I N D I E

                               I N D I E

                               I N D I E

    I N D I E

I N D I E

I N D I E

   I N D I E

Ciągnące się na długości 5 kilometrów wzdłuż Gangesu betonowe ghaty – coś w rodzaju bulwarów gangesianych, są najważniejszym miejscem w mieście. Spacerując wzdłuż nich na całej długości po jednej stronie mija się szerokie platformy, a po drugiej zapełnioną łodziami rzekę. Nowym przeżyciem było natomiast dla nas odkrywanie indyjskiej przestrzeni bez wszechobecnych klaksonów i nagabywaczy z rikszy – w pewnym stopniu próżnię tą wypełniały składane co dwie minuty propozycje wycieczki łodzią, oczywiście za najlepszą cenę w całym Varanasi. Mijane kolejno ghaty są numerowane, a wiele z nich ma również własne nazwy – należą do nich dwa najważniejsze ghaty Varanasi, czyli ghaty kremacyjne (główny ghat kremacyjny to Manikarnika), na których dziennie palonych jest nawet 800 zwłok. Trzeba pamiętać, że w kulturze Hinduskiej podejście do samej śmierci jest zupełnie odmienne niż w kulturze Zachodu – wydaje się, że śmierć została tutaj odarta z całego misterium i tajemniczości, a same rytuały pogrzebowe zdają się mieć tutaj większe znaczenie niż odejście osoby z grona żywych. Co ciekawe, Hindusi zdają sobie sprawę z tego, że wydarzenia na ghatach kremacyjnych są dla przybysza z Zachodu czymś jednocześnie przerażającym i fascynującym – turyści nie są stamtąd przeganiani (jak można byłoby się tego spodziewać), a wprost przeciwnie – podczas, gdy my czailiśmy się z podejściem do stosu, bo przecież nie wypada, sami uczestnicy ceremonii przywołali nas ruchem dłoni.

Pomimo swojego unikalnego charakteru Varanasi podzieliło los wielu miejsc, które zdobyły rozgłos i uznanie ciesząc się mianem „turystycznej atrakcji”. Nad brzegiem Gangesu można co prawda spotkać sędziwych mędrców, ale odniosłem wrażenie, że więcej tam zwykłych żebraków niż tzw. świętych mężów sadhu, pogrążonych w rozmyślaniach na temat sensu istnienia. Negatywny obraz tworzyło liczne grono różnej maści pajacy z bogatej Europy i USA, poprzebieranych w kolorowe hinduskie ciuszki i wodzących zamroczonymi trawą oczami za swoimi fałszywymi guru. Tych idiotycznych przebierańców, którym bogaci rodzice dali pieniążki, by sobie trochę pomedytowali skoro zapragnęli akurat zostać joginami, było po prostu nieproporcjonalnie dużo. Na przeciwko ghatu, na którym palone są ciała zmarłych omijaliśmy jakiś zbiornik z wodą z Gangesu, w dodatku zabarwioną na purpurowy kolor – była to woda stojąca, stąd stężenie wszelkiego rodzaju bakterii oraz zarazków było zapewne jeszcze wyższe niż samej rzeki. Do tej sadzawki wskoczył w pewnej chwili jakiś nawiedzony Amerykanin, który w ramach swoich osobistych rytuałów zaczął mruczeć i zawodzić. Spytaliśmy się go ironicznie, czy może ma zamiar jeszcze się tej wody napić, na co zażywający oczyszczającej kąpieli delikwent kiwnął głową, nabrał w dłonie tego gęstego ścieku, po czym to wypił. Koniec świata – myślałem, że mamy chłopa na sumieniu, ale wieczorem kręcił się wzdłuż schodów, nadal udając Hindusa.  

