I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

Indie Sanchi zwiedzanie
Indie Sanchi zwiedzanie

Następnego dnia w spokojnym tempie wyruszyliśmy na zwiedzanie Mumbaju, zaczynając od ponownej wizyty pod masywnym bazaltowym łukiem Bramy Indii, skąd roztaczał się dobry widok na słynny hotel Taj Mahal Palace-ponoć drugi najczęściej fotografowany obiekt w Indiach. Odwiedziliśmy też najlepsze mumbajskie muzeum o chwytliwej nazwie Chhatrapati Shivaji Maharaj Vastu Sangrahalaya, gdzie zgromadzono wiele ciekawych eksponatów, począwszy od starożytnych rzeźb po współczesne miniatury, numizmaty oraz broń. Następnie ruszyliśmy na północ, pod drodze popijając czaj za 80 groszy i mijając budowle określane jako „perełki architektury kolonialnej, łączące w sobie elementy architektury wiktoriańskiej, islamskiej i hinduskiej”. Ekspertem nie jestem, ale w moim odczuciu w Mumbaju tej wiktoriańskiej architektury jest po prostu za dużo. Innymi słowy, za mało jest tutaj Indii, z małymi kolorowymi hinduistcznymi świątyniami i posążkami Ganeszy czy Hanumana w niewielkich kapliczkach. Ta brytyjska architektura trochę mnie drażniła właśnie z tego powodu, że była brytyjska. Stąd też po dotarciu pod imponujący (jeden z nielicznych) gmach dawnego dworca Wiktorii (a jakże), podjęliśmy decyzję, że wsiadamy w podmiejski pociąg i ruszamy dalej na północ poszukać prawdziwych Indii. Wysiedliśmy co prawda nie tam, gdzie planowaliśmy, ale tłum ludzi na ulicy (a w zasadzie na jednym wielkim bazarze), poziom hałasu i unoszące się wokół tumany kurzu jednoznacznie wskazywały, że oddaliliśmy się znacznie od tych wiktoriańskich deptaków. Sprawdziliśmy w nawigacji, gdzie jesteśmy i postanowiliśmy pojechać dalej, w okolice Dharavi-największego slumsu w Azji. Po drodze minęliśmy jeszcze trzyosobowy zespół naprawy taboru kolejowego (spawacz, trzymacz szkiełka i kierownik). Łukasz takiej okazji nie mógł przepuścić, więc podszedł zagaić czy mógłby sobie troszeczkę pospawać. Brygadzista stwierdził, że międzynarodowy zespół podniesie rangę wykonywanych robót i po chwili wszyscy trzej Hindusi z podziwem przyglądali się doskonale równym spawom Łukasza. Przejechaliśmy dwie stacje dalej i wysiedliśmy w okolicy Dharavi.

