Bazar zlokalizowany wokół naszego hotelu okazał się zwykłym, lokalnym ryneczkiem i niewielkim kolorowym jarmarkiem w porównaniu z bazarami Kinari i Chawri, położonymi w niewielkiej odległości od Czerwonego Fortu. Trudno nam było się odnaleźć w gąszczu uliczek wypełnionych sklepikami oraz stoiskami, przedzierając się w niewyobrażalnym tłumie  Hindusów. Od czasu do czasu przez zatłoczone pasaże przeciskali się motocykliści i nie mogłem pozbyć się obaw nie tyle o to, że mnie rozjadą, co o perspektywę zahaczenia jakąś wystającą częścią mojej gołej łydki. Nie byłem w stanie pozbyć się z głowy wyobrażenia rany infekowanej przez miliardy zarazków unoszących się wokół. Od czasu do czasu wąskie uliczki doprowadzały nas do jakiejś większej arterii, bywało też, że nagle ni stąd ni zowąd znajdowaliśmy się na obszernym placu, z którego we wszystkie strony rozjeżdżały się zielone tuk-tuki i strzelające spalinami autobusy. Krajobraz uzupełniali bezdomni, którzy rozkładali się na kartonach gdzie popadnie. O ile do widoku osób śpiących w cieniu przy ogrodzeniach budynków ciągnących się wzdłuż ulicy można było się jeszcze przyzwyczaić, o tyle trudno było zrozumieć, dlaczego niektórzy z nędzarzy ucinali sobie drzemkę na środku ulicy czy placu. I dlaczego nikt w żaden sposób na to nie reagował, tylko wszyscy jak gdyby nigdy nic pokonywali takie żywe przeszkody dając porządnego susa nad pogrążonym we śnie (a może i w śpiączce) delikwentem. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że chociaż wokoło sprzedawano wszystko, czego dusza zapragnie, w praktyce nie można było znaleźć niczego, czego się szukało. Żeby wlać zimne piwo w wyschnięte gardła musieliśmy przespacerować się kilka kilometrów – najpierw, aby znaleźć sklep i potem, aby zlokalizować wnękę pomiędzy straganami, w której w miarę spokojnie można było się napić. Podobnie rzecz wyglądała z jedzeniem – niby zewsząd można było wyczuć zapach (lub smród – różnie z tym bywało) przygotowywanych posiłków, bez powodzenia wypatrywaliśmy jakiegoś zachowującego choć minimalne standardy czystości lokalu. Finalnie, po zostawieniu w hotelu zbytecznego ekwipunku i wypiciu kilku dezynfekujących drinków, zaplątaliśmy się w poszukiwaniu strawy pod Jama Masjid – Wielki Meczet, wzniesiony w połowie XVII wieku przez – niespodzianka – szacha Jahana. Ponieważ w głównym meczecie Delhi (i zarazem największej muzułmańskiej budowli w Indiach) trwało właśnie nabożeństwo podczas którego nie powinniśmy byli tam wchodzić, znaleźliśmy się w centrum uwagi setek patrzących na nas spode łba czarnobrodych wyznawców Allacha. Czując się nieco niekomfortowo wyruszyliśmy na penetrację terenów wokół meczetu, znów bezskutecznie usiłując znaleźć jakiś przyzwoity lokal gastronomiczny. Ponieważ zaczęło zmierzchać, w kwestii posiłku skończyło się na kosztującej kilkanaście centów baraninie ze stoiska pod meczetem, ściąganej na papierowy talerz brudnym paluchem kuchcika. Poprawiliśmy jakimiś wydmuszkami z ziemniaków i to by było na tyle, jeśli chodzi o jedzenie pierwszego dnia pobytu w Delhi. Dziwne to uczucie – człowiek ma kasę, stać go w zasadzie na wszystko, a i tak nie ma gdzie jej wydać. 