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Do Varanasi dojechaliśmy z czterogodzinnym opóźnieniem, wychodząc z pociągu w godzinach największych upałów. Na stacji oczekiwał na nas tradycyjny hinduski komitet powitalny, kierując w naszą stronę setki typowych ofert, z których nie chcieliśmy i nie zamierzaliśmy korzystać. Nikt tam nie ceregielił się z jakimś „hello” czy „good morning” – z kakofonii wrzasków wypełniających przestrzeń wokół nas można było wyłapać typowe powitalne zwroty, takie jak: „kup pan”, „chodź pan”, „może rikszę?”, „wycieczkę?” , „macie hotel? - ja mam lepszy i tańszy”. Po raz kolejny salwowaliśmy się ucieczką przed nachalnym tłumem w jedyny możliwy sposób - dla świętego spokoju przepłaciliśmy kilka rupii za przejazd oferowany w systemie przedpłat. Po chwili dotarliśmy do zarezerwowanego hotelu, z całkiem przyzwoitą łazienką i godną uwagi restauracją, położonego zaledwie o pięć minut drogi spacerkiem od wód Gangesu. Z hotelowego balkonu roztaczał się widok na typową indyjską ulicę - rikszarze zaczepiali turystów, drobni handlarze sprzedawali co popadnie – czasami nawet nie do końca wiadomo co, kobiety z dziećmi żebrały o pieniądze, a po ulicy biegały krowy wymijane przy akompaniamencie klaksonów przez auta, motory i riksze. Również z balkonu zaobserwowaliśmy scenkę, gdy przerażająco brudne kilkuletnie dziecko dobierało się z płaczem do piersi matki karmiącej jego kilkumiesięczne rodzeństwo. Dziecko ewidentnie było za duże na pokarm z piersi, lecz jednocześnie za małe, aby zrozumieć, dlaczego musi być głodne i nie może dostać mleka tak jak braciszek. Zresztą finalnie chyba nawet trochę tego matczynego mleka w końcu dostało, ale trudno to było jednoznacznie stwierdzić z perspektywy balkonu. Będąc świadkiem takich sytuacji można doskonale zrozumieć ludzi, dla których Indie są krajem przekraczającym granice ich tolerancji dla ludzkiej biedy i nieszczęścia. Ale planując wyjazd do Indii trzeba być na takie widoki przygotowanym - to naprawdę nie jest kraj dla wrażliwych ludzi, pomimo tego całego piękna, które jednak w żaden sposób nie potrafi zrównoważyć wszechobecnej nędzy i towarzyszącej jej rozpaczy. 

O ile o Rajasthanie czy Agrze można powiedzieć, że są ciałem Indii, o tyle o Varanasi śmiało można powiedzieć, że jest duszą tego kraju. Jest to najświętsze miasto Indii, do którego z najdalszych zakątków ciągną miliony Hindusów, aby na miejscu modlić się, medytować i zażywać oczyszczających kąpieli w świętych wodach Gangesu. A najlepiej umrzeć, gdyż według hinduskich wierzeń nie ma lepszego miejsca na umieranie niż Varanasi. Wiąże się to z wiarą w dogmat, że spalenie zwłok do spółki z wodami Gangesu oczyszczają z grzechów, a wody świętej rzeki umożliwiają wyjście poza krąg samsary, czyli kołowrotu narodzin i śmierci. Krótko mówiąc chodzi o przerwanie kręgu inkarnacji i odradzania się w kolejnych wcieleniach, czyli o zakończenie tzw. tułaczki dusz. Po prostu o ostateczny kres. 

