I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

Indie Sanchi zwiedzanie
Indie Sanchi zwiedzanie

Następnego ranka na pobliskim dworcu bez problemów złapaliśmy podmiejski autobus do oddalonej o 65 kilometrów niewielkiej miejscowości Sanchi, gdzie znajduje się liczący ponad 2000 lat opuszczony kompleks buddyjski, uważany za jeden z najstarszych i najwspanialszych w Indiach. Pierwsze stupy wzniósł w tym miejscu w III w. p.n.e. cesarz Aśoka, który po krwawej wojnie doznał oświecenia i stał się gorliwym wyznawcą buddyzmu. Kompleks buddyjskich stup, klasztorów i świątyń znajduje się na wzgórzu, w pobliżu prosperującego niegdyś miasta Vidisha, gdzie mieszkała żona Aśoki – Mahadevi. Najcenniejszym obiektem w kompleksie jest ogromna stupa cesarza Aśoki, do której w połowie II w.p.n.e. dodano balustradę, a oryginalną konstrukcję obudowano kamieniem. Do wnętrza prowadzą zwrócone w cztery strony świata misternie rzeźbione bramy z ok. 25 r.p.n.e., na których wyrzeźbiono sceny z życia Buddy oraz ilustracje do dźakatów (opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy). W okresie powstawania rzeźb sztuka buddyjska nie ukazywała jeszcze bezpośrednio postaci Buddy, a jedynie symbolicznie do niej nawiązywała (typowe symbole to: kwiat lotosu, drzewo bodhi i odcisk stopy), zatem dość trudno odwiedzającemu to miejsce laikowi prawidłowo zinterpretować tutejszą bogatą symbolikę.   

Do Bhopalu dotarliśmy późnym wieczorem, a ponieważ stolica stanu Madhya Pradesh nie należy do najpopularniejszych miejsc turystycznych Indii, mieliśmy kłopoty ze znalezieniem jakiejś rozsądnej restauracji czynnej po 22 i szybko pożałowaliśmy, że nie zainwestowaliśmy w pestki słonecznika podczas podróży. Na ulicach w zasadzie nie widać było żadnych turystów, zaś brak jakiejkolwiek konkurencji powodował, że cała uwaga lokalnej społeczności skupiała się na nas. Mało kto słyszał i pamięta o tym, że Bhopal był areną największej katastrofy przemysłowej w historii – w fabryce pestycydów zlokalizowanej właśnie w tym mieście, w nocy z 2 na 3 grudnia 1984 roku miało miejsce rozszczelnienie jednego ze zbiorników i uwolnienie 43 ton toksycznego izocyjanianu metylu, który niemal natychmiast uśmiercił niemal 4 tysiące mieszkańców miasta. Jak zazwyczaj bywa przy tego rodzaju wypadkach, liczba osób dotkniętych katastrofą jest różna w zależności od źródeł, ale opierając się na wiarygodnych danych liczba zgonów będących następstwem awarii wyniosła łącznie około 20 tysięcy, przy ponad 100 tysiącach osób, które poniosły trwały uszczerbek na zdrowiu. Liczba osób dotkniętych skutkami katastrofy w Bhopalu była więc większa niż liczba poszkodowanych w wyniku awarii czarnobylskiej reaktora, mającej miejsce półtora roku później, a cała sprawa „afery z Bhopal” została, jak się wydaje, zamieciona pod dywan przez właściciela fabryki - amerykański koncern chemiczny, który ponosił odpowiedzialność za rażące zaniedbania w zakresie bezpieczeństwa. W każdym razie wspominam o katastrofie dlatego właśnie, że pozostawała (i pozostaje) ona w cieniu tragedii w Czarnobylu. A nie powinna. 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Prawdziwe zamieszanie zaczęło się jednak dopiero na dworcu kolejowym w Jhansi, gdzie nikt nie potrafił uczynić zadość mojemu skomplikowanemu życzeniu o treści: „poproszę dwa bilety do Bhopalu”. Z jednej kasy odesłano mnie do drugiej, z drugiej do informacji, skąd ponownie oddelegowano mnie do kolejnej kasy, a stamtąd po raz kolejny do informacji. Sytuacja ocierała się o granice absurdu – chciałem nabyć zwykły bilet na najbliższy pociąg, a traktowano mnie jak bym co najmniej zgłosił się w celu nabycia budynku stacji kolejowej. Kolejny ruch pracowników Indian Railways niejako to potwierdzał, gdyż po odwiedzeniu wszystkich możliwych kas biletowych zostałem skierowany do gabinetu Kierownika stacji. Po zapoznaniu się z moim błahym problemem Kierownik wykonał telefon, pokrzyczał coś w lokalnym języku, po czym poinformował mnie, że sprawa jest załatwiona i mam udać się do jednej z wcześniej odwiedzonych kas. Nawiasem mówiąc, rozmowa nam się średnio kleiła, gdyż Kierownik wysławiał się najbardziej niezrozumiałą angielszczyzną, z jaką się w życiu spotkałem. Na jego usprawiedliwienie należy jednak dodać, że najbardziej prawdopodobnym źródłem jego wady wymowy był niemal całkowity brak uzębienia w górnej szczęce, w której dumnie prezentowała się pojedyncza lewa „dwójka”. Po wykonanym telefonie Kierownik udzielił mi wskazówek, potwierdzając załatwienie sprawy szybkimi ruchami głowy oraz wahaniem palca wskazującego prawej ręki. Jest to gest popularny w wielu regionach Indii i początkowo straszenie mnie drażnił, budząc we mnie podejrzenie graniczące z pewnością, że mój rozmówca ze mnie najzwyczajniej w świecie drwi. Po pewnym czasie zrozumiałem, że ten gest, a w zasadzie układ gestów, jest używany przez Hindusów dla podkreślenia swojego zadowolenia z załatwienia sprawy lub rozwiązania problemu. Po usłyszeniu komunikatu werbalnego przed moimi oczami pojawiał się w takich sytuacjach rozchybotany palec wskazujący, którego znaczenie wzmacniała widoczna na dalszym planie rozbujana głowa. W gestach tych nie było dla Hindusów nic wesołego, oni z pełną powagą bujali wspomnianymi częściami ciała, natomiast w moim odbiorze to zachowanie było początkowo irytujące, zaś po odkryciu jego prawdziwego znaczenia (o, widzisz, Twoją sprawę już udało mi się załatwić), każdorazowo mnie bawił.  