Pierwszego dnia niewiele zostało nam już czasu na przygody, ale skorzystaliśmy z fantastycznej lokalizacji naszego hotelu i udaliśmy się w kierunku wznoszącego się nieopodal symbolu miasta, czyli Bramy Indii. Jest to jednocześnie ulubione miejsce wieczornych spotkań mieszkańców oraz turystów-można było odnieść wrażenie, że wszyscy Hindusi tego świata przybyli pożegnać dzień właśnie tutaj. Fascynujący jest fakt, że co dziesiąty obecny na miejscu Hindus oferował zrobienie zdjęcia pod tą budowlą, a nagabywaczom nie dawał do myślenia nawet fakt, że mając na szyi własny aparat zapewne nie będę zainteresowany skorzystaniem z ich usług. Żeby chociaż jeden wpadł na pomysł, by oferować ludziom coś innego. Nie, wszyscy muszą robić dokładnie to samo, w wyniku czego żaden nie zarobi ani rupii. W zasadzie można ich zrozumieć-i tak cały dzień próbują zrobić komuś to zdjęcie, więc co im za różnica czy spławi ich gość z aparatem, czy bez.  Na zakończenie ciężkiego dnia odbyliśmy jeszcze krótką przechadzkę po okolicy i wróciliśmy do hotelu główną ulicą turystycznej dzielnicy. Ciągnący się wzdłuż niej chodnik został zagospodarowany w taki sposób, że w praktyce stanowił jedynie wąski pasaż pomiędzy witrynami sklepów a rozstawionymi straganami. Pozostawał więc wybór-albo przeciskać się gęsiego w tłumie ludzi, albo iść ulicą. Po drodze, skuszeni wystawionym banerem kupiliśmy po jakiejś hinduskiej kanapce (okazało się, że w bileterii kina, ale nie byle jakiego, bo otwartego w 1933 roku), a Suchy stracił poczucie wartości nabywczej pieniądza i wypłacił z bankomatu 100 rupii (ok. 6 zł), w wyniku czego polska centrala banku nabrała podejrzeń co do tej transakcji i na wszelki wypadek zablokowała mu kartę (naliczając uprzednio prowizję stanowiącą kilkakrotność wypłaconej gotówki). Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy Cafe Leopold-barze rozsławionym na cały świat w powieści Gregory’ego Davida Robertsa „Shantaram”. Lokal nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia-przy drzwiach stał strażnik, zaś całe wnętrze baru wnętrze wypełniały wycieczki zagranicznych turystów, którzy ulegli chyba iluzji, że dotarcie tu klimatyzowaną taksówką i zamówienie drogiego piwa uczyni z nich uczestnika przygód głównego bohatera powieści. Uwagę moją przykuł za to znajdujący się kilkadziesiąt metrów dalej komisariat Policji, opisany przez Robertsa jako miejsce gdzie zwyrodnialcy w mundurach torturują osadzonych. Nie wiem, gdzie w „Shantaram” przebiegała granica pomiędzy prawdą a fikcją literacką, niemniej jednak komisariat faktycznie stoi tam gdzie miał być. I w odróżnieniu od Leopolda, turyści wcale nie pchają się tu, by go zwiedzać. Ciągnąc wątek służb mundurowych, gdy w środku nocy włączył nam się z Suchym „szwędacz” i udaliśmy się opustoszałymi już ulicami dokończyć butelkę rumu nad oceanem, już po kilkudziesięciu metrach pojawił się policjant na motorze. Po rewizji roztoczył przed nami perspektywy spędzenia pozostałej części nocy, a że jak wiadomo Indie to kraj możliwości, tak więc i my otrzymaliśmy dwie możliwości: albo łapówka, albo areszt. Na szczęście uwierzył nam bez dalszej rewizji, że nie mamy przy sobie pieniędzy, a że gadka się nie kleiła i nie do końca było wiadomo co ustaliliśmy, powoli wycofaliśmy się w asyście policjanta pod bramę hotelu. On myślał, że idziemy po kasę. My stwierdziliśmy, że sprawa załatwiona. Po kwadransie znowu wyszliśmy w kierunku Oceanu (na szczęście tym razem bez rumu) i znowu momentalnie pojawił się nasz poszkodowany brakiem łapówki funkcjonariusz. Tym razem nie mieliśmy przy sobie kompletnie niczego, więc niezadowolony z takiego obrotu sprawy pozwolił nam odejść, a my zmuszeni byliśmy do rezygnacji z dalszych nocnych spacerów. A niepowtarzalna okazja, by zwiedzić od wewnątrz komisariat opisywany przez G.D. Robertsa minęła bezpowrotnie. 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Siedem wysp tworzących dzisiejszy Mumbaj było zamieszkanych przez rybacki lud Koli już w II w.p.n.e. Od VI wieku na tych terenach władzę sprawowały kolejne dynastie hinduskie, aż do momentu, gdy w XIV wieku ziemie te podbili muzułmańscy sułtanowie z Gudźaratu. Przez chwilę panowali tutaj Portugalczycy, którzy w XVII wieku przekazali kontrolę nad miastem rządowi brytyjskiemu, a w praktyce spółce  pod firmą Kompania Wschodnioindyjska. Od tego czasu Bombaj  rozwijał się jako ważny port handlowy. Współcześnie miasto odegrało istotną rolę w Indyjskich dążeniach niepodległościowych. To właśnie tutaj Mahatma Gandhi rozpoczął w 1942 r. kampanię „Opuśćcie Indie” zakończoną uzyskaniem przez kraj niepodległości. Umacnianie się pozycji prohinduskiego ruchu regionalnego wspieranego przez Shiv Senę (Armię Sziwy) rozbijało wielokulturowy ośrodek, dyskryminując zwłaszcza muzułmanów. Międzykulturowe napięcia wzrastały, czego punktem kulminacyjnym była śmierć ponad 900 osób (głównie muzułmanów) w trakcie zamieszek na przełomie 1992 i 1993 roku. Ruch Shiv Sena wykorzystując swoją popularność doprowadził do zmiany nazw budowli oraz ulic, zastępując dotychczasowe określeniami w języku Marathi. W 1996 r. zmieniono również nazwę samego miasta z Bombaj na Mumbaj (od hinduskiej bogini Mumby). Napięcia religijne wciąż narastały, w miarę pogłębiania się kryzysu w relacjach pomiędzy Indiami i Pakistanem. W listopadzie 2008 roku przeprowadzona przez bojowników pakistańskich seria ataków doprowadziła do zniszczenia wielu ważnych obiektów w mieście–spłonął słynny hotel Taj Mahal Palace, na dworcu kolejowym Chhatrapati Shivaji zastrzelono pasażerów, 10 osób zostało też zabitych w popularnej Leopold Cafe. Sytuacja unormowała się po śmierci założyciela Shiv Seny w 2012 roku. W mieście pozostało jednak jeszcze wiele do zrobienia–zanieczyszczenie, niedostateczna sieć transportu publicznego czy kryzys mieszkaniowy to problemy, którym współczesne władze muszą stawić czoła.  