Indie, Varanasi

Miejsce, w którym brudna woda oczyszcza
Medytacja nad Gangesem to bardzo popularna forma spędzania czasu w Varanasi

Kolejnego dnia zmobilizowaliśmy się, aby wstać o 4.30 i nie zmarnować ostatniej szansy na podziwianie wschodu słońca nad Gangesem, a w zasadzie tego, co się wówczas tam dzieje. Po ustaleniu jakiejś rozsądnej ceny za rejs i pięciokrotnym upewnieniu się, że będziemy na łódce sami, a nie w tłumie turystów, wypłynęliśmy w dwugodzinny rejs. O wschodzie słońca na brzegu rzeki działo się w zasadzie to samo, co w ciągu dnia -  tyle że w o wiele większej skali. Na całej długości ghatów Hindusi oddawali się oczyszczającym kąpielom, a niektórzy rytualnemu okładaniu szmat bambusem, czyli praniu. O świcie można też było zaobserwować wielu amatorów najbardziej imponującej mi czynności nad Gangesem, czyli mycia zębów w rzece. Doprawdy - wiara tych ludzi jest przeogromna. Jak gdyby dla utrzymania atmosfery właściwej miejscu, w którym się znaleźliśmy, w pewnej chwili obok naszej łódki przepłynął zdechły pies z wybałuszonymi oczami. W zasadzie to nawet dziwne, że nie natknęliśmy się na ludzkie zwłoki - ponoć w ciągu roku do Gangesu trafia ok. 45 tysięcy nieskremowanych ciał. Nawigator dołożył wszelkich starań, żeby nasz rejs trwał pełne dwie godziny – przy stawkach godzinowych jest to najpewniejszy sposób na uniknięcie roszczeń klienta. Z pewnością warto wybrać się na taki poranny rejs – chociażby z tego względu, że z żadnego punktu na lądzie nie roztacza się tak dobry widok na nadbrzeżne ghaty i tętniące tam życie, jak z pokładu łódki unoszącej się na mętnych wodach Gangesu. 

Varanasi - poranne ablucje w Gangesie podziwiane z pokładu łodzi

Bezpośrednio po rejsie udaliśmy się na lotnisko, z którego odlatywaliśmy do Khajuraho. Dotarliśmy na miejsce o godzinie 9 i okazało się, że w hali odlotów byliśmy zupełnie sami. Wszystko było zamknięte, nawet sklepy z napojami i budki z kawą, a nowiutki terminal był całkowicie wyludniony. Wewnątrz byliśmy tylko my oraz żołnierze pełniący służbę przy wejściu. Autokary z turystami pojawiły się dopiero kilkadziesiąt minut przed planowanym odlotem – sytuacja dość nietypowa na lotniskach, gdzie wszyscy starają się dotrzeć raczej za wcześnie, niż za późno. W każdym razie wycieczki zorganizowane odprawione zostały w tempie iście rekordowym i po kwadransie wszyscy siedzieliśmy już na pokładzie samolotu. Lot do Khajuraho trwał 35 minut, a Kingfisher Airlines ambitnie podchodząc do sprawy postanowił w tym czasie zaserwować pasażerom po ciastku i po wodzie, co spowodowało komiczną sytuację, w której stewardesy zaczęły ganiać z wózkami po pokładzie, zanim jeszcze samolot osiągnął odpowiedni pułap (co sprawiało wrażenie, jakby pchały je pod górkę).  

Varanasi - nadbrzeżne ghaty chwilę po wschodzie słońca
Widok z hotelowego balkonu na ulicę. Można odnieść wrażenie, że w świętym mieście ten człowiek się modli, ale on po prostu sika
Varanasi - święte wody Gangesu wykorzystywane są w rozmaity sposób, również do kąpieli