Po przedarciu się przez tłum wypełniający bazar udaliśmy się do jednej z głównych atrakcji stolicy – Czerwonego Fortu. Pomysłodawcą tej ogromnej budowli był szach Jahan z dynastii Wielkich Mogołów (ten sam, który kazał wznieść ku czci swej małżonki mauzoleum Taj Mahal), który w XVII wieku przeniósł tutaj stolicę z Agry. Czerwony Fort, z murami ciągnącymi się na długości 2,5 kilometra oraz mierzącymi od 16 do 33 metrów wysokości, jest jedną z monumentalnych budowli pozostawionych przez tego nietuzinkowego władcę. Choć nazwa zabytku pochodzi od czerwonego piaskowca, z którego wzniesiono mury okalające kompleks, większość budowli wewnętrznych wzniesiono z marmuru. Tym, co na miejscu rzucało się w oczy, była ogromna ilość zwiedzających budowlę turystów z Indii. Było to zresztą zjawisko charakterystyczne dla każdej z głównych atrakcji turystycznych – wszędzie spotkać można było tłumy, ale „białasów” ginących w masie ludności miejscowej można było policzyć na palcach jednej ręki. Z tego też względu zapewne ten cały barwny tłum Hindusów chciał się z nami fotografować, co prowadziło do pewnych zaburzeń egzystencjalnych – w końcu to ja wyjechałem do Indii odkrywać egzotyczną architekturę i zachwycać się odmiennością społeczeństwa. A tymczasem na miejscu okazało się, że egzotyczni są przybysze z Europy, w związku z czym co drugi Hindus stawiał sobie za cel, żeby nas dotknąć, a co trzeci robił sobie z nami (lub tylko nam) zdjęcia. Sposobów na zrobienie nam fotografii też była cała gama – począwszy od nieśmiałego zapytania o zgodę, a skończywszy na bezczelnie podkładany pod twarz obiektyw. Doszło więc do pewnego zachwiania istniejącego porządku rzeczy – mieliśmy być myśliwymi, czujnie wypatrującymi ofiary do uwiecznienia jej zdjęcia na karcie pamięci, a staliśmy się zwierzyną osaczoną przez miejscowych – zarówno przez ciekawą świata młodzież, jak i „czterdziestokilkuletnie” dzieci. 

I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Sama podróż upłynęła nam miło i przyjemnie. Po krótkim międzylądowaniu w Paryżu przesiedliśmy się na pokład ogromnego Jumbo Jeta, wypełnionego po brzegi głównie facetami z czarnymi, gęstymi włosami oraz kobietami w barwnych sari i bez żadnych przygód wylądowaliśmy w New Delhi o czasie. Na lotnisku miał na nas oczekiwać wysłany przez hotel kierowca. I rzeczywiście – w tłumie Hindusów stłoczonych pod halą przylotów dość szybko wypatrzyłem typa o twarzy bandziora, trzymającego w rękach kartkę z moim nazwiskiem. Wiadomo – urody się nie wybiera, ale nasz kierowca miał wyjątkowo podłą aparycję – na tyle, że siedliśmy nieco z boku i paląc fajki zastanawialiśmy się, czy chcemy z nim wsiadać do samochodu. Minęła już północ, tłum pod lotniskiem rozjechał się we wszystkie strony świata, a typ spod ciemnej gwiazdy podszedł do nas pytając, czy nie jestem przypadkiem tym gościem, na którego czeka. Udając, że wcześniej nie zauważyłem kartki ze swoim nazwiskiem potwierdziłem swoją tożsamość i udaliśmy się do zaparkowanej nieopodal taksówki. Pierwsze krajobrazy indyjskiej stolicy, roztaczające się za oknem pojazdu, nie napawały optymizmem – mijały minuty, a my wciąż przejeżdżaliśmy przez opustoszałe dzielnice, mijając kolejne kwartały zabudowane lichymi domami z blachy oraz śpiących przy ulicy ludzi. W pewnym momencie kierowca zatrzymał samochód po środku niczego, po czym kazał nam wysiadać tłumacząc nam jednocześnie, że stąd nas zaraz zabierze kolejna taksówka. Początkowo nie chcieliśmy opuścić pojazdu, żądając dowiezienia nas do hotelu, ale cóż było zrobić, skoro kierowca uparł się, że wraca na lotnisko. Po wyjściu z taryfy natknęliśmy się na parę Kanadyjczyków, których również ktoś wysadził w tym miejscu w podobnych okolicznościach. Okazało się, że taksówkarze, aby nie tracić czasu jeżdżąc w tą i z powrotem na dość długim dystansie pomiędzy lotniskiem a centrum miasta, podzielili sobie Delhi na sektory – jedni jeździli od terminalu do punktu, w którym wysiedliśmy, drudzy natomiast od tego miejsca do centrum. W zasadzie, gdy się tak nad tym zastanowić to z punktu widzenia taksiarzy nie było to wcale takie głupie rozwiązanie. Po chwili nadjechała kolejna taksówka, którą we czwórkę wjechaliśmy w opustoszałą o tej porze centralną część stolicy.  