Wraz z wizytą w świątyniach Khajuraho skończył się zaplanowany szczegółowo etap podróży, z ustalonymi trasami oraz zakupionymi wcześniej biletami kolejowymi. Musieliśmy podjąć decyzję, czy chcemy spędzić trzy ostatnie dni w Indiach odpoczywając w stolicy – na tyle, na ile oczywiście odpoczynek w Delhi jest w ogóle możliwy, czy też spróbujemy przemieścić się do Bhopalu, skąd dość łatwo – przynajmniej wtedy nam się tak wydawało – przedostać się do zabytkowej stupy w Sanchi. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że jednak bardziej odpoczniemy podróżując podrzędnej klasy autobusami, niż eksplorując indyjską stolicę. Z Khajuraho wyjechaliśmy rozklekotanym autobusem w kierunku pierwszego węzła komunikacyjnego, czyli miasta Jhansi. Jak na warunki indyjskie jest to niewielkie, niespełna czterystotysięczne miasteczko, położone niekoniecznie po drodze z Khajuraho do Bhopalu, lecz jednocześnie stanowiące stację pośrednią na najszybszej trasie łączącej te dwa miejsca. Początkowo podróż zapowiadała się całkiem uroczo – nie dość, że autobus miał w swojej nazwie określenie „deluxe”, to jeszcze w dodatku odjeżdżał z dworca w Khajuraho niemalże pusty. Ten stan trwał jednakże bardzo krótko – już na pierwszym przystanku nasz środek transportu zapełnił się co do ostatniego miejsca, a nasz kierowca uznał, że pojazd jest pełny dopiero po tym, jak zgarnął po drodze jeszcze kilkudziesięciu chętnych. Na szczęście przejazd naszą 175-ciokilometrową trasą trwał zaledwie 4,5 godziny – zachowanie na tym dystansie średniej prędkości w granicach 40 km/h było bez wątpienia wspaniałym osiągnięciem, mając na względzie stan techniczny – zarówno pojazdu, jak i dróg.  