Życie w świętym mieście Hindusów skupia się wokół nadbrzeża Gangesu, zabudowanego kilkudziesięcioma ghatami - schodami prowadzącymi do świętej rzeki, ozdobionymi nieskończoną ilością mniejszych lub większych świątyń i ciągnącymi się na odległości kilku kilometrów. Tego co się nad Gangesem dzieje nie da się opisać, natomiast szybko można zrozumieć, że jakiekolwiek próby zachowania środków bezpieczeństwa w zakresie higieny w Varanasi są z góry skazane na porażkę. Po 5 minutach przebywania na brzegu świętej rzeki zrozumiałem, że te wszystkie żele antybakteryjne i nawilżane chusteczki mogą zapewnić co najwyżej efekt placebo, ale z pewnością nie powstrzymają miliardów tutejszych bakterii przed dotarciem do organizmu, a skuteczność ich działania jest jedynie iluzoryczna. Ganges przywitał nas scenerią przekraczającą znacznie granice naszych wyobrażeń o tym miejscu. W świętej rzece kąpały się zarówno krowy, jak i ludzie. Pomiędzy grupami (stadami) zażywających kąpieli istot pojawiały się kobiety z koszami ciuchów i z zamiarem uprania ich w wodzie, na powierzchni której unosiły się krowie placki. W tej samej wodzie ktoś obok zmywał naczynia, a roztaczający się wokół krajobraz nie stanowił przeszkód dla śmiałków, którzy postanowili umyć sobie tutaj zęby, nie przejmując się takimi drobnostkami, jak np. obmywanie kilkadziesiąt metrów dalej zwłok i wrzucanie do wody popiołów pozostałych po kremacji. Chociaż używanie w tym przypadku zwrotu popiół jest istotnym nadużyciem semantycznym. Zresztą unoszące się w Gangesie wypełnione gazami ludzkie zwłoki i zwierzęce truchła też nie należą wcale do rzadkich obrazów na wysokości Varanasi. Jedno nie ulega zatem wątpliwości – wiara w oczyszczającą moc wód świętej rzeki musi być tutaj szczera i głęboka, a panujące wśród Hindusów przekonanie o sakralnym znaczeniu Gangesu musi być mocne i niepodważalne. Moje odczucia były wprost odwrotne, a pierwszą rzeczą, jaką sobie uświadomiłem w tym miejscu było to, że choćbym dezynfekował usta i ręce co pięć minut to i tak prędzej czy później dostanę posiłek ugotowany w garnku umytym w Gangesie i zjem go sztućcami wypłukanymi w tej rzece. Sama rzeka, co w tych okolicznościach wydawało mi się niezwykłe, wcale tak mocno nie śmierdziała, pomimo tego, że oprócz wspomnianych źródeł zanieczyszczeń lądaowały tu wszystkie śmieci i ścieki z miasta, a ludzie też zresztą nie mieli większych oporów, by sikać i srać w bezpośredniej okolicy swoich świątyń przy ghatach. Według oficjalnych danych, pomiar zanieczyszczenia Gangesu w Varanasi, wykonany w 2012 roku, wykazał stężenie bakterii 3000 razy przekraczające normy dla bezpiecznej kąpieli. Krótko mówiąc – woda w sam raz, aby popłukać sobie usta po umyciu zębów. 

Varanasi - ghaty nad Gangesem to idealne miejsce, żeby odwiedzić zakład fryzjerski
Ganges w Varanasi - tłumy na brzegu, tłumy na wodzie

