I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

Budowla tak rozpaczliwie ociekająca romantyzmem musi oczywiście wiązać się z jakąś romantyczną historią. Taj Mahal zostało wzniesione przez Shah Jahana (władcę z dynastii Mogołów) nad brzegiem rzeki Jamuny, dla upamiętnienia ukochanej żony Mumtaz Mahal, zmarłej w 1631 r. w trakcie porodu czternastego potomka władcy, miłościwie plądrującego w tym czasie wyżynę Dekanu. Na terenie kompleksu znajdują się ogrody, podzielone na symetryczne części marmurowymi drogami. Sam grobowiec usytuowany jest na specjalnej platformie – mierzy on 74 metry wysokości i zwieńczony jest ogromną kopułą w kształcie cebuli, otoczoną czterema mniejszymi kopułami. Z czterech narożników strzelają w niebo 4 zgrabne, smukłe, okrągłe wieże minaretów. Ściany mauzoleum ozdobione są cyzelowanymi w kamieniu ornamentami kwiatowymi oraz inkrustowane kością słoniową i półszlachetnymi kamieniami: jaspisem, turkusem i agatem. Zastosowane do budowy grobowca materiały zmieniają kolor wraz z położeniem słońca – stąd wrażenie, że o świcie i tuż przed zmrokiem ściany Taj Mahal są różowe, w środku dnia – śnieżnobiałe, a przy miękkim, popołudniowym słońcu przybierają barwę intensywnie żółtą. Oczywiście, im bardziej słoneczny dzień, tym bardziej zmiany te są widoczne.  

Taj Mahal znalazło się na liście 7 cudów świata całkowicie słusznie. Jest to oczywiście tylko moje zdanie (chociaż jednak nie tylko – niemało osób musiało myśleć podobnie, skoro mauzoleum się na tej liście znalazło), ale nawet największym sceptykom trudno by było postawić tezę, że jest to budowla „brzydka”. Zresztą gdyby taka była, to przecież na jej dziedzińcu nie gromadziłyby się codziennie tłumy jak na koncercie Rolling Stones. Na majestat tej budowli z pewnością wpłynął kunszt artystów przez 22 lata pracujących nad jej ukończeniem i naprawdę nie trzeba być wielkim znawcą architektury, aby znaleźć radość w patrzeniu na ten obiekt.  

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Wiadomo – Agra to Taj Mahal, czyli tłumy turystów przybywających zobaczyć na własne oczy jedną z najsłynniejszych budowli na świecie. A im więcej turystów - tym więcej naciągaczy, dlatego też aby uniknąć niepotrzebnych nerwów ustawiliśmy się przed dworcem kolejowym w kolejce do punktu, w którym można było zamówić rikszę w systemie prepaidowym. W momencie, gdy pracownik punktu wypisywał nam kwit na przejazd w cenie 82 rupii, stojący obok i niezrażony niczym właściciel rikszy spoza sieciówki w dalszym ciągu oferował nam tą samą podróż za 150 rupii, sprawiając wrażenie zaskoczonego, że wolimy jednak pojechać dwa razy taniej. Przeważającą grupą w kolejce byli Hindusi, którzy na widok podchodzącego do nich żebraka odskakiwali jak poparzeni. Prawdopodobnie osobą proszącą o jałmużnę był członek najniższej kasty, lub raczej grupy społecznej najniższego szczebla znajdującej się poniżej systemu kastowego, czyli tzw. niedotykalny. Jest to grupa ludzi dyskryminowanych, umiejscowionych poza marginesem systemu społecznego, zazwyczaj wykonująca pewne charakterystyczne zawody uznawane jako „nieczyste” – grabarz (Hindusi nie mogą dotykać zwłok), rzeźnik, czyściciel latryn itp. Ostatni raz spisywano ich na początku lat 90-tych XX wieku, kiedy to ustalono ich ilość na ok. 160 milionów, czyli nie tak znowu mało – nawet w Indiach. W każdym razie obserwacje poczynione w kolejce do motorikszy pozwoliły mi zrozumieć, że miano „niedotykalny” to nie tylko potoczna nazwa najbiedniejszej grupy mieszkańców Indii, a Hindusi z wyższych kast uciekali przed wyciągniętą dłonią żebraka, jak by to nie była ludzka kończyna, lecz rozwścieczona kobra.  