Patrząc z perspektywy czasu, a zwłaszcza mając na uwadze, że Indie odwiedziłem ponownie kilka lat później, planowanie wyjazdu do tego kraju wyglądało na początku drugiej dekady XXI wieku zupełnie inaczej niż obecnie. Przede wszystkim nie było wówczas możliwości założenia sobie konta na stronie Kolei Indyjskich i samodzielnego zakupu biletów przez internet. Strona oczywiście istniała, ale w owym czasie zakupu można było dokonać jedynie poprzez obywatela Indii, chociażby z tego względu, że w formularzu zakupu trzeba było podać adres w Indiach oraz hinduski telefon kontaktowy. Zupełnie jakby internet nie był globalną siecią, lecz jedynie rozwiązaniem o charakterze lokalnym. Długo musiałem prosić właściciela hotelu, w którym mieliśmy zatrzymać się po przyjeździe do Delhi o dokonanie dla nas zakupu biletów przez własne konto. Kiedy w końcu się zgodził, okazało się, że najtańszym sposobem transferu pieniędzy do Indii w 2011 roku była usługa oferowana przez Western Union – rzecz to nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach, gdy bezkosztowo można przesłać w kilka sekund środki za pomocą np. Revoluta. W każdym razie, po wielokrotnych błaganiach właściciel hotelu zgodził się zadać sobie fatygę, odebrać nasze pieniądze z biura Western Union i zakupić nam bilety na kilka pierwszych przejazdów koleją. I wyjaśnijmy sobie to od razu – nie to, żebym chciał tu wykreować wizerunek „leniwego Hindusa”. Prawda jest jednak taka, że na miejscu okazało się, iż najbliższe biuro Western Union znajduje się w odległości 50 metrów od naszego hotelu, trudno mi więc było doszukiwać się we właścicielu hotelu cech charakteryzujących „pracoholika”.  

Indie, Delhi

Gdzieniegdzie architektoniczny cud, przeważnie jednak tłok, kurz i smród 
Old Delhi, Czerwony Fort - Diwan-i-Khas, Sala Audiencji Prywatnych, w której odbywały się prywatne spotkania cesarza
Old Delhi, bazar w dzielnicy handlowej Chandi Chouk
Old Delhi - Czerwony Fort odwiedzają wszystkie pokolenia Hindusów

Noclegi mieliśmy zarezerwowane w Starym Delhi – najstarszej części miasta, zamieszkałej obecnie głównie przez Muzułmanów. Miejsce, w którym opuściliśmy taksówkę, przypominało jakąś boczną uliczkę prowadzącą do nielegalnej rozlewni spirytusu – aby dotrzeć do hotelu musieliśmy omijać kałuże wymiocin oraz stawiać duże kroki ponad śpiącymi przy chodnikach żulami. Już ten pierwszy kontakt z indyjską stolicą sprawił, że nie trzeba było nas dwa razy przekonywać co do konieczności mycia zębów wodą mineralną. Trochę zaskoczeni ilością syfu na ulicach pogrążonego we śnie miasta, przed zaśnięciem dezynfekowaliśmy się dość długo zakupionym na lotnisku Ballantinesem. 

Następnego ranka po wyjściu z hotelu ze zdziwieniem odkryliśmy, że pusta w nocy uliczka zastawiona jest na pełnej długości straganami i tworzy odnogę rozległego bazaru. Nocny bełkot wylegujących się tutaj pijaków zastąpił harmider targujących się zaciekle ludzi, zagłuszany co chwilę przeszywającym uszy dźwiękiem klaksonów przedzierających się przez tłum motorów oraz motorikszy. Zapach sfermentowanych owoców, mieszający się z wonią dań serwowanych z okolicznych stoisk zastąpił roztaczającą się w nocy woń szczyn i wymiocin.  