Indie, Sanchi

Najgorzej skomunikowana stupa świata 

Sanchi - wielka stupa cesarza Aśoki i jedna z czterech prowadzących do niej, bogato zdobionych bram
Indie Sanchi zwiedzanie
Indie Sanchi zwiedzanie
Indie Sanchi zwiedzanie
Sanchi - wielka stupa cesarza Aśoki, otoczona balustradą i obudowana kamieniem oraz jedna z czterech prowadzących do niej, bogato zdobionych bram
Sanchi - misternie zdobiona brama prowadząca do wielkiej stupy cesarza Aśoki 

Finalnie okazało się, że telefon od Kierownika faktycznie pomógł, bo w tym samym okienku, w którym wcześniej nie mogłem nic wskórać, teraz bez zbędnych tłumaczeń otrzymałem dwa bilety. Ich koszt wyniósł około 3 dolarów za dwie sztuki, co za ponad trzystukilometrową trasę nie wydawało się ceną wygórowaną. Choć, jak to się wkrótce okazało, nietypowa cena wynikała z tego, że sprzedano nam bilety na najniższą klasę wagonu, będącą w zasadzie odpowiednikiem siódmej klasy. Ale dzięki temu mieliśmy też okazję odbyć podróż w tym najniższym oferowanym standardzie. Wagony najtańszej kategorii różniły się od tych lepszych aranżacją wnętrza. Nie było tu oczywiście żadnych miejsc leżących ani przedziałów, zaś całą powierzchnię użytkową wypełniały twarde, drewniane ławki. Klimatyzację zastępowała przyspawana do okna krata, choć sprawdzała się jedynie w trakcie jazdy pociągu. W każdym razie nie było wcale aż tak źle, by wydawać dodatkowe 2 czy 3 dolary na wyższą klasę wagonu. Pociąg przemieszczał się mozolnie w kierunku celu, od czasu do czasu zatrzymując się na zlokalizowanych po drodze stacjach. Ale nie tylko – w pewnej chwili pociąg zatrzymał się pośród pól, na pierwszy rzut oka bez jakiegoś głębszego celu. Po chwili wszystkie wagony „zaatakowane” zostały przez sprzedawców pestek słonecznika, którzy zjawili się nie wiadomo skąd pośrodku niczego  i wynurzywszy się spośród wysokich zbóż dokonywali istnego abordażu na nasz pociąg. Po 10 minutach wyruszyliśmy w dalszą podróż, zaś po kolejnym kwadransie calusieńka podłoga usłana była pustymi skorupkami pestek, które miejscowa ludność miała w zwyczaju wyrzucać pod siebie. Ponieważ zachciało mi się palić, zacząłem się po tej niecodziennej nawierzchni przedzierać w kierunku korytarza, lecz po kilku zaledwie krokach jakiś zdziwiony Hindus odesłał mnie z powrotem na ławkę tłumacząc, że przecież mogę palić na miejscu. Jak by na potwierdzenie tych słów połowa pasażerów wyjęła swoje papierosy i po chwili wszyscy wspólnie wypełniliśmy wagon kłębami dymu. 

Bhopal - Taj ul Masajid (Wielki Meczet) w centrum miasta
Sanchi - wielka stupa cesarza Aśoki 
Indie Sanchi zwiedzanie

Kompleks budowli nie jest specjalnie duży i na jego spokojne zwiedzenie wystarczy przeznaczyć około 2 godzin. Z drugiej strony nigdzie nam się nie spieszyło, więc chętnie odpoczywaliśmy sobie w zacienionych miejscach, odwlekając powrót do Bophalu. Gdy w końcu udaliśmy się w drogę powrotną, przy głównej trasie prowadzącej do stolicy Madhya Pradesh zaczepił nas taksówkarz, oferując transport do miasta za horrendalnie wysoką stawkę 50 dolarów. Propozycja ta pod względem finansowym była bulwersująca, niepokój jednak wywoływał spokój właściciela taksówki, który nie przystąpił hinduskim zwyczajem do negocjacji zaproponowanej stawki, lecz jedynie poinformował nas, że innym środkiem transportu tego dnia się już z Sanchi nie wydostaniemy. Było dopiero około 15, zatem wyśmialiśmy cwanego taksówkarza, po czym udaliśmy się na przystanek autobusowy. Jakże wielkie zdziwienie towarzyszyło naszemu odkryciu, że tego dnia faktycznie żadne autobusy do Bhopal już nie kursują. Jeszcze większym szokiem była usłyszana na dworcu kolejowym informacja, że pociągi na interesującej nas trasie też już tego dnia nie jeżdżą. Wróciliśmy więc do głównej trasy licząc na to, że być może jednak jakiś autobus w kierunku Bhopalu nadjedzie. Mijały kolejne minuty, ciągnące się niemiłosiernie przy odpalanych jeden od drugiego papierosach, lecz żaden środek lokomocji do Bhopal nie nadjeżdżał. Taksówkarz spokojnie stał po drugiej stronie ulicy, z głupawym uśmieszkiem na ustach informując swoich kolegów po fachu, że to on nas wypatrzył, wyśledził i upolował i że to jemu przysługuje przywilej orżnięcia nas na złodziejskiej stawce za przejazd. Wraz z innymi taksówkarzami upajał się naszą bezradnością, co jakiś czas kpiącym gestem sprawdzając, czy już znudziło się nam wpatrywanie się w drogę, czy jeszcze ma chwile na nas zaczekać? A my nie wiedzieliśmy, co mamy robić – wszak sprawa dotyczyła już nie tyle pieniędzy, co honoru. 

