J A P O N I A

 

                     J A P O N I A

 

J A P O N I A

 

                        J A P O N I A

J A P O N I A

 

Ostatni odcinek podróży z Gotemby do Kawaguchiko pokonaliśmy autobusem. Z dworca autobusowego do hostelu mieliśmy 5 minut spacerem, więc po chwili byliśmy na miejscu. W trakcie procedur meldunkowych umówiliśmy się z właścicielem, żeby skoro świt zabrał nas do punktu startowego wspinaczki na Fuji. Gospodarz był zresztą tak miły, że z miejsca zabrał nas do znajdującego się pod miasteczkiem ogromnego hipermarketu, celem zrobienia niezbędnych zakupów po jak najniższych cenach. W tym momencie w naszej sześcioosobowej ekipie nastąpił wyraźny rozłam – podczas gdy ja z dwoma kolegami wkładaliśmy do koszyka dwulitrowe puszki piwa Asahi zachwycając się nad ich niecodzienną pojemnością, ze zdziwieniem zaobserwowaliśmy, że pozostała trójka odkłada do koszyków napoje energetyczne, batony, herbatniki oraz inne zbędne produkty, w naszej ocenie zupełnie nieprzydatne w trakcie zdobywania Fuji. Pęknięcie, które powstało pomiędzy naszą zgraną szóstką pogłębiło się godzinę później, gdy „trójka od batoników” stanowczo odmówiła spożywania lokalnej whisky pod marnym pretekstem rzekomej „konieczności wypoczynku przed wyjściem w góry”. Urażeni dopiliśmy butelkę bez ich towarzystwa i stwierdziwszy, że jeszcze nie ma północy, udaliśmy się do najbliższego sklepu 7/11 celem nabycia kolejnej whisky. Około 2 w nocy powróciliśmy do hotelu, głęboko przekonani o naszym perfekcyjnym przygotowaniu do wyjścia w góry.  W ten oto sposób, pomimo iż nikt wyraźnie tego nie powiedział, w naszej dość zgranej paczce nastąpił rozłam na dwie grupy. Mógłbym je nazwać grupą profesjonalistów i grupą amatorów, ale dla potrzeb tej opowieści łatwiej będzie mi przyjąć nazwy: „grupa batoniarzy” i „grupa alkoholików”. W skład tej pierwszej wchodzili: Arek, Wojtek i Piotrek, drugą tworzyłem ja wraz z Marcinem i Jarkiem. Co ciekawe, grupę alkoholików tworzyli sami palacze, podczas gdy w skład grupy batoniarzy nie wchodziła żadna osoba paląca. Miało to swoje konsekwencje podczas wspinaczki następnego dnia.
Przejazd z Hiroshimy do Kawaguchiko zajął nam praktycznie cały dzień. Pierwszy odcinek trasy zakończyliśmy w Himeji – mieście słynącym z Zamku Białej Czapli (Shirasagi-jo) jednym z najpiękniej zachowanych zamków w Japonii. Niestety nie doczytaliśmy przed wyjazdem, że zamek przechodzi generalny remont i co prawda udało nam się go zwiedzić w środku, jednakże nie było nam dane nasycić oczu zewnętrznym widokiem imponującej budowli. Chociaż nie do końca – Japończycy do remontu podeszli bowiem w ciekawy sposób - postawili wokół ogromnej budowli rusztowania, które z kolei zasłonili ogromnymi płachtami, od zewnętrznej strony ozdobionymi rysunkami zamku w skali 1 do 1. Trzeba przyznać, że całość z pewnością wywierała o wiele lepsze wrażenie, niż nagie rusztowania widywane w większości przypadków przy tego rodzaju robotach budowlanych.