Jest to przeżycie trudne do opisania i należy wprost to sobie powiedzieć – nie można się na coś takiego przygotować. Podczas gdy przyglądaliśmy się płonącym zwłokom na jednym ze stosów, ktoś rzucił dosłownie u naszych stóp kolejne ciało owinięte w całun, który zresztą zsunął się odsłaniając wykrzywioną w śmiertelnym grymasie twarz starca. Po nasmarowaniu zwłok specjalnymi wonnymi olejkami oraz symbolicznym obmyciu ich w wodach Gangesu, ciało przenoszone jest na przygotowany stos. Tam zwłoki płoną przez kilka godzin, przy czym długość kremacji zależy od zamożności rodziny zmarłego – z prostej przyczyny, czas trwania ceremonii zależy od ilości spalonego drewna. Nie jestem znawcą tematu, ale na zdrowy rozum nie ma to chyba najmniejszego znaczenia. Skoro kremacja zwłok na popiół w specjalnym piecu krematoryjnym trwa 1,5 godziny w temperaturze 800 stopni, to jaką część człowieka można spalić w ognisku? Paznokcie? Włosy? Trochę tłuszczu? Oczywistym jest, że resztki wrzucane do Gangesu trudno nazwać popiołem, a unoszący się czasami w rzece korpus (co się zdarza) nie pozostawia wątpliwości, że są to pozostałości człowieka. Jak by tego było mało, nie wszyscy dostępują przywileju kremacji – na stos zgodnie ze zwyczajem nie mogą trafić ciała zmarłych noworodków, kobiet w ciąży, świętych mężów sadhu, trędowatych, zmarłych w wyniku ukąszenia przez żmiję oraz tzw. niedotykalnych – ludzi z najniższej warstwy społecznej, żyjących w ogóle poza systemem i związaną z nim przynależnością kastową, wykonujących najpodlejsze zajęcia, takie jak czyszczenie latryn czy właśnie zajmowanie się zmarłymi (Hindusom nie wolno dotykać zwłok). Widok ceremonii pogrzebowych jest szczególnie zatrważający nocą, gdy ogień podświetla ułożone na stosie ciało i dokładnie rozpoznać można poszczególne kości. Do myślenia dają też bezpańskie psy, biegające wśród stosów i co jakiś czas szarpiące jakiś znaleziony tam kąsek – jak przypuszczam, nie jest to kiełbasa.  

Varanasi - stos pogrzebowy przy ghacie Manikarnika. Zdjęcie zrobiłem całkiem nieświadomie - pomiędzy ludźmi widoczny jest czerwony całun, w który na okoliczność ceremonii ubierany jest zmarły

Wieczorem przy ghatach odbywają się różnego rodzaju ceremonie religijne. Część z nich  organizowana jest z rozmachem, z pewnością dla potrzeb turystów. Wszędzie też jednak wzdłuż schodów spotkać można samozwańczych proroków, wokół których zawsze skupia się mniejsza lub większa liczba wiernych. Te kameralne „msze” wyglądają przy celebrowanych w centrum spektaklach jak małe osiedlowe sklepiki przy ogromnym centrum handlowym. Zatrzymaliśmy się na dłużej w miejscu, w którym niewielkie grono wiernych otoczyło wianuszkiem jakiegoś natchnionego proroka wysmarowanego popiołem i wygłaszającego swoje kazanie. Pomimo niecodziennej prezencji jakieś tam grono wyznawców wokół siebie zgromadził. Przypuszczam zresztą, że gdybym pomalował sobie twarz pastą do zębów, usiadł rozebrany na schodach i zaczął opowiadać jakieś kocopoły mocno przy tym gestykulując, to mi również udałoby się zakończyć wieczór w Varanasi w otoczeniu jakichś religijnych fanatyków 😉 

Varanasi - wieczorne ceremonie religijne przy centralnych ghatach

Następnego dni ponownie wyruszyliśmy znaną nam już trasą wzdłuż Gangesu, by tym razem pofotografować sobie na spokojnie oświetlone przedpołudniowym słońcem ghaty, kręcących się tam ludzi oraz całe to zamieszanie panujące wokół świętej rzeki. Po drodze mijaliśmy gościa wykonującego całkiem popularną w tym miejscu pracę, polegającą na formowaniu nagimi dłońmi placków z krowiego łajna. Nie odrywając oczu od zwałów materiału rzuconego mu do przerobienia, człowiek te siedział dosłownie cały ubabrany w gównie, ugniatając duże placki i rozkładając je na palącym słońcu, aby wyschły. Krótko mówiąc- nadawał gównu odpowiednią formę, a ktoś dzięki jego pracy w będzie mógł ułożyć sobie skromny dach. Ludzi wykonujących ten rodzaj pracy widzieliśmy całkiem sporo już z okien pociągu zmierzającego do Varanasi. Jeżeli kiedyś będziecie narzekać na swoją pracę – że nudna, że monotonna, że słabe warunki – przypomnijcie sobie tego umorusanego Hindusa ze zdjęcia powyżej i odpowiedzcie sobie sami na pytanie, czy naprawdę życie obeszło się z Wami tak bardzo brutalnie? A nade wszystko nie mówcie nigdy, że macie gównianą pracę. Uważam, że to zdjęcie sprawdziłoby się w większości zakładów pracy jako obrazek motywacyjny zawieszony w głównym holu firmy. 

