I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

Świątynie w Ranakpur stanowią jeden z najświetniejszych przykładów sztuki dżinijskiej i słyną ze wspaniale wykonanych płaskorzeźb,  pokrywających niemal każdy centymetr kolumn, ścian i sufitu. Budowaną od 1446 r. główną świątynię Chaumukha (O Czterech Twarzach) otacza 66 innych mniejszych świątyń, zaś w jej wnętrzu znajdują się 1444 starannie rzeźbione kolumny, z których każda jest inna. Główna świątynia, poświęcona Adinathowi, zbudowana jest z marmuru. Dostęp do świątyń dżinijskich regulowany jest specjalnymi zasadami – jej progu nie może przekroczyć kobieta w trakcie menstruacji (nieczysta), a do jej wnętrza nie można wnosić wyrobów skórzanych. O ile spełnienie drugiego z tych warunków dość łatwo jest zweryfikować, o tyle nie bardzo mi wiadomo, w jaki sposób świątynni strażnicy zabezpieczyli się przed wizytami kobiet w trackie miesiączki. Sami wyznawcy dżinizmu, praktykujący zakaz krzywdzenia jakichkolwiek istot żywych, poruszają się często z maseczkami na twarzach (co ma ich zabezpieczyć przed połknięciem jakiegoś owada przez przypadek), stąpając ostrożnie po ziemi, aby nie rozdeptać niechcący jakiegoś żuczka czy mrówki.  

Droga z fortu do Ranakpuru prowadziła przez XIV wiek. Nieopodal fortu minęliśmy rolników, którzy poganiając batem zaprzęgnięte woły wymuszali na nich posłuszny marsz wokół wielkiego koła, które wprowadzone w ruch siłą mięśni zwierząt zasilało mechanizm zapewniający nawodnienie pola. Był to widok niespodziewany i przenoszący widza w czasie na plan średniowiecznej wsi. Im dalej w głąb górzystego terenu, tym bardziej zbliżaliśmy się do tych prawdziwych Indii – zacofanych, biednych i brudnych. Ludzie mijani w kolejnych osadach dźwigali na głowach, co popadnie – jedni dzbany, inni worki, a jeszcze inni – gałęzie. Ci, co akurat niczego nie nieśli – ciężko pracowali fizycznie na roli. Można zatem śmiało postawić wniosek, że na hinduskiej wsi każdy miał coś na głowie – jedni towar, drudzy robotę, a trzeci – zmartwienia. Przemierzając ten irracjonalny dla na świat natrafiliśmy w pewnym momencie na korek – jak się okazało, spowodowany był on prowadzonymi właśnie robotami drogowymi. Ale takimi hinduskimi - wczesnym niedzielnym popołudniem, w promieniach palącego niemiłosiernie słońca, grupa kobiet ręcznie kładła podkład pod budowę drogi, podczas gdy mężczyźni toczyli ożywioną dyskusję popijając herbatę na ławce. Był to nasz pierwszy kontakt z Indiami poza obszarem wielkich miast i szczerze mówiąc to, co zobaczyliśmy, nie mieściło nam się w głowie. Zaczarowani równoległym światem istniejącym za szybą taksówki po jakimś czasie do celu. 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Pierwszym celem naszej podróży był Fort Kumbhalgarh – górska twierdza położona o godzinę drogi od Ranakpur, zbudowana w XV w. przez Rana Kumbha, władcę Księstwa Mewaru. Trasa do warowni biegła krętymi drogami przez Wzgórza Aravali, umożliwiając nasycenie oczu górskimi krajobrazami Rajastahnu oraz malowniczymi pejzażami okolicznych wiosek. W trakcie wysiadania z taksówki pod bramą twierdzy wysunął mi się z kieszeni telefon, który wsunął się w szparę pomiędzy siedzeniem a oparciem. Gdy zorientowałem się jego brakiem nieco się zaniepokoiłem – w końcu był to dopiero początek wyjazdu, a telefon – wiadomo, rzecz potrzebna. Przed wyjazdem do Indii długo zastanawiałem się zresztą, czy zabierać ze sobą aktualnie używany model, czy też bezpieczniej nosić będzie poprzedni. W końcu zdecydowałem się zabrać stary aparat, co do którego uznałem, że nie będzie stanowić dla miejscowych złodziejaszków atrakcji. Przemierzałem zatem Indie z przestarzałą technologią w kieszeni, a Hindusi przyglądali mi się ze współczuciem bawiąc się swoimi iPhonami. Nie wiem skąd przyszło mi do głowy, że ja, dumny posiadacz telefonu komórkowego, będę kusił swym rzucającym się w oczy bogactwem każdego bandytę w okolicy. W rzeczywistości te hinduskie iPhony w większości stanowiły podróbki popularnych modeli i Steve Jobs zapewne nie zdawał sobie sprawy z ilości użytkowników jego sztandarowego produktu, niemniej jednak przy mojej starej Nokii i tak prezentowały się one okazale i luksusowo. Pewnie działały przez dwa miesiące od zakupienia, ale przewaga psychologiczna związana z iluzją zamożności z pewnością pozostawała po stronie Hindusów, wybałuszających oczy ze zdziwienia na widok mojego telefonu „z klapką”. W każdym razie taksówkarzowi nawet do głowy nie przyszło, żeby się połasić na przywieziony przeze mnie „sprzęt”, który spokojnie nagrzewał się na tylnej kanapie samochodu.  