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Japonia, Fuji-san

Chwała pół-bohaterom, czyli jak zdobyliśmy pół Fuji
Fuji-san widziany z dworca w Kawaguchiko
Shinkansen, czyli pociąg-pocisk, wjeżdżający na peron w Hiroshimie
Na peron dworca w Himeji wbiegliśmy w ostatniej chwili, by zdążyć na pociąg do Mishimy. Podróżując po Japonii zdecydowanie trzeba odciąć się od nawyków nabytych podczas pokonywania tras naszym rodzimym PKP, które rozkłady jazdy traktuje raczej jako niezobowiązującą deklaracją wskazującą orientacyjną godzinę odjazdu pociągu. Koleje japońskie są punktualne do przesady i spóźnienie się na pociąg o 5 sekund rzeczywiście może skutkować koniecznością oczekiwania na następny. Na dworcu w Himeji nieomal się o tym przekonaliśmy na własnej skórze. Po pokonaniu większości zaplanowanej na ten dzień trasy słynnymi ekspresowymi shinkansenami rozpoczęliśmy kolejny etap podróży, którą kontynuowaliśmy lokalnymi pociągami podmiejskimi. Przemierzały one kraj o wiele wolniej niż sławne pociągi – pociski, za to przejażdżka nimi umożliwiała poznawanie lokalnego folkloru oraz podglądanie podróżujących pomiędzy okolicznymi miasteczkami Japończyków. A niektóre sytuacje były dość zabawne – pamiętam na przykład podróżujących wspólnie dwoje obcych ludzi (nie zamienili ze sobą ani słowa, ani nie obdarzyli się nawet jednym spojrzeniem, zatem założenie, iż się nie znali wydaje mi się w pełni uzasadnione), którzy z imponującą konsekwencją przestrzegali protokołu zachowania obowiązującego w przestrzeni publicznego transportu, podczas gdy ja stałem im „nad głową”. Mężczyzna wyjął jakieś czasopismo o charakterze erotycznym i spokojnie przeglądał sobie kolejne strony ze zdjęciami. Nie powinien takiej gazetki w pociągu przeglądać, ale przecież był pewien, że współpasażerka nie dopuści się tak rażącego naruszenia norm społecznych, aby ingerować w jego strefę prywatności i zerknąć, co przegląda siedzący obok niej obcy człowiek. I faktycznie, kobieta przez całą drogę siedziała wyprostowana, ze wzrokiem wbitym przed siebie i nawet do głowy jej nie przyszło, aby popełnić zbrodnię obyczajową, jaką niewątpliwie byłoby niezdrowe zainteresowanie się lekturą współpasażera. W ten sposób spędzili całą podróż, podczas gdy ja - stojący nad nimi obcokrajowiec, nieskrępowany żadnym protokołem zachowania, miałem przed oczami obrazy z Kolei Mazowieckich, gdzie pół wagonu czyta czyjegoś sms-a, albo kilka osób zwisa komuś nad głową i wspólnie czyta jego książkę, mlaskając z niezadowoleniem gdy jej właściciel zmieni czytaną stronę zanim dokończą ją czytać inni. Na trasie pomiędzy Numazu a Gotembą do pociągu wsiadł nieoczekiwanie mężczyzna przebrany w kompletny strój Altaira z gry Assassin’s Creed, ale nikt specjalnie nie zwrócił na jego wygląd uwagi. Przecież to nie wypada.
Himeji, Zamek Białej Czapli w trakcie generalnego remontu, z pomysłowo osłoniętymi rusztowaniami
Bezwzględny budzik brutalnie wyrwał mnie przed godziną 5 rano z głębokiego, aczkolwiek dość krótkiego snu. Niechętnie podniosłem się z łóżka, witając się serdecznie z kolegami z grupy alkoholików i patrząc nieufnie na wyglądających o niebo lepiej „batoniarzy”. Gospodarz czekał już na nas na dole przy odpalonym vanie, którym już po chwili udaliśmy się w kierunku tzw. 5 stacji – ogromnego parkingu położonego na wysokości 2300 m.n.p.m., z którego większość śmiałków rozpoczyna wędrówkę na szczyt Fuji-san. Początkowo szlak wił się pomiędzy drzewami, na terenie płaskim jak stół. Po pewnym czasie drzewa ustąpiły miejsca krzewom, aż w końcu roślinność praktycznie zanikła, a dalszy szlak wiódł kładkami ułożonymi na podłożu pokrytym tufem wulkanicznym. Pomimo, że zbocze wznosiło się ku górze dość łagodnie, na dość szybko osiągniętej wysokości 2600-2800 m.n.p.m. oddychało się dość trudno. „Batoniarze” początkowo czekali na nas i poklepując po plecach dodawali nam otuchy, z czasem jednak widzieliśmy ich z coraz większej odległości, aż w końcu zniknęli nam z pola widzenia. My tymczasem mozolnie pięliśmy się ku górze, dysząc ciężko na każdym przystanku robionym co kilka metrów. Od czasu do czasu wyprzedzały nas kolejne grupy osób – niezależnie od wieku i płci, chociaż trzeba przyznać, że chętnych zbyt wielu nie było.  Takie przynajmniej miałem wrażenie przywołując w pamięci obrazy kolejek ciągnących się szlakiem od podnóża aż po szczyt. Pomimo końca maja, pogoda była nienajlepsza, a z silnie zachmurzonego nieba co i raz spadały strugi deszczu, poza tym wiał przeszywający zimnem wiatr. Generalnie sezon na zdobywanie Fuji trwa od końca czerwca do połowy września i trzeba przyznać, że im wyżej wchodziliśmy, tym lepiej to rozumieliśmy.