Skłamałbym pisząc, że Mumbaj jest miłym, przyjaznym miastem które przypadnie każdemu do gustu. Twierdzenie takie byłoby zresztą nieprawdziwe również w odniesieniu do całych Indii. Przyjeżdżając tutaj musisz mieć świadomość, że nie będzie czysto i pachnąco. Że na ulicach będziesz potykać się o bezdomnych. Że przeciskając się przez tłum ludzi, na każdym kroku żebrzące dzieci będą wyciągały w twoim kierunku chude rączki. Że wszystkim pomóc się nie da, a jeśli zdecydujesz się wspomóc żebraka efekt będzie taki, że ściągniesz na siebie nie tylko uwagę innych żebraków, ale też gniew pozostałych Hindusów. Bo miejscowi po pierwsze żebraków się wstydzą, zaś po drugie uważają, że dopóki będą oni skutecznie grać na emocjach przyjezdnych, dopóty nie będą nawet starali się znaleźć innych źródeł dochodu. W Mumbaju, tak jak w całych Indiach, będzie też brudno i głośno. W wielu miejscach będzie też śmierdziało. Ulice będą zakorkowane i nawet przejazd taksówką po tym ogromnym mieście trwać będzie godzinami. Niby za kilka lat ma zostać uruchomione metro, ale czy to coś zmieni? Dla turystów być może tak. Dla miejscowych pewnie tyle, że wielu taksówkarzy i rikszarzy zasili tłum żebraków. Indie ogólnie są takim krajem, w którym przyjemnie spędzisz czas tylko wtedy, gdy potrafisz się odciąć od całej otaczającej rzeczywistości i skupić się na procesie poznawczym wyłączywszy emocje. 

Mumbaj, nazywany jeszcze często z przyzwyczajenia Bombajem, to ogromne, zanieczyszczone, głośne i pełne kontrastów miasto. Ważny ośrodek przemysłowy i jednocześnie matecznik ugrupowań o charakterze mafijnym. Centrum biznesowe kraju, a jednocześnie miejsce w którym o świcie można spotkać wracających z połowu rybaków. Główna siedziba bollywoodzkiego przemysłu filmowego. Na terenie miasta znajdują się zarówno najbogatsze dzielnice mieszkalne Indii, jak też największe slumsy w Azji. W granicach administracyjnych Mumbaju występują nawet wielkie połacie lasu tropikalnego, zaś mieszkańcy miasta używają w kontaktach między sobą własnego języka, określanego jako bombajski hindi. Zamieszkiwany przez około 20 milionów osób Mumbaj, od lat plasowany jest w pierwszej piątce najliczniej zaludnionych miast świata. Z uwagi na zlokalizowanie miasta na wyspach, ma ono ograniczoną możliwość poszerzania swoich granic, a więc migrujący tu osadnicy wiejscy oraz przybysze z innych rejonów Azji gnieżdżą się w coraz większym ścisku. Miasto jest mocno przeludnione już od wielu lat,  a sytuacja ta pogarsza się z roku na rok.  

Indie, Mumbaj

Perły architektury w oceanie slumsów

Mumbaj - hotel Taj Mahal Palace i Brama Indii widziane z powierzchni wody Oceanu Indyjskiego
Indie Sanchi zwiedzanie
Indie Sanchi zwiedzanie
Indie Sanchi zwiedzanie
Mumbaj, Brama Indii-masywny bazaltowy łuk tryumfalny z epoki kolonialnej, inspirowany architekturą szesnastowiecznego Gudźaratu, górujący ponad mumbajskim portem
Mumbaj - muzeum Chhatrapati Shivaji Maharaj Vastu Sangrahalaya

Przejazd taksówką z lotniska do turystycznej Colaby zajął nam dobre półtorej godziny, pomimo że na mapie wydawało się „całkiem niedaleko”. Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy (i w nos) po dotarciu na miejsce był zadziwiający fakt występowania dość obfitej i egzotycznej roślinności pomiędzy gęstą zabudową mieszkaniową. W zasadzie jedno wyklucza drugie. Natomiast w bocznej uliczce, przy której stał nasz hotel wyglądało to tak, jak gdyby ktoś wzniósł te wszystkie budynki w środku tropików, nie karczując przedtem terenu. Wszystko wokół brył budynków mieniło się w odcieniach zieleni i pachniało dżunglą. Było to wrażenie niemal surrealistyczne w samym środku zakorkowanego i przeludnionego miasta.  

