I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

Niezwykle ciekawym miejscem w centrum Jaipuru jest Jantar Mantar, czyli obserwatorium astronomiczne zbudowane w 1716 roku przez maharadżę Jai Singh. Znajduje się tutaj 16 ogromnych przyrządów pomiarowych, ustawionych na otwartej przestrzeni. Instrumenty na miarę swoich czasów, służyły do odmierzania czasu, przewidywania zjawisk meteorologicznych oraz do obserwacji gwiazd i odczytywania astrologicznych horoskopów. Świadczą one dobrze nie tylko o ówczesnych naukowcach, ale również o samym maharadży, który najwyraźniej wysoko cenił sobie naukę i wiedzę, nie spędzając całego życia na obżarstwie i podziwianiu tańca brzucha.  

No właśnie, nieco dalej znajdował się kolejny bazar, na który ośmieliłem się wejść w celu zakupienia pamiątek z Rajastahnu. Trzeba było zachować czujność, gdyż nawet niewinne, krótkie spojrzenie kątem oka stanowiło dla handlarzy pretekst, by wciągnąć ofiarę do swojego sklepu, ewentualnie osaczyć ją przy straganie, odcinając drogę ucieczki. Powiedzmy sobie szczerze – jakość, solidność, a nawet czystość większości oferowanych w takich miejscach towarów jest po prostu skandaliczna. Na szacunek zasługuje jednak umiejętność perswazji opanowana przez handlarzy do perfekcji. Pomimo, że nic mi się w zasadzie nie podobało, bazar opuszczałem niosąc w plecaku 3 koszulki, 2 szale z paszminy oraz narzutę na tapczan – nieznośnie kolorową, wyszywaną świecącymi cekinami kapę w haftowanym słoniem, wyglądającą o niebo lepiej na hinduskim straganie niż na meblu z Ikei. Kolorowe bransoletki z aluminium zdobionego szkłem, reklamowane jako towar z najwyższej próby srebra, włożyłem do pokrowca od aparatu, by zapobiec ich uszkodzeniu. Nawet przy zachowaniu tak dalece idącej ostrożności, do hotelu w całości doniosłem jedynie połowę z nich. 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Jaipur położony jest na terenie pustynnym, gdzie temperatury w najgorętszym okresie roku często sięgają niemalże 50 stopni Celsjusza, a rozgrzane, suche powietrze sprawia kłopoty przy próbie złapania głębszego oddechu. Na tych terenach oprócz słoni indyjskich – będących jednym z symboli Rajastahnu, powszechnie występują również wielbłądy. Panujący tutaj klimat w każdym razie dość mocno dawał nam się we znaki. Jaipur nazywany jest powszechnie „różowym miastem”, ze względu na pomalowane w tym kolorze fasady budynków. Faktem jest, że w roku 1853 maharadża rozkazał pomalować w tak nietypowy sposób wszystkie budynki z okazji wizyty księcia Walii – Edwarda. Od tamtej pory władze municypalne dbają o to, żeby wszystkie budowle usytuowane na starówce były regularnie odmalowywane w tym kolorze (różowy postrzegany jest w Indiach jako kolor gościnności). Tyle w teorii – w praktyce okoliczne elewacje rzeczywiście pokryte były radosnymi, ciepłymi kolorami, ale widziałem tam przeważnie wyblakły pomarańcz, beż, żółć oraz ochrę. Różowego budynku nie widziałem chyba żadnego. 

