I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

W świątyni Jagdish było niemal pusto, co jeszcze bardziej spotęgowało nasze zdziwienie, gdy okazało się, że jedyni zwiedzający oprócz nas to para z Polski. Chroniąc się przed piekącym słońcem oraz wstydząc się swoich stóp pokrytych gołębim gównem, przysiedliśmy we czwórkę w jednym z licznych lokali, aby napić się kawy. Zapamiętałem naszą rozmowę z jednego powodu – podczas, gdy ja z kolegą oraz nowo poznany facet dyplomatycznie wymienialiśmy uwagi w przedmiocie swoich pierwszych spostrzeżeń z pobytu w Indiach („elegancko”; „bardzo nam się podoba”; „warto było przyjechać” itp. Itd.), jego dziewczyna wtrąciła się do rozmowy dość nieoczekiwanie, rzucając tekst: „serio? Podoba wam się w Indiach? A co wam się tutaj, kurwa, tak podoba? Syf? Smród? Bieda? Ja nie jestem jakąś wygodną paniusią pierwszy raz na wyjeździe, zwiedziłam Indonezję, Wietnam, Tajlandię, Malezję, ale czegoś takiego jak tutaj – nie widziałam nigdzie. Nie wiem co wam się tutaj podoba, ale ja już chcę stąd spierdalać”. Te słowa świetnie wpisują się w banalny, często powtarzany frazes, że „Indie albo się kocha, albo nienawidzi”. To znaczy jest to pusty frazes dopóki ktoś nie wypełni go prawdziwą treścią, jak nasza nowopoznana koleżanka. Bo w praktyce nie o żadną miłość się tutaj rozchodzi, ale o prostą, naturalną reakcję – albo akceptujesz to, co widzisz, słyszysz i czujesz dokoła, albo to nie jest po prostu kraj dla Ciebie.  

Ze zwiedzaniem świątyń – czy to poświęconych bóstwom hinduistycznym, czy też buddyjskich lub obiektów kultu wyznawców dżinizmu jest  jeden podstawowy problem – przed wejściem do nich trzeba zdjąć buty. Oczywiście sama idea mi nie przeszkadza i nie mam nic przeciwko spacerowaniu boso, skoro bóstwo sobie tego życzy. Problemem jest czystość obszernych dziedzińców, może i wyłożonych marmurem, ale pokrytych często wierzchnią warstwą ptasiego gówna, rozpływającego się na rozgrzanych słońcem płytach. Przy panujących w tym klimacie temperaturach zazwyczaj chodzi się w sandałach. W dużym uproszczeniu można więc przyjąć, że zwiedzanie świątyń to pierwszy krok ku odwiedzaniu na bosaka pociągowych toalet.  

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Do Udaipuru dotarliśmy z dwugodzinnym opóźnieniem, co oznaczało, że nasz maszynista odrobił nieco straty, które wygenerował jeszcze przed przyjazdem do Delhi. Z dworca do hotelu wzięliśmy motorikszę, w wyniku czego uwikłaliśmy się w bezcelową rozmowę, w trakcie której nasz rikszarz bombardował nas całym arsenałem argumentów, dla których powinniśmy zamieszkać w hotelu jego szwagra, począwszy od prostych perswazji, że „tam jest taniej i lepiej”, a skończywszy na żenującej próbie przekonania nas, że zarezerwowany przez nas hotel spłonął ostatniej nocy. Odczepił się dopiero wówczas, gdy wspomniałem, że noclegi mamy opłacone z góry. Nie było to oczywiście prawdą, ale przynajmniej zakończyło jałową dyskusję i rikszarz – niezadowolony, bo zaoferował nam tanio kurs licząc na prowizję od szwagra – dowiózł nas w końcu do naszego hotelu, pięknie ozdobionego od frontu symbolem swastyki. Nie tracąc czasu, zostawiliśmy bagaże, sfotografowaliśmy siedzące na parkanie małpy i wyruszyliśmy na zwiedzanie.  