Wykupienie przejazdu motorikszą w autoryzowanym punkcie sprzedaży nie pozwoliło nam uniknąć wysłuchiwania w drodze do hotelu propozycji „najlepszych i najtańszych” wycieczek po mieście. Obiecałem sobie w duchu, że następnym razem przedmiotem negocjacji będzie nie tylko cena za przejazd, lecz również obietnica rikszarza, że nie będzie odzywać się przez całą drogę.  

Pociąg z Jaipuru do Agry planowo odjeżdżał o godzinie 6 rano. Musieliśmy jednak stawić się na dworcu z odpowiednim zapasem czasu – nasze bilety kolejowe wymagały potwierdzenia w okienku, bowiem z uwagi na brak dostępnych miejscówek w trakcie ich zamawiania zostaliśmy umieszczeni na tzw. liście rezerwowej. Cóż, jest to pewnie jedna z najpopularniejszych tras kolejowych w Indiach… Dotychczasowe odcinki pokonaliśmy na biletach z potwierdzonymi wcześniej miejscami, zapowiadało się zatem, że w przypadku przejazdu do Agry trzeba będzie zmierzyć się z całą potęgą Indian Railways i zdobyć bezcenne doświadczenia w osobistych relacjach z pracownikami kolei, które – jak wiadomo – nie są łatwe również w naszej Ojczyźnie. Teoretycznie wszystko było przemyślane całkiem sprytnie – dla obcokrajowców otwarte zostało oddzielne okienko, przy którym kolejka była dużo krótsza niż do kas dla tubylców. Inicjator tego rozwiązania nie wziął pod uwagę tylko jednego istotnego szczegółu – a mianowicie tego, że w Indiach mieszkają Hindusi, po których ustalone w regulaminach zasady spłyną jak po kaczce. W praktyce wyglądało to tak, że gdy nadeszła moja kolej i zacząłem wolno tłumaczyć kasjerce swój problem, jakiś Hindus podszedł z boku i bez żadnych ceregieli typu „przepraszam” wrzucił do okienka zwinięty banknot wrzeszcząc na cały głos, dokąd zamierza kupić bilet. Po chwili zresztą otrzymał ten bilet od niewzruszonej kasjerki, a ja przyglądałem się tej sytuacji stojąc z otwartymi ustami, zastygłymi w połowie wypowiadanego zdania. Postanowiłem zatem zająć więcej miejsca i stanąłem w lekkim rozkroku, aby odciąć kolejnym śmiałkom drogę do kasy. Nie minęło 10 sekund, a ponownie przyglądałem się transakcji kupna – sprzedaży biletu w „mojej” kasie, tyle że tym razem ręka przekazująca pieniądze i odbierająca bilet wsunęła się pod moją pachą. Lekko wyprowadzony z równowagi podjąłem próbę ostateczną – pozostając w rozkroku zacząłem energicznie machać łokciami, jak gdybym tańczył kaczuszki. Sukces osiągnąłem połowiczny – co prawda żaden Hindus nie przeszkodził mi już w załatwieniu własnej sprawy, ale finalnie nie dowiedziałem się niczego prócz tego, że to…. Nie to okienko. Wróciłem więc po Jarka i ruszyliśmy bezpośrednio na peron licząc na to, że na którymś z wagonów nasze nazwiska jednak się znajdą. W sumie w tamtych czasach i tak nie podawano wcześniej numeru wagonu, tylko trzeba było samodzielnie odszukać swoje dane nabazgrolone na kartce przyklejonej do drzwi. Ostatecznie udało nam się odnaleźć miejscówki przydzielone przez koleje i bez większych już przygód dotarliśmy do Agry. 

Indie, Agra

Agra – dla oczu viagra 
Agra, pięknie odbijające się w wodzie mauzoleum Taj Mahal