Do Jaipuru – stolicy Rajastahnu dotarliśmy o godzinie 6 rano. Pomimo mroku spowijającego wszystko wokół wychodząc ze stacji trafiliśmy wprost na tętniący życiem bazar. Hotel mieliśmy zarezerwowany strategicznie nieopodal dworca – przy jednej z tych wąskich uliczek, o istnieniu których nie mają pojęcia nie tylko mapy w przewodnikach, ale też i władze miejskie, a być może nawet i poborcy podatkowi. Dodatkowo nazwy mniejszych ulic podane były jedynie w hindi, zatem samodzielne dotarcie do drzwi hotelu potraktowaliśmy w kategoriach sukcesu. Niewątpliwą zaletą tej ukrytej lokalizacji było to, że pomimo oficjalnego startu doby hotelowej o godzinie 14, udało nam się otrzymać klucze do pokoju kilka godzin wcześniej, dzięki czemu mogliśmy uzupełnić krótką drzemkę zaliczoną w pociągu dwoma godzinami solidnego snu na łóżkach. Po tej krótkiej regeneracji i zjedzonych na śniadanie pikantnych plackach – stawiających na równe nogi o wiele lepiej niż podła kawa zalegająca na dnie termosu, wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Tak, jak do tego już przywykliśmy podczas pobytu w Indiach, czyli z łydki. Pomimo wczesnej godziny atmosfera na ulicach przypominała sielski hinduski klimat – wokół nas roztaczał się niemiłosierny wręcz hałas, a ocierający się o siebie tłum podnosił niewyobrażalne ilości kurzu z brudnych ulic. Zmysł powonienia od czasu do czasu natrafiał na zapachy, których wolałby nie odkryć – i tak nieprzerwanie przez kilka kilometrów. Podczas tego miłego spaceru musieliśmy również stale utrzymywać odpowiedni stan koncentracji – chwila nieuwagi mogła skończyć się potrąceniem przez rikszę, motor, rower, krowę lub samochód. W tych pięknych okolicznościach przyrody dotarliśmy w końcu do bramy starego miasta, w obrębie którego znajduje się większość zabytkowych obiektów miasta. Zanim jednak do nich doszliśmy, musieliśmy spędzić kolejne kilkadziesiąt minut na przedzieraniu się przez kolejny zatłoczony bazar, w pyle unoszącym się w stojącym w miejscu, nagrzanym powietrzu. 

Indie, Jaipur

Róż na murze, przykrył kurze, u maharadży w Jaipurze 
Jaipur, Hawa Mahal - czteropiętrowa budowla z 953 oknami zasłoniętymi ozdobnymi kratami
Jaipur - różowa brama do różowego miasta
Jaipur, Hawa Mahal czyli Pałac Wiatrów - imponująca budowla wzniesiona z czerwonego piaskowca

Najsłynniejszym zabytkiem Jaipuru jest Hawa Mahal, czyli Pałac Wiatrów. Jest to imponująca budowla wzniesiona z czerwonego piaskowca, z monumentalną fasadą od strony wschodniej. W pięciopiętrowej strukturze z daleka rzucają się w oczy 953 małe, zabudowane balkoniki zwane dżarokhami. Całość z daleka przypomina bogato zdobiony ul. Fasadę tworzą powtarzane zarówno w pionie, jak i w poziomie motywy trzech dżarokh składających się z trzech części – jednej większej oflankowanej dwoma mniejszymi. Trzy piętra wykonane w ten sposób zabudowane są dwoma wyższymi – na czwartym piętrze widnieją potrójne dżarokhy o różnej wysokości, zaś ostatnie piętro wieńczy dach. Nie mniejsze wrażenie budowla robi z wewnętrznego dziedzińca, gdzie balkony pięknie wmontowane są w bryłę zółto-beżowego budynku. Prawdopodobnie niewielkie otwory w balkonach miały umożliwiać damom dworu obserwowanie z ukrycia miejskiego życia na zewnątrz pałacu. Budowla datowana jest na 1799 rok. Teoretycznie w zabytkowej strefie można było odpocząć od zgiełku panującego na ulicach miasta, jednakże istotną przeszkodę w odnalezieniu odrobiny spokoju stanowiły grupy hinduskich turystów proszących o wspólne zdjęcie w każdej możliwej kombinacji – a to selfie, a to fotka „sam na sam”, a to znowuż zdjęcie grupowe. Początkowo było to oczywiście dość miłe i przyjemne, jednak po pewnym czasie można było dojść do wniosku, że ci wszyscy handlarze czekający za murami pałacu ze szklanymi paciorkami są jednak mniej męczący. 