Przyjeżdżając do Rajasthanu zdawałem sobie sprawę z istnienia spektakularnych dżinijskich świątyń w Ranakpurze, ale jednocześnie miałem świadomość odległości dzielących je od Udaipuru. A nawet nie samej odległości, bo 100 kilometrów na terenie stanu zajmującego powierzchnię większą niż Polska nie wydaje się być jakimś odstraszającym dystansem, natomiast sprawę komplikował brak jakiegokolwiek regularnego połączenia kolejowego lub autobusowego łączącego te dwa miejsca (podobno obecnie istnieje połączenie autobusowe pomiędzy Udaipurem a Ranakpur). Krótko mówiąc – w planach Ranakpur miałem, ale na zasadzie „jak się uda”. Na miejscu okazało się, że dotarcie tam nie stanowi żadnego problemu, a transport załatwiliśmy nie wychodząc z hotelu i nawet nie specjalnie się targując, bowiem właściciel hotelu w imieniu kierowcy taksówki zażyczył sobie 30 dolarów za jedenastogodzinną wycieczkę podczas której pokonaliśmy ponad 200 km. Wychodziło 15 dolarów na osobę, zatem nawet jak przepłaciliśmy, to po prostu głupio było taką cenę próbować zbić. Wart tych pieniędzy był przede wszystkim komfort podróży, bez konieczności przemierzania długich odcinków w palącym słońcu. A tak kierowca dowoził nas pod same obiekty, plecaki czekały na nas w aucie, picie i prowiant też mogliśmy ze sobą zabrać (skoro nie musieliśmy go nosić), a papierosy paliliśmy wewnątrz samochodu solidarnie we trzech. Alkoholem kierowcy nie częstowaliśmy, bo baliśmy się, że nie odmówi. 

Indie, Kumbhalgarh i Ranakpur

Dżin tkwi w szczegółach
Ranakpur - fascynujący kompleks świątyń dżinijskich
Fort Kumbhalgarh - piętnastowieczna górska twierdza, druga co do wielkości budowla na świecie pod względem długości murów (po Wielkim Murze Chińskim)
Fort Kumbhalgarh - widok z murów obronnych na dżinijskie świątynie

Fort Kumbhalgarh jest drugą co do wielkości pod względem długości murów budowlą na świecie. Jego mury ciągną się nieprzerwanie poprzez 13 górskich szczytów na długości 36 kilometrów – dłuższy jest tylko Wielki Mur Chiński. Strategiczne położenie warowni, zbudowanej na wysokości 1100 mnpm sprawiło, że fort został zdobyty tylko jeden raz w historii. Niegdyś w obrębie murów znajdował się kompleks 360 świątyń (300 dżinijskich i 60 hinduistycznych), pomiędzy którymi znajdowały się piękne pałace i ogrody. Dziś podziwiać można niewielką część dawnych budowli, lecz kilka obiektów zachowało się w świetnym stanie. Najpopularniejsze budowle w forcie to pałace: Rana Kumbha i Badal Mahal.  