Na PKP bez większych zmian – znów kazano nam przyjść za godzinę, wróciliśmy więc do hotelu. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy English Winę Shop, gdzie zaopatrzyliśmy się w zapas whisky, przerażeni przygnębiającą perspektywą prohibicji w Varanasi. Ponieważ w Indiach alkohol można nabyć tylko w nielicznych sklepach, w których prawo stanowi ekspedient dowolnie ustalający wysokość opłaty za trunek, tym razem postanowiłem podejść do zakupów nieco bardziej kreatywnie. Położyłem na blat odliczone 600 rupii za dwie butelki (sprzedawca życzył sobie 450 za jedną, zaś cena na butelce wynosiła rupii 230) i powiedziałem spokojnie, że mam świadomość, ile powinienem zapłacić za te zakupy, a jeśli wielmożny Pan Ekspedient nie zechce mi sprzedać alkoholu za oferowaną stawkę, i tak o 1/3 wyższą niż cena na butelce, to przyprowadzę zaraz do sklepu policjanta, żeby rozstrzygnął nasz spór. Wściekły sprzedawca wydał mi w końcu towar za wynegocjowaną stawkę. Wbrew własnym wyobrażeniom był to jednak sukces jednorazowy - w innych miastach ekspedienci moje groźby wyśmiewali i znów musiałem płacić za alkohol upokarzające stawki. Ale tak to już jest w krajach, gdzie piwo w restauracji kosztuje tyle co dwustukilometrowy przejazd autobusem. Alkohol jest tam towarem luksusowym i płaci się za niego drogo. Przynajmniej w sytuacji, gdy kupujący ma białe włosy i niebieskie oczy. A w tych oczach chęć wypicia rumu. 

Tymczasem na stacji nic się nie zmieniło – po raz kolejny nie udało nam się niczego dowiedzieć w kwestii brakującej miejscówki, natomiast pozyskaliśmy radosną wiadomość, że nasz pociąg jest znacznie opóźniony i możemy jeszcze kilka godzin spędzić na tym śmierdzącym bazarze wokół dworca.  Finalnie w wielkim zamieszaniu wsiedliśmy nie do tego pociągu, co trzeba. Wysiedliśmy z niego dosłownie w ostatniej chwili - niewiele brakowało, a pojechalibyśmy do Jhodpuru, zupełnie w przeciwnym kierunku niż trzeba, co zapewne zakończyłoby się pobudką o kilkaset kilometrów dalej od celu. We właściwym już pociągu konduktor bez żadnego problemu dodrukował nam brakującą miejscówkę i tyle zachodu było warte całodzienne zamieszanie na stacji. 

Agra, wypoczynek w cieniu potężnych murów fortu
Agra - pomiędzy głównymi zabytkami rozciąga się jeden wielki, głośny i brudny (nawet jak na warunki indyjskie) bazar
Agra, główne wejście prowadzące do mauzoleum Taj Mahal - sklepienie wysokiej bramy z czerwonego piaskowca zdobi inskrypcja koraniczna w języku arabskim

Zachęceni pięknym widokiem na Taj Mahal, roztaczającym się z tarasu naszej hotelowej restauracji, bez zbędnej zwłoki wyruszyliśmy zobaczyć na własne oczy to wyjątkowe mauzoleum. Wejście do niego jest dostępne tylko z jednej strony – przez ogromną Bramę Saraceńską, wykonaną z czerwonego piaskowca. Zanim dojdzie się do samych kas, trzeba przebyć długi spacer asfaltową drogą, będącą świetnym przykładem „zakłamywania rzeczywistości” przez Hindusów, którzy najwyraźniej mają jednak świadomość tego, jak powinny wyglądać nowoczesne miasta. Wszędzie wokół było czysto, cicho i spokojnie, jak gdybyśmy nagle przenieśli się poza granicę kraju, którego wizytówkę stanowi bardziej zgiełk zakurzonej ulicy, niźli marmurowe mauzoleum. Po drodze mija się niespotykane w Indiach obiekty małej architektury – śmietniczki, na których w dodatku porozwieszano absurdalnie brzmiące w tym kraju hasła typu: „clean India”. To wszystko robi oczywiście pozytywne wrażenie, ale niewiele ma wspólnego z indyjską rzeczywistością – chyba każdy zdaje sobie sprawę z tego, że jedna porządna ulica nie może zmienić ogólnego obrazu, jeśli chodzi o czystość ulic w Indiach. Nawet cena biletu – 750 rupii, świadczy o randze tego zabytku w hinduskiej świadomości. Oczywiście podana cena to koszt wejścia zagranicznego turysty, Hindusi zobowiązani byli do uiszczenia opłaty w kwocie 100 rupii. Na teren mauzoleum nie można było wnieść niczego poza butelką wody i aparatem fotograficznym, a przy bramce wejściowej zabrano nam nawet papierosy i zapalniczki. 