Jaipur, Hawa Mahal - wspaniały przykład sztuki radźpuckiej
Jaipur, Jantar Mantar - obserwatorium astronomiczne zbudowane przez Sawai Jai Singha w latach
1728-1734

Tuż przy Jantar Mantar znajduje się wejście do Pałacu Miejskiego, zamieszkiwanego do dzisiaj przez rodzinę maharadży. Z zewnątrz obiekt ten prezentuje się dość przeciętnie, natomiast w środku zaskakuje bogactwem zdobień. Kompleks budynków, dziedzińców i ogrodów wybudowany został na początku XVIII wieku i stanowi ciekawy przykład połączeniu architektury radźpuckiej i mogolskiej.  

Jaipur, brama wejściowa do Pałacu Miejskiego

O zmierzchu po raz kolejny padliśmy ofiarą własnych uprzedzeń, targując się z rikszarzem o jakieś drobne. Tak wiele razy przed podróżą do Indii czytałem o konieczności targowania się o wszystko, bo „każdy Hindus będzie chciał mnie naciągnąć i trzeba oferować dwukrotnie mniej”, że zupełnie zapomniałem o konieczności analizy proponowanej stawki z perspektywy realnej siły nabywczej pieniądza. Teoretycznie nie jest to teza pozbawiona zupełnie racji, ale nie można takiej zasady negocjacyjnej stosować automatycznie przy każdej transakcji. Prowadzi to do absurdalnych sytuacji – takich jak ta, w której uczestniczyliśmy na zakurzonej ulicy w centrum Jaipuru. Rikszarz zażądał od nas 80 rupii za kurs. Ponieważ o poranku pokonywaliśmy trasę z hotelu do centrum z licznymi przystankami, wydawało nam się, że nocleg mamy całkiem niedaleko (gdzieś między „pierwszym skrzyżowaniem” a „tym zakrętem, o tam, daleko”). Po 10 minutach wytargowaliśmy kurs za 50 rupii, czyli równowartość dolara. Była to riksza napędzana siłami mięśni, dodatkowo trasa pięła się lekko do góry. Odległość do pokonania była o wiele większa niż nam się zdawało, rikszarz napinał wszystkie mięśnie wioząc w koszu dwóch dorosłych mężczyzn ważących pewnie razem ze 160 kg, a w pewnym momencie, gdy obejrzał się do tyłu, wystraszyłem się widząc na jego czole pulsującą żyłę. Nasz rikszarz wyglądał po prostu, jak by miał za chwilę paść, pomimo że w odpowiedzi na pytanie „czy wszystko w porządku?” uśmiechnął się szeroko, odsłaniając gołe dziąsła pośrodku których zachował się pojedynczy ząb. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zaskoczeni długością kursu, sami z siebie daliśmy mu 150 rupii (3 dolary) - czyli trzykrotnie więcej niż wynegocjowaliśmy i dwukrotnie więcej od pierwotnej propozycji rikszarza. Być może w Indiach wykonana praca nie była tyle warta nominalnie, ale po prostu było nam głupio płacić dolara za taki wysiłek. A jeszcze bardziej głupio było nam na wspomnienie negocjacji, gdy wykłócaliśmy się o parę centów przed akceptacją oferty transportu. 

Żeby poprawić sobie humor, wieczorem wypiliśmy zdrowie naszego rikszarza, wznosząc za niego toast rumem o dumnie brzmiącej nazwie „Aristokrat”. Zdecydowanie ułatwiło to nam zaśnięcie w parną noc, choć jednocześnie utrudniło nam wstawanie. A wstać musieliśmy o godz. 4:30, by złapać pociąg do Agry. 

Jaipur, Pałac Miejski - fragment przepięknie zdobionej Pawiej Bramy