Sanchi - detale zdobiące jedną z bram prowadzących do wielkiej stupy
Indie Sanchi zwiedzanie

W pewnym momencie zauważyliśmy w odległości kilkudziesięciu metrów od nas dwóch Hindusów, którzy wybiegli na drogę i zatrzymali przejeżdżający ambulans. Co sił w nogach rzuciliśmy się w kierunku zatrzymanej karetki, której kierowca zgodził się nas zabrać do Bhopalu za jakąś śmieszną opłatę stanowiącą równowartość płaconej z rana ceny biletów autobusowych. Na oczach rozczarowanych taksówkarzy, rozpierani dumą i z podniesionymi czołami wyruszyliśmy po chwili w drogę tym dość nietypowym  środkiem transportu. Wewnątrz ambulansu panowała dość swobodna atmosfera – pomimo całego sprzętu stanowiącego typowe wyposażenie karetki wszyscy wewnątrz czuli się nieskrępowani, o czym świadczyć może chociażby fakt, że po chwili wszyscy pasażerowie rozsiedli się w wolnych miejscach, przypaliwszy sobie uprzednio papierosy. Dotyczyło to również ratownika medycznego, który z braku wolnej przestrzeni rozsiadł się na butli z gazem. W takich przyjemnych okolicznościach bez żadnych problemów dotarliśmy do dworca autobusowego w Bhopal, nadrabiając nawet nieco czas stracony na poszukiwanie środka transportu – kierowca ambulansu widząc ciągnące się w mieście korki, po prostu włączył sygnalizację dźwiękową i dowiózł nas do celu przy akompaniamencie syren. W ten sposób zaoszczędziliśmy nieco pieniędzy oraz godności i w świetnych humorach udaliśmy się w kierunku hotelu. 

Sanchi - otoczony balustradą korytarz, prowadzący wokół wielkiej stupy cesarza Aśoki 
Indie Sanchi zwiedzanie

Pod samym oknem naszego hotelu znajdowała się niewielka świątynia, przed którą po południu odprawiano modły. Kierowany ciekawością postanowiłem zejść na dół, aby uczestniczyć w religijnej ceremonii. Pojawienie się niebieskookiego blondyna wśród wyznawców jednego z tysięcy hinduistycznych obrzędów wzbudziło niemałą sytuację. O ile dorośli uśmiechali się pod nosem (kobiety) lub pod wąsem (mężczyźni) udając, że mnie w ogóle nie dostrzegli, o tyle dzieci w kontaktach interpersonalnych były o wiele bardziej bezpośrednie, czyniąc sobie z mojej obecności dodatkową atrakcję – obcego, w którego można porzucać kolorowymi kwiatami rozsypanymi wszędzie dokoła. Próbowałem im się rewanżować, co każdorazowo wywoływało głośny śmiech dzieci, na mnie natomiast ściągało rozeźlony wzrok dorosłych. Znaczenia odprawianych wokoło obrzędów co prawda nie pojmowałem, natomiast niektóre elementy liturgiczne potrafiłem rozpoznać wyłącznie w oparciu o dotychczasowe doświadczenia z chrześcijaństwem, które pozwoliły mi błyskawicznie zorientować się, że należy wrzucić datek do koszyka krążącego wśród wiernych. Po uiszczeniu dobrowolnej ofiary, wepchnięto mi do ust jakąś kukurydzianą papkę, co najwyraźniej oznaczało przyjęcie odpowiednika sakramentu Eucharystii – chociaż oczywiście prawdziwego znaczenia przyjmowanej papki oraz symboliki samego aktu nigdy zapewne nie zrozumiem. Po mszy wróciłem do pokojowego hotelu, by zastanowić się, czy aby spożyta papka nie pozbawiła mnie właśnie możliwości doznania żywota wiecznego, po czym udałem się na dworzec kolejowy, aby wyruszyć w podróż powrotną do Delhi. 

Sanchi - detale zdobiące jedną z bram prowadzących do wielkiej stupy