Podróż do Udaipuru – jednego z głównych miast bogatego Radżastanu, stanowiła również nasz debiut w kontaktach z kolejami hinduskimi. Nie ma chyba lepszej terapii, by pokonać w sobie niechęć do punktualności i czystości naszych rodzimych polskich kolei, niż skorzystanie z tego środka transportu w Indiach. Zresztą w Indiach byłem po raz drugi w 2017 roku i tam również zmiany na lepsze zachodzą w ekspresowym tempie. Natomiast w czasie naszej podróży do Udaipuru, korzystanie ze słynnych Indian Railways było zadaniem dość karkołomnym. Po pierwsze, nie bardzo dało się kupić z zagranicy bilety przez internet, o czym wspominałem przy okazji wychwalania pracowitości i zaangażowania Hindusów, opisując pobyt w Delhi. Po drugie, w roku pańskim 2011 obowiązywało w kolejach indyjskich dość nietypowe rozwiązanie logistyczne – na biletach (przynajmniej tych zakupionych wcześniej) brakowało informacji o numerze wagonu, zatem w momencie gdy to żelazne monstrum wjechało łaskawie z trzygodzinnym opóźnieniem na stołeczny peron ciągnąc za sobą ze dwadzieścia długich wagonów, tłum ludzi zaczynał biegać wraz z całym dobytkiem w obie strony, szukając swojego miejsca. W trakcie przewidzianego na danej stacji postoju trzeba było bowiem odnaleźć swoje nazwisko, odręcznie napisane na jednej z kartek przymocowanych do drzwi każdego z wagonów, pod którymi rozpychali się inni zainteresowani. Wdrożyć taki pierdolnik w wyniku intencjonalnego działania oraz zatwierdzonych przez kogoś procedur to doprawdy sztuka! Nic zatem dziwnego, że pociągi łapały kilkugodzinne opóźnienia na najpopularniejszych trasach, skoro na każdej większej stacji tabuny ludzi musiały sprawdzać każdy wagon w poszukiwaniu swojego miejsca. W przedziałach klasy trzeciej, wyposażonych w rozkładane kuszetki o szerokości półki, dało się poleżeć, a nawet nieco przespać. W zapadnięciu w solidną drzemkę najbardziej przeszkadzał panujący w pociągu harmider, zwłaszcza na stacjach pośrednich, gdy Hindusi masowo dokonywali zakupów przez okna pociągu. Miejscowa ludność zaimponowała mi również beztroską, z jaką boso przemieszczała się do toalety w standardzie hinduskim, czyli takiej, gdzie kucało się nad dziurą w podłodze, trzymając stopy w zawartości, której nie udało się zmieścić w otworze kloacznym poprzednim użytkownikom. Ja osobiście oddawałem tam mocz (na co innego bym się raczej nie zdecydował) rozkładając nogi niemalże do szpagatu, dlatego śmiałków zanurzających gołe stopy w kałużach zalegających wokół dziury podziwiam za brawurę po dziś dzień. 

Indie, Udaipur

O hinduskich kolejach i rikszarzu cwanym oraz o dziedzińcu przez ptaki obsranym 
Udaipur - Pałac Miejski widziany z punktu widokowego na wzgórzu
Udaipur, pod wejściem do dżinijskiej świątyni Jagdish Temple
Udaipur, główne wejście do  wspaniałej dżinijskiej świątyni (Jagdish Temple)

W Udaipurze podobało mi się to, że miał dwa główne, warte zwiedzenia zabytki. Często atrakcyjność turystyczna jakiegoś miasta definiowana jest przez występowanie tam 5, 10 czy 20 średnio ciekawych obiektów o jakiejś wartości historycznej, zwiedzenie których zajmuje dwa pełne dni, podczas których człowiek odhacza kolejne pozycje z przewodnika nie rozumiejąc, dlaczego ktoś uznał takie miejsce za warte odwiedzin. W Udaipurze było wprost przeciwnie – od razu zaplanowałem wizytę w dwóch najatrakcyjniejszych miejscach, położonych niedaleko siebie i nieopodal naszego hotelu, co do których nie miałem żadnych wątpliwości, że będą prawdziwą petardą. Jako pierwszą odwiedziliśmy świątynię Jagdish, do której prowadzą schody wciśnięte pomiędzy baraki starego miasta. Sama świątynia zachwyca z zewnątrz licznymi, pięknymi rzeźbieniami zdobiącymi fasadę budowli oraz jej śikharę (zwieńczenie świątyni hinduistycznej w stylu północnym, z wieżą w kształcie iglicy nad głównym sanktuarium). Rzeźby w dużej części poświęcone były Wisznu, podobnie jak cała świątynia. 