Agra, Taj Mahal - ociekająca romantyzmem bryła mauzoleum
Agra - ciesząca oko doskonałą symetrią konstrukcja Taj Mahal

Wyjątkowych wrażeń estetycznych towarzyszących zwiedzaniu Taj Mahal nie jest w stanie zepsuć nawet tłum rozwrzeszczanych turystów - nawet Hindusi proszący o pamiątkowe zdjęcie z „białasem” wydają się być w tym miejscu mniej natarczywi, zupełnie jak gdyby majestat ogromnej budowli sprawiał, że drobne niedogodności stawały się zupełnie nieistotne. Co prawda zdarzyło mi się zostać na terenie mauzoleum obiektem werbalnego ataku, gdy jakiś skrzywiony dziad uznał, że zbyt długo robię zdjęcia i kaleczoną angielszczyzną dał upust swojej frustracji. Ale finalnie okazało się, że był to rodak z Polski, zatem zaskoczenia jakiegoś ogromnego nie było. Co prawda wąs w Indiach przestaje być dla przedstawicieli naszego narodu atrybutem umożliwiającym rozpoznanie Janusza w tłumie, jednakże pewnych cech, a raczej wad naszego społeczeństwa nie da się ukryć nawet pod turbanem. 

Agra, Taj Mahal - bogato dekorowane nisze w marmurowych ścianach mauzoleum

W Taj Mahal spędziliśmy całe popołudnie, opuszczając zabytkową strefę wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Okazało się, że z mauzoleum wyszliśmy jakąś inną bramą, prowadzącą wprost na bazar, przez który trzeba się było przedrzeć w kierunku miasta. Na widok szyldu „Pizza Hut” mój organizm zapragnął nagle poczuć smak smażonego sera, jednak serwowane wewnątrz pizze, podporządkowane gustom ludności lokalnej, w niewielkim stopniu przypominały największe szlagiery globalnej sieciówki. Po posiłku udaliśmy się w kierunku hotelu, spławiając po drodze kolejnych irytujących rikszarzy i kierując się w kierunku bazaru otaczającego Taj Mahal, który przecież wystarczyło obejść, aby znaleźć się na drodze prowadzącej prosto do miejsca noclegu. Idea ta miała jeden istotny błąd – zakładała, że po zmroku Taj Mahal pozostaje oświetlone i można je nocą traktować jak latarnię morską. Tak jednak nie było, a pogrążając się w ciemnościach wsiąknęliśmy w gąszcz krętych zaułków, w których już żaden rikszarz nas nie zaczepiał, chociaż wówczas bardzo byśmy tego chcieli.  

Agra, Taj Mahal - kolor budowli zmienia się wraz z warunkami oświetleniowymi i zależy zarówno od pory dnia, jak też od pogody

Okazało się, że jak gdyby dla zachowania równowagi z czystą drogą prowadzącą do zabytku, z drugiej strony Taj Mahal znajduje się największy slums, jaki widziałem w Indiach. Mauzoleum podświetlone było tylko przez krótki czas po zmroku, a my skierowaliśmy się w plątaninę wąskich uliczek, zabudowanych chatkami wznoszonymi bynajmniej nie z marmuru. Co gorsza, krążyliśmy po tym slumsie dobre czterdzieści minut, obserwowani przez łypiących na nas spode łba mieszkańców – nie tyle agresywnych, co zdziwionych naszą obecnością i co chwilę wracaliśmy do miejsca, z którego próbowaliśmy się wydostać. W którą stronę byśmy się nie udawali, po jakimś czasie wracaliśmy do tego samego miejsca. Finalnie udało nam się jakimś cudem wyplątać z tego gąszczu alejek, ale powiem szczerze, że w pewnym momencie mieliśmy już niezłego pietra, bo odnieśliśmy wrażenie, że pewna grupa mieszkańców zbyt intensywnie się nam przygląda. Nic nam się jednak koniec końców nie stało, ale warto zapamiętać, aby po zmroku bezpośrednich okolic Taj Mahal nie ekspolorować. Szczęśliwie złożyło się, że po wyjściu z Pizza Hut natknęliśmy się na sklep monopolowy. Pomimo tego, że zakupiona tam butelka lokalnego rumu dzieliła z nami trudy i znoje nerwowego spaceru po slumsie, szybko o tym zapomnieliśmy i wypiliśmy ją, tak jak się wypija każdą inną butelką, z którą nie łączy nas żadna specjalna więź. 