Droga z Fortu Kumbhalgarh do Ranakpuru prowadzi przez XIV wiek
Główne wejście do kompleksu świątyń dżinijskich w Ranakpurze

Wszystko to w teorii wygląda niezmiernie poważnie, natomiast nadal są to Indie – kraj dobrych chęci i w praktyce nie mieliśmy możliwości spokojnego zwiedzania wnętrza świątyni Chaumukha, bo albo świątynni strażnicy oferowali nam nachalnie (i odpłatnie) swoje usługi z zakresu fotografii artystycznej (chcieć pieniądze za zrobienie mi zdjęcia moim własnym aparatem – świetna propozycja!), albo spokoju nie dawali nam sami wierni, którzy nie wiadomo czemu uparli się, że za parę rupii pomedytują ze mną, a za Jarka się pomodlą (to chyba etap późniejszy, gdy już medytacja nie pomaga). Po wyjściu z wnętrza głównej świątyni pozostały czas wolny spędziliśmy spacerując wśród mniejszych obiektów kultu. Pod jedną ze świątyń natknęliśmy się na Maćka z Polski, który ucieszył się z tego faktu bardziej niż my, gdyż nie miał jak się wydostać z Ranakpuru, a my akurat mogliśmy zaoferować mu podwózkę. Maciek przedstawiał się jako fotograf, ale przejrzawszy po powrocie zdjęcia, które nam zrobił wśród świątyń – z poucinanymi kadrami, na których nam brakuje głów, a budowle są ścięte w połowie – albo nas oszukał, albo był wyjątkowym skurwielem, który nawet w tak prosty sposób nie chciał się zrewanżować za bezpłatny transport. 

Ranakpur - misternie zdobione kolumny wewnątrz kompleksu świątyń dżinijskich

Do Udaipuru wróciliśmy nowowybudowaną z okazji azjatyckiej olimipiady (Igrzyska Azjatyckie 2010) autostradą. Było to przeżycie niecodzienne – ruch po autostradzie odbywał się w taki sposób, jak gdyby ktoś w nocy położył Hindusom ekstra nowoczesną drogę, ale nie wytłumaczył w jaki sposób się po niej poruszać. Wszyscy pruli po trasie z pełną mocą i z kilkoma tysiącami obrotów silnika. Od czasu do czasu pojawiały się też pojazdy jadące pod prąd, głównie ciężarówki, które nasz kierowca omijał niczym w grze komputerowej – przeskakując w ostatniej chwili na wolny pas. Oczywiście pierwszeństwo miał ten, kto wcześniej oznajmił pozostałym kierowcom swój uprzywilejowany przejazd głośnym dźwiękiem klaksonu. Czasami nieoczekiwanie pojawiała się też krowa – wiadomo, jak to na hinduskiej autostradzie. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że nasz kierowca w ogóle nie rozumiał naszych pytań. Jak to dlaczego ciężarówka jedzie pod prąd? No przecież jak chce jechać w lewo, a ma wyjazd tylko w prawo to jak ma jechać? Dla naszego Hindusa dziwne nie było to, że rozpędzona ciężarówka jedzie na czołówkę, tylko treść naszego pytania? On najzwyczajniej w świecie nie rozumiał tego, że ktoś miałby zadawać sobie trud by odnaleźć miejsce, w którym można by było włączyć się do ruchu zgodnie z przepisami kodeksu drogowego (o ile coś takiego w ogóle w Indiach istnieje). Gdy spytałem się taksówkarza, dlaczego nie odgrodzą autostrady siatką, żeby krowy nie wchodziły na jezdnię, zrobił wielgachne oczy ze zdziwienia. Jak to siatkę? No przecież zaraz by ukradli! Ponieważ moje pytania wydawały się kompletnie niezrozumiałe dla kierowcy, dałem sobie z nimi spokój, resztę drogi zastanawiając się, jakie jest prawdopodobieństwo, że uda nam się bezwypadkowo dojechać do celu wśród tych szaleńców. Przed Udaipurem kierowca odbrał telefon, po czym skręcił w jakąś polną drogę i przez następny kwadrans przejeżdżał przez jakieś wioski, dojeżdżając do jakiegoś wielkiego slumsu. Prawdę mówiąc, mieliśmy trochę pietra, bo wywiózł nas na totalne zadupie o zmroku bez żadnego uprzedzenia. Na szczęście okazało się, że zabrał tylko jakiegoś kumpla, a cel naszej podróży był już niedaleko.  

Ciekawy i udany dzień uczciliśmy porządną kolacją, jedząc coś, co ktoś o mocno wybujałej fantazji nazwał pizzą Rajastanha, a co było w rzeczywistości pierogiem wypełnionym ziemniakami i warzywami. Na upartego można by było uznać to nawet za pizzę – tyle że bez wędliny, bez sera, bez ciasta, bez pieczarek i bez ketchupu. Po kolacji złapaliśmy motorikszę na dworzec, skąd odjechaliśmy nocnym pociągiem do Jaipuru. 

Ranakpur - główną świątynię Chaumukha otacza 66 innych, mniejszych świątyń