Udaipur, bogato zdobiona fasada zbudowanej w 1651 r. Jagdish Temple
Udaipur, Jagdish Temple - szczegóły dekoracji zdobiącej fasadę głównej świątyni

Po wypiciu kawy udaliśmy się na krótki spacer ku zdecydowanie najważniejszej budowli na turystycznej mapie Udaipuru, czyli do gigantycznego kompleksu Palace Museum (Pałacu Miejskiego). Oszałamiająca przepychem oraz bogactwem zdobień budowla powstawała przez czterysta lat, począwszy od 1553 roku. Obecnie pałac tworzą cztery podstawowe budynki połączone siecią korytarzy i przejść. W środku podziwiać można oszałamiające bogactwa, a z murów roztacza się wspaniała panorama okolicy. Szczerze powiedziawszy, dobrze jest przed wizytą przemyśleć, co dokładnie chciałoby się w tym ogromnym kompleksie zobaczyć. Warto tak zrobić, bo nawet pobieżne zwiedzanie w szybkim tempie bez przewodnika zajmie minimum 2-3 godziny. W naszym przypadku były to akurat godziny największego upału, zatem po opuszczeniu pałacu udaliśmy się do hotelu na popołudniowego drinka.  

Udaipur, Pałac Miejski - ogromny kompleks budowli, wznoszący się nad jeziorem Pichola - największy zespół pałacowy w całym Rajasthanie

Przed zmrokiem udało nam się jeszcze przedostać na obrzeża miasta, skąd kolejką linową pofrunęliśmy na wzgórze, na którym znajdował się tzw. „Sunset View” – jak sama nazwa wskazuje, popularny u kresu dnia punkt widokowy, przeznaczony do podziwiania zachodów słońca nad udaipurskimi pałacami, baśniowo odbijającymi się w tafli wody jeziora Pichola. Po uiszczeniu opłaty za przejazd kolejką, młody Hindus bez cienia krępacji wręczył nam bilety do … „Parku wodnego”. Cóż to w końcu za różnica, bez przesady. Ktoś pewnie się pomylił przy zamawianiu, to przecież nie powód, żeby drukować nowe bilety. W ten sposób na pamiątkę przejażdżki kolejką został mi bilet z delfinem i napisem „Sea World”. W drodze powrotnej trafiliśmy na jakąś lokalną imprezę, na której ubrani w kolorowe ciuchy miejscowi tańczyli i śpiewali – z większym lub mniejszym sukcesem – przez megafon. A ci co ani nie tańczyli ani nie śpiewali, uparli się aby nam sprzedawać pamiątki z dziesięciokrotną przebitką. Do kupienia, jak to w Indiach – wszystko oprócz alkoholu, zatem rezygnując z pamiątek po dolarze ulokowaliśmy zaoszczędzoną w ten sposób gotówkę w hinduskim przemyśle browarniczym, płacąc po 3 dolary za kufel piwa.  

Udaipur - panorama miasta roztaczająca się ze szczytu pobliskiego wzgórza. Na pierwszym planie ogromy kompleks budowli Pałacu Miejskiego

Oczywiście poza wspomnianymi powyżej dwoma budowlami w Udaipurze i okolicy jest jeszcze kilka ciekawych obiektów do zwiedzenia, ale z uwagi na ograniczone możliwości czasowe następny dzień spędziliśmy na wycieczce do fortu Kumbhalgarh oraz dżinijskich świątyń w Ranakpurze.  

Udaipur - wzniesione nad jeziorem altany chronią w upalny dzień przed słońcem