Agra, Taj Mahal - przy mauzoleum trudno znaleźć sobie miejsce na pamiątkowe zdjęcie bez postronnych osób

Następnego ranka zostawiliśmy w hotelu plecaki i wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie. Iluzja w miarę czystego i spokojnego miasta ostatecznie pękła, gdy dojechaliśmy do dworca Agra Fort, a w zasadzie do otaczającego go bazaru. Takiego syfu jeszcze w Indiach nie widziałem, nawet wziąwszy pod uwagę wieczorną wizytę w slumsie otaczającym Taj Mahal. Przeciskaliśmy się motorikszą mozolnie, w niewiarygodnym wręcz tłoku pomiędzy straganami, innymi rikszami oraz włóczącymi się wokół krowami. W pewnym momencie zaliczyliśmy nawet dzwona z inną motorikszą, ale kierowcy machnęli tylko do siebie rękoma i podjęli dalsze próby przemieszczenia się do przodu choć o kilka metrów. Najwyraźniej do takich mikrokolizji dochodziło tutaj nagminnie. W końcu udało nam się dotrzeć do stacji, gdzie bezskutecznie usiłowaliśmy potwierdzić brakującą miejscówkę na wieczorny pociąg. Spławiono nas klasyczną prośbą, aby przyjść za godzinę. Wyruszyliśmy więc z powrotem przez bazar, tym razem pieszo. Droga biegła wzdłuż cuchnącego kanału, przy którym stał rząd Hindusów wypróżniających się wprost do płynącej brei, jak gdyby próbowali jeszcze bardziej zintensyfikować wszechobecny smród. Wokół pojawiała się też coraz liczniejsza sfora żebraków, dla których jako nieliczni nie-Hindusi byliśmy naturalnymi obiektami zainteresowania. 

Agra to nie tylko tysiące turystów, lecz również setki żebraków

Przy wejściu do okazałego fortu, strażnicy po raz kolejny postanowili nam zarekwirować papierosy i zapalniczki. Ponieważ zapasy przywiezione z Polski kończyły się w zastraszającym tempie, wycofaliśmy się i ukryliśmy je luzem w torbach z aparatami.  Czerwony Fort w Agrze był ośrodkiem władzy Mogołów, został wybudowany w XVI wieku i w mojej ocenie jest obiektem o wiele ładniejszym niż jego imiennik z Delhi. Kompleks jest dość przestronny, zaś wewnątrz fortu oprócz zabytkowych budowli można również podziwiać panoramę Taj Mahal. Poza Hindusami, oblegającymi zabytek w ilościach tradycyjnie ponadstandardowych, na terenie fortu można było spotkać liczne zwierzęta – a to kłócące się małpy, a to skrzeczące papugi, to znów zainteresowane wszystkim wiewiórki. Najciekawszym jednakże przykładem miejscowej fauny był pies, który nie wiedzieć czemu postanowił spacerować sobie po dachu - najwyraźniej wychowywany został wspólnie z licznie występującymi tutaj małpami.  

Agra - masywne, czerwone mury fortu

Po południu coś podkusiło nas, aby odwiedzić usytuowany w centrum główny meczet w mieście. Obecni wewnątrz wierni przyjęli nas całkiem sympatycznie, wziąwszy pod uwagę, że Jarek przywdział na okoliczność tej wizyty bojówki amerykańskiej armii oraz koszulkę South Park z amerykańską flagą. Na wewnętrznym dziedzińcu, jeden z bardziej ortodoksyjnych wyznawców uznał, że skoro już wpadliśmy to powinniśmy napić się zielonej wody z jakiejś świętej sadzawki. Zielonej herbaty bym od niego nie spróbował, a on się uparł uraczyć nas stęchłą deszczówką. Takie czym chata bogata: czerwonka, cholera, dur brzuszny – co kto lubi. Zwialiśmy z tego meczetu po niecałych 5 minutach. Na stacji bez zmian – tym razem zaprosili nas po godzinie 17, złapaliśmy więc motorikszę i pojechaliśmy na drugą stronę rzeki obejrzeć Itmad Uh-Daulah – marmurowy, bogato inkrustowany grobowiec perskiego mirzy Ghijas-bega, sprawującego funkcję wezyra. Pochodząca z lat 1622-28 budowla określana jest całkiem słusznie jako pierwowzór Taj Mahal – tyle, że w miniaturowej wersji.  

Agra, Itmad Uh-Daulah – marmurowy, bogato inkrustowany grobowiec perskiego mirzy Ghijas-bega