Varanasi - jeżeli uważacie, że macie gównianą pracę, to porozmawiajcie z tym gościem

Generalnie na ghatach nie działo się nic takiego, czego nie widzielibyśmy poprzedniego dnia, podjęliśmy zatem szybką decyzję aby udać się motorikszą do Sarnath - miejsca, w którym Budda doznał oświecenia medytując pod drzewem. Jest to dość spokojne i przyjemne miejsce, w którym spacerując po pięknie zlokalizowanych kompleksach świątynnych można nieco odpocząć od rwetesu Varanasi. Po powrocie do miasta, udaliśmy się do centrum w poszukiwaniu bankomatu.  

Sarnath, współczesny klasztor buddyjski Mulagandhakuti Vihara, którego wnętrza zdobią ciekawe malowidła autorstwa Kosetsu Nosi

Przy temacie Indii, sporo osób zadaje pytanie o bezpieczeństwo w tym kraju. W Indiach bez dwóch zdań jest bezpiecznie i nie należy tymi zagadnieniami przejmować szykując się do podróży. Pytanie jednak, z czego to wynika? Pod bankomatem w Varanasi stała ciężarówka wypełniona policjantami z dwumetrowymi, bambusowymi kijami. Nikt mnie pod bankomatem nie zaczepił, ale obecność takiej ilości policjantów skłania do refleksji – czy w Indiach jest bezpiecznie, bo ich mieszkańcy nie przejawiają skłonności do przemocy? Czy też w Indiach jest bezpiecznie, bo ich mieszkańcy zdają sobie sprawę, że napadnięcie na turystę skończy się zatłuczeniem bambusowymi kijami na środku ulicy? Dodatkowo zagadnienie to komplikuje sprawa religii – mówimy o narodzie, który został przekonany przez religijnych guru, że bieda i nieszczęścia są karą za niegodziwe postępowanie w poprzednim wcieleniu. Jeżeli jesteś biedny, to znaczy że w poprzednim wcieleniu byłeś zły. A jeśli chcesz być w następnym wcieleniu bogaty i szczęśliwy, to musisz na to uczciwie i ciężko zapracować w tym życiu. Nie ma żadnej drogi na skróty, a dla mnie to majstersztyk manipulacji. Duchowni chrześcijańscy swoje straszenie przed piekłem mogą sobie w buty wsadzić przy rozwiązaniach „modelu hinduskiego”.   

Varanasi - uliczka prowadząca z ghatów do centrum miasta

Po uzupełnieniu zasobów gotówki stać nas było na wydatki rzędu kilkudziesięciu centów amerykańskich, a w tych właśnie granicach kształtowały się ceny większości marnej jakości towarów na miejskim bazarze. Zatrzymaliśmy się na nim, bo wcześniej Jarek wypatrzył tam koszulkę, która przypadła mu do gustu. Sprzedawca co prawda już jej nie miał, ale za to ciągnął nas przez kilkaset metrów do sklepu szwagra, który z pełnym przekonaniem ofiarował Jarkowi w miejsce poszukiwanego t-shirta kolorową, hinduską koszulę, nie mającą kompletnie nic wspólnego z poszukiwanym przez nas towarem (no ok, jedyną cechą wspólną była przynależność do kategorii: ubrania). Wróciliśmy do hotelu, by chwilę odpocząć po upalnym dniu, zaś pod wieczór wyszliśmy zaliczyć kilka lokalnych mszy.   

Varanasi - pranie chyba już wyschło, trzeba więc je zebrać, bo za chwilę może tędy przejść stado krów