Old Delhi, Lal Quila (Czerwony Fort)
Old Delhi - tętniące życiem ulice w dzielnicy handlowej Chandi Chouk

Po zmroku wybraliśmy się na nocny spacer wokół Czerwonego Fortu, gdzie od ulicznego sprzedawcy kupiliśmy gadżety pozwalające nam wejść w strefę komfortu, a mianowicie – czarne, sztuczne brody zaczepione na drucie okręcanym wokół ucha. Po tak radykalnej zmianie wizerunku nawet spacer prowadzącą do naszego hotelu Aleją Męt był dużo milszy niż poprzedniej nocy. A może to tylko kwestia ilości wypitego Ballantinesa… 

Old Delhi, Lal Quila (Czerwony Fort) nocą

Następnego dnia pojechaliśmy do New Delhi, różniącego się od Old Delhi w zasadzie wszystkim. Pomiędzy nowoczesnymi biurowcami można było spotkać tlenione na blond Hinduski w eleganckich żakietach, przechadzające się na wysokich obcasach z reklamówkami najsłynniejszych sieci handlowych, na tle kobiet ubranych w tradycyjne, kolorowe sari wyglądających jak goście z innego świata. Przemieściliśmy się pod jeden z symboli miasta – mierzącą 42 metry wysokości bramę India Gate, wzniesioną ku chwale indyjskich żołnierzy poległych w trakcie I wojny światowej oraz wojen z Afganistanem. Musi to być dla Hindusów rzeczywiście miejsce o nadzwyczajnym znaczeniu, bo cały parking u stóp bramy zajęty był przez szkolne autobusy, z których wybiegały kolejne wycieczki schludnie ubranych w koszule i sweterki uczniów. Oczywiście każda mijająca nas grupa, zanim udała się pod Bramę Indii, robiła sobie pamiątkowe zdjęcia z nami. Zostać celebrytą – rzecz to niezwykle miła, ale dość szybko zmęczyło nas pozowanie do kolejnych fotografii, więc czym prędzej uciekliśmy w kierunku bulwaru Rajpath, prowadzącego do Rashtrapati Bhawan (Pałacu Prezydenckiego) oraz otaczających go budowli rządowych. Przy schodach prowadzących do kompleksu budynków ustawiony był posterunek wojskowy, składający się ze stolika turystycznego dla dowódcy oraz krzeseł na których zasiadali strzeżący porządku mundurowi. Początkowo próbowałem fotografować ich z daleka, bo wiadomo – armia, ściśle tajne, tajemnice państwowe, itp, itd, ale w końcu podszedłem do żołnierza i spytałem wprost, czy mogę sobie zrobić z nim zdjęcie. Mundurowy aż podskoczył z miejsca  z wypiekami na spiżowej twarzy, prężąc się dumnie, że obcy, niebieskooki blondyn sam podszedł do niego prosząc go o zdjęcie (rodzina pewnie mu nie uwierzy). Żołnierz nerwowo rozejrzał się wokół pokazując gestem, aby na chwilę wstrzymać się z fotografią, po czym wcisnął mi do dłoni krótkofalówkę (zapewne nastawioną na szyfrowany kanał), twierdząc że takie zdjęcie będzie fajniejsze, po czym zaczął się rozglądać, jak by tu jeszcze uatrakcyjnić zdjęcie. Spytałem więc o karabin, co niezmiernie żołnierza ucieszyło i niechybnie by mi go przekazał gdyby nie gwałtowny i niespodziewany opieprz od dowódcy. Na pamiątkowej fotce musiałem więc zadowolić się krótkofalówką i szczerym zadowoleniem z samego siebie fotografowanego obiektu. 

New Delhi, służby mundurowe strzegące Pałacu Prezydenckiego dla potrzeb dobrego zdjęcia chętnie podzieliły się krótkofalówką, a niewiele zabrakło, aby udostępniły również karabin