W Indiach pewnym problemem jest niemal całkowity brak jakichkolwiek supermarketów lub chociażby zwykłych spożywczaków. Jest to dość uciążliwe, gdyż nie znając miasta trzeba się często solidnie naszukać w tym gąszczu przechodniów i pojazdów jakiegoś punktu, gdzie można zrobić jakieś zakupy. My znaleźliśmy w bocznej uliczce budę wielkości kiosku „Ruchu”, na której dachu dumnie prezentował się baner informujący, iż właśnie dotarliśmy do „International Cold Drink Center”. I od razu zrobiło się tak jakoś bardziej światowo. Jako ciekawostkę dodam, że w ciągu kilku najbliższych dni niezależnie od tego, czego i w jakich ilościach byśmy nie kupowali, rachunek z międzynarodowego centrum zimnych napoi wynosił zawsze 290 rupii. Ani rupii więcej, ani rupii mniej (choć raz chyba zapłaciliśmy trochę większy rachunek, gdy oprócz napoi zakupiliśmy papier toaletowy marki…. Rolex). A wiadomo, Rolex zawsze w cenie… 

Mumbaj, Cafe Leopold-bar rozsławiony na cały świat w powieści Gregory’ego Davida Robertsa „Shantaram”. Bałem się, że bez wizytowego wąsa nie wpuszczają do środka 
Mumbaj - przy zakurzonych, zakorkowanych i brudnych ulicach miasta toczy się życie codzienne jego mieszkańców
Indie Sanchi zwiedzanie

Slums kojarzy się powszechnie z jakąś peryferyjną dzielnicą zamieszkiwaną przez najbiedniejszych z biednych. W miejscach takich jak Mumbai, gdzie około 60% ludności żyje w takich warunkach, slumsy stanowią fundament życia miejskiego. Szacuje się, że w samym Dharavi, na obszarze o powierzchni 2,2 km² mieszka około miliona osób. Oczywiście większość mieszkańców marzy pewnie o tym, by się stąd wyrwać, ale życie w slumsie samo w sobie nie jest powodem do wstydu, a część zamieszkujących je osób nie wyobraża sobie zmian, po których musieliby płacić jakieś podatki od nieruchomości czy inne obciążenia fiskalne. Oczywiście slumsy mają własną administrację, która pobiera od mieszkańców czynsz. Warunki też nie są tak złe jak na filmach-elektryczność czy dostęp do kuchni to w większości domostw standard. Największym problemem są nieregularne dostawy wody, a w konsekwencji brak higieny. Większość mieszkańców łapie deszczówkę w wielkie zbiorniki, a niektóre osiedla wewnątrz slumsów wspólnym wysiłkiem stawiają ze składkowych pieniędzy własne toalety czy łazienki. Dharavi na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie labiryntu zakurzonych alejek i uliczek z kanałami, lecz w rzeczywistości jest zbiorem przylegających do siebie osiedli. W pewnych strefach mieszka populacja mieszana, w innych mieszkańcy z różnych części Indii i o różnych fachach pobudowali domy i pozakładali fabryki. Garncarze z Gudźaratu mieszkają w swojej strefie, muzułmańscy grabarze w swojej, hafciarki pracują w pobliżu osiedla kowali itp. Szacuje się, że roczny obrót przedsiębiorstw w Dharavi przekracza 700 milionów dolarów.  

Mumbaj - brudne ulice i zniszczone budynki przy slumsach Dharavi czynią hinduski koloryt nieco bardziej szarawym
Indie Sanchi zwiedzanie

Nie wiedzieć czemu, pomimo że żaden z nas żadnych sztuk walki nie opanował (z dużym prawdopodobieństwem zakładam, że w razie rozróby sami byśmy sobie ręce połamali) to w towarzystwie kolegów czułem się na tyle pewnie, że chciałem dać nura z wyciągniętym aparatem w pierwszą lepszą boczną uliczkę slumsu. Problem w tym, że sami mieszkańcy zwrócili mi uwagę, żebym nie zapuszczał się poza główne asfaltowe drogi przecinające obszar slumsu. Prawdę mówiąc do tej pory nie wiem, czy chodziło o moje bezpieczeństwo, czy też może raczej o to, że dzień miał się już ku końcowi i bardziej martwiono się, bym gdzieś nie zabłądził. A może po prostu nie lubią tu białasów fotografujących ich życie, którego przecież sami sobie nie wybrali. Mnie też nie podnieca specjalnie fotografowanie cudzego nieszczęścia, więc przeszliśmy się trochę bezpieczniejszą drogą i po godzinie wróciliśmy na stację kolejową.  

