierdził nas w przekonaniu, że powinniśmy opuścić stolicę Gwatemali. Bez zbędnej zwłoki. I bez żalu.

Z samego rana udaliśmy się więc na właściwy dworzec autobusowy, skąd rozklekotanym, ale za to kolorowym jak papuga autokarem drugiej klasy odjechaliśmy w kierunku Antigua.

     G W A T E M A L A

 

 

     G W A T E M A L A

 

 

     G W A T E M A L A

 

     

     G W A T E M A L A

 

 

 

 

 

     G W A T E M A L A

 

 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Gwatemala

Chichicastenango, młode Indianki na schodach Iglesia de Santo Tomás
Ciudad de Guatemala
Ciudad de Guatemala, Catedral Metropolitana – neoklasyczna Katedra ukończona w 1809 r., znajdująca się przy Plaza Mayor
Antigua Guatemala

Mieliśmy w każdym razie kilka dni, by trochę odpocząć po niemal dwóch tygodniach nieustannej podróży. Spędzaliśmy więc czas spacerując wąskimi uliczkami wśród Majów Quiche (których tak skutecznie schrystianizowano, że religijne hasła umieszczają nawet na garażach i elewacjach domów) oraz przesiadując w barach nad brzegiem jeziora. W jednej z takich knajpek jakiś miejscowy chłop zaproponował nam dostarczenie kwiatów kaktusa, z których można przygotować wywar „o nadzwyczajnych właściwościach, po wypiciu którego poczujecie się wspaniale”. Mógł chłop powiedzieć wprost: przyniosę wam kaktusa, którego sok komórkowy zawiera meskalinę wywołującą halucynacje. Ale trafił się widocznie jakiś romantyk, który postanowił owinąć nieco w bawełnę ten prosty komunikat. Po długiej i burzliwej naradzie postanowiliśmy skorzystać z przedstawionej nam oferty handlowej. No dobra…. Wyraziliśmy zainteresowanie zanim wypowiedziane zostało do końca pytanie.

San Pedro La Laguna, wioski otaczające Jezioro Atitlán zamieszkują w przeważającej większości rdzenni Majowie – Cakchiquel i Tz’utuhil
San Pedro La Laguna – młody Maj w połowie kwietnia
Chichicastenango
Chichicastenango – największy w Gwatemali targ indiański. W każdy czwartek i niedzielę do miasta ściągają okoliczni wieśniacy, oferujący kwiaty, warzywa, owoce oraz własnoręczne wyroby rzemieślnicze – tradycyjne maski, kolorowe tkaniny i ubrania, itp
Antigua, trzydziestotysięczna stolica departamentu Sacatepequez, położona w dolinie Panchoy (na wys. 1530 m.n.p.m.) pomiędzy trzema wulkanami – Acatenango, Fuego i Aqua oraz wzgórzami Manchen, Candelaría, Manzanillo i La Cruz. Jedno z najstarszych miast Ameryki
San Pedro La Laguna
Lago de Atitlán (Jezioro Atitlán) – jezioro o głębokości dochodzącej do 320 m., otoczone kolorowymi wzgórzami i wulkanami. Na pierwszym planie widoczny jest Volcán Atitlán (3557 m.n.p.m.)
Gwatemala, czyli rzecz o tym, że w dobrym towarzystwie można stracić świadomość nawet przy herbacie (tylko dla dorosłych)

Przy targowisku stał stary kościół, na schodach którego stara indianka paliła copal – naturalną żywicę odgrywającą znaczącą rolę w medycynie Majów. Biały dym spowijający wszystko wokół i zawodzenie starej Indianki pozwoliło przenieść się oczami wyobraźni do czasów prehiszpańskich. A miejsce ku temu było odpowiednie - tereny te historycznie zamieszkiwane były przez indian Quiche – ważny majański lud, który w połowie XVI wieku napisał świętą księgę Majów – Popol Vuh. Dziś niewiele zostało z czasów świetności przodków. Na ulicach widać było prostych, biednych chłopów. Podobno poważnym problemem dla miejscowych indian stał się też alkohol, do którego absolutnie nie mają głowy, a od którego uzależnili ich jeszcze hiszpańscy panowie. Gdzieniegdzie w bocznych uliczkach odbijających od targu można było zresztą spotkać pijanych w sztok Indian śpiących przy krawężnikach. Po wizycie w Chichicastenango odjechaliśmy do dawnej stolicy. Ponieważ zwiedziliśmy ją już poprzednim razem, skupiliśmy się na dogadaniu transportu i następnego dnia wyruszyliśmy do Hondurasu.

Chichicastenango, Iglesia de Santo Tomás (Kościół św. Tomasza) – kościół wzniesiony w 1540 r., będący często sceną rytuałów mających niewielki związek z religią chrześcijańską, za to nacechowanych tradycyjnymi elementami obrzędowymi Majów Quiche (K’iche’). Na szczycie schodów palone jest tradycyjne kadzidło – copal, zaś przywódcy duchowi zwani chuchkajaues wymachują kadzielnicami, intonując w języku Maya magiczne słowa