Żeby nie było, że tak tych Hindusów cały czas wodziliśmy za nos, następny z napotkanych przez nas lokalsów zrobił nas dla odmiany w balona jak dzieci. Po zwiedzeniu okolic Pałacu Prezydenckiego postanowiliśmy dostać się do majestatycznego Grobowca Humajuna. Jakby czytając nam w myślach pojawił się nagle nie wiadomo skąd sikhijski rikszarz z ofertą zwiedzania miasta. Ponieważ nie byliśmy zainteresowani żadną z opracowanych tras, a chcieliśmy jedynie podjechać do kilku zaplanowanych wcześniej punktów, kierowca zaproponował nam odbycie tej przejażdżki za 200 rupii, czyli ok. 3 dolarów. Było to zbyt tanio nawet jak na Indie. Zwrócić też naszą uwagę powinien sam wygląd – zarówno rikszarza, jak i jego wehikułu. Odbiegał on znacznie od standardów jakościowych obowiązujących w tym kraju – motoriksza lśniła czystością jak gdyby dopiero co wyjechała z salonu, na niepodziurawionych siedzeniach leżały miękkie poduszki, zaś sam kierowca odziany był w śnieżnobiałą tunikę oraz starannie ułożony turban (turbany są powszechnie kojarzone z ogółem Hindusów, natomiast noszą je wyłącznie Sikhowie – wyznawcy religii będącej syntezą islamu i hinduizmu, stanowiący niecałe 2% ludności Indii). Posługiwał się dość płynną angielszczyzną, co z miejsca wykorzystał do nawiązania bliższych relacji. Opowiedział nam o swojej rodzinie, pokazał nam zdjęcia dzieci, powypytywał o życie codzienne w Polsce. Wydawać by się mogło, że trafił nam się super fajny gość, a jednak wewnętrzny głos mówił mi, żeby na niego uważać. W każdym razie podjechał z nami do kompleksu z grobowcem Humajuna, a następnie podrzucił na obiad do „najlepszej restauracji w mieście”, czyli zapewne do szwagra. Niby nam było wszystko jedno, gdzie zjemy, ale podany mi w tej restauracji kurczak sprawił, że choć wydawało mi się to niemożliwe, to na najbliższe dwa tygodnie zostałem wegetarianinem. Po prostu jestem przyzwyczajony, że zamawiając kurczaka dostaję pierś, udko lub skrzydełko, natomiast w „najlepszej restauracji w mieście” podano mi sam nie wiem co – chyba szyję. Z indyjskim jedzeniem sprawa jest dość prosta – mają wyśmienitą kuchnię wegetariańską i potrafią ugotować jedne z najsmaczniejszych potraw na świecie, ale na mięsie się po prostu nie znają i nie potrafią go umiejętnie przygotować. Zresztą nic dziwnego w kraju, gdzie 75% osób nie jada wołowiny, a pozostałe 25% - wieprzowiny. W każdym razie, po obiedzie oznajmiliśmy naszemu kierowcy, że już nie chcemy dłużej jeździć i poprosiliśmy go, żeby odwiózł nas w miejsce, z którego z nim wyjechaliśmy. Rikszarz udawał zawiedzionego, ale odwiózł nas gdzie chcieliśmy, po czym poinformował nas, że do zapłaty mamy… 5000 rupii, czyli prawie 80 dolarów. Miła dyskusja szybko przerodziła się w karczemną awanturę, która zakończyła się dopiero wtedy, gdy przez okno ujrzałem patrol policji i zażądałem od rikszarza, żeby to gliniarze rozstrzygnęli nasz spór. Nie było jednak wcale tak, że z tej potyczki wyszliśmy zwycięsko – kierowca krzyknął nam cenę zaporową, ale finalnie zapłaciliśmy mu prawie 20 dolarów, co było kwotą niewspółmiernie wysoką do obowiązujących stawek za przejazdy na takim odcinku, który pokonaliśmy z tym zdziercą. W cenie tej jednak nabyliśmy również doświadczenie na przyszłość. I nauczkę, żeby nie wsiadać do podejrzanych typów (sterylna wręcz czystość zarówno motorikszy, jak i rikszarza powinna nam się wydać od razu podejrzana i  sami powinniśmy się domyślić, że jest to exclusive, który będzie słono kosztował). Cóż, my nie przyjrzeliśmy się kierowcy, za to on zapewne dokładnie przyjrzał się naszym nieopalonym łydkom i przedramionom, jasno wskazującym na to, że dopiero co przybyliśmy do Indii. Do hotelu wróciliśmy metrem, zastanawiając się dlaczego wszyscy po obu naszych stronach jadą w piekielnym ścisku, a my we dwóch w luźnym przedziale, dopóki ktoś nie opieprzył nas, że podróżujemy w strefie przeznaczonej wyłącznie dla kobiet. Po wyjściu z metra pośrodku największego bazaru w Starym Delhi, pomyliliśmy kierunek drogi do hotelu, przez co o mały włos nie spóźniliśmy się na nocny pociąg do Udaipuru – miejsca, któremu poświęcę następny wpis. 

New Delhi - mauzoleum Humayuna, zbudowane z czerwonego piaskowca w 1565 roku, stanowi najświetniejszy przykład architektury mogolskiej