Późnym wieczorem, przechadzając się po centralnej arterii Colaba Causeway w poszukiwaniu jakiegoś marketu (bezskutecznie), trafiliśmy do jakiejś przyhotelowej restauracyjki, gdzie standardowo jako jedyni biali zrobiliśmy furorę. Pierwsze wrażenie na miejscowych wywarł fakt, że zamówiliśmy po 100 ml rumu. I to nie wspólnie, tylko na głowę. Gdy powtórzyliśmy zamówienie (w sumie zamówiliśmy 10, bo Suchy tradycyjnie obie porcje podczas spożycia wylewał potrącając szklankę), kelnerzy zamarli z przerażenia. W międzyczasie zrobiło się zamieszanie pod drzwiami łazienki. Z początku gromadził się tam zaintrygowany personel, później dołączyło też kierownictwo. Okazało się, że ktoś się zatrzasnął w toalecie i nie daje znaku życia. Po długiej debacie postanowiono wybrać mniejsze zło i wybić szybę, by dostać się do środka i uratować komuś życie. Jak się okazało, zagrożenia życia nie było, a obsługa zastała wewnątrz obrzyganego Hindusa, śpiącego z głową na muszli. Jego kompan od kielicha ucinał sobie w tym czasie drzemkę na stole. Wyprowadzono ich obu z lokalu (ciekawe dokąd, idę o zakład że do piwnicy, gdzie będą ich trzymać dopóki nie zapłacą za szybę), natomiast kelner konspiracyjnie szepnął nam, że chłopcy wypili po 2 piwa. Pozwoliło nam to zrozumieć, dlaczego obsługa patrzy na nas jak na herosów po wypiciu zaledwie 200 gram rumu „na twarz”.  

Mumbaj - nie ma to jak wieczór pełen atrakcji w towarzystwie przyjaciół
Indie Sanchi zwiedzanie

Następnego dnia wybraliśmy się w rejs na wyspę Elephanta, gdzie można zobaczyć wykute w skale świątynie Śiwy, stworzone w latach 450 – 750. Wyspa zawdzięcza swą nazwę Portugalczykom, którzy ujrzeli na brzegu wielkiego kamiennego słonia (obecnie znajduje się w ogrodach Jijamaty w Mumbaju). Po około godzinnym rejsie łodzią dociera się do długiego molo prowadzącego w kierunku świątyń. Po drodze mija się skupisko restauracji, wokół których rosyjskie wycieczki urządzały sobie zabawy z małpami. Stawiano na ziemi niedopitą butelkę coca-coli, a małpy porywały ją na gałąź, chwytały oburącz (lub raczej obułap) i opróżniały płyn do końca, podczas gdy uradowana gawiedź robiła zdjęcia i kręciła filmy. Nie wiem, jak coca-cola działa na małpy, ale było ich na wyspie tyle, że nikt się nimi specjalnie nie przejmował. Po pokonaniu kilkuset stopni schodów pnących się pod górę wśród straganów z pamiątkami, doszliśmy do wejścia na teren kompleksu świątynnego. W głównej świątyni, z mnóstwem okratowanych dziedzińców, korytarzy, kolumn i kapliczek, wyróżnia się 6-ciometrowy posąg Śiwy o trzech twarzach: Niszczyciela (Bhairadeva), Stworzyciela (Wamadeva) i Obrońcy (Maheśmurti), z zamkniętymi oczami. Inny posąg, Śiwy Ardhanariśwary symbolizuje jedność przeciwieństw.  

Po powrocie z wyspy i zrobieniu niezbędnych zakupów, złapaliśmy taksówkę na przystanek autobusowy, z którego odjeżdżał nasz nocny autobus do Hampi. Nie zdążyliśmy co prawda na czas odjazdu, lecz na szczęście autobus stał w tych samych korkach co my, więc i tak musieliśmy odczekać godzinę zanim przyjechał. 

Elephanta Caves - jeden z najbardziej znanych wizerunków pokazuje Śiwę Ardhanariśwarę jako pół-kobietę, na lewym panelu południowej ściany. Androgeniczna postać przedstawia świadomość i harmonię biegunów istnienia