Po jakimś czasie dotarliśmy do oblodzonego przejścia, poniżej którego znajdowało się zwalisko śniegu. Marcin, który zapomniał zabrać z Polski butów trekkingowych, na nogach miał wysłużone vansy bez żadnego bieżnika w podeszwie. Biorąc go na wszelki wypadek w środek, udało nam się jednak jakimś cudem tą przeszkodę sforsować. Wchodziło się jednak coraz wyżej i na pewnej wysokości zaczęło nam już brakować sił. Niewykluczone, że pewien wpływ na to miało nasze lekceważące podejście do wspinaczki w dniu poprzednim. W trakcie jednego z kolejnych, coraz częstszych postojów, podczas zaciętej dyskusji usłyszeliśmy z Jarkiem głośne chrapanie. Okazało się, że Marcina zupełnie odcięło od rzeczywistości. Obudziliśmy go, pozrywaliśmy boki ze śmiechu, wypaliliśmy po 3 papierosy i podjęliśmy męską decyzję, że tego dnia Fuji nie zdobędziemy. Decyzję tą podjąć nam było o tyle łatwo, że popełniliśmy pewien błąd logistyczny – zamiast wypić jedną 2-litrową puszkę Asahi, każdy otworzył swoją, skutkiem czego każdy z nas wlał w siebie na postoju po dwa litry piwa. Myślę, że każdy z nas już od jakiegoś czasu przeczuwał, że przedzieranie się tego dnia przez śnieżne zaspy na szczyt Fuji może być poza zasięgiem naszych możliwości. Ale jak to często w takich sytuacjach bywa, nikt nie chciał poruszać tego tematu pierwszy, zwłaszcza że „batoniarze”, gdzieś tam daleko przed nami, pięli się wciąż do góry.
Szlak prowadzący z Kawaguchiko na szczyt Fuji-san
W trakcie drogi powrotnej dotarliśmy po raz wtóry do wspomnianego wcześniej zwaliska śniegu. Pamiętając wcześniejszy sukces, postanowiliśmy zastosować poprzednią, sprawdzoną taktykę: ja z Jarkiem, wyposażeni w trekkingowy obuw mieliśmy podtrzymywać Marcina w wyślizganych vansach. Tym razem jednak wszystko poszło inaczej. Zdążyłem oderwać od ziemi stopę po pierwszym pewnym kroku, zachwialiśmy się wszyscy wzajemnie się podtrzymując, po czym runęliśmy na śnieg, staczając się kilkanaście metrów w dół. Przy czym trzeba podkreślić, że nie zdążyliśmy się puścić, zatem kręciliśmy się tak wspólnie, nawzajem się trzymając i wydając jednocześnie jedyny okrzyk, który mógł nam przyjść w tej sytuacji do głowy, czyli: „kurwaaaaaa, ja pierdoleeeeee”. Sturlaliśmy się tak na dół, do brzegu opuszczonego schroniska, przed którym siedziała na ławce samotna dziewczyna. Oczywiście okazało się, że z Polski. Jakież musiało być jej zdziwienie – czekając na chłopaka atakującego szczyt siedzi sobie samotnie w środku Japonii, na ławce pod opustoszałym budynkiem, gdy z zamyślenia wyrywa ją potok przekleństw w ojczystym języku i widok trzech wariatów turlających się z góry po śnieżnym jęzorze. Myślę, że była to ostatnia rzecz, jakiej się w tamtym momencie spodziewała.
Okazało się, że dziewczyna oczekuje na swojego narzeczonego, który zresztą ponosił nawet częściowo odpowiedzialność za nasz połowiczny sukces. Narzeczony okazał się bowiem gościem, który w pewnym krytycznym momencie, gdy słanialiśmy się ze zmęczenia na nogach  minął nas wbiegając pod górę lekkim truchtem, z szerokim uśmiechem na twarzy. Ta dysproporcja pomiędzy fizyczną dyspozycją jego i nas na tym etapie wspinaczki ostatecznie zniechęciła nas do dalszej walki i skłoniła do podjęcia decyzji, że grupa „alkoholików” powinna znaleźć się w odwrocie. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale na dole okazało się, że człowiek ten regularnie wspinał się po pięcio i sześciotysięcznikach i wejście na Fuji było dla niego dziecinną igraszką, zaś warunki które my ocenialiśmy jako trudne, dla niego specjalnie uciążliwe nie były. Tak czy inaczej resztę dnia spędziliśmy z nowopoznaną dziewczyną popijając sake w barach znajdujących się przy stacji nr 5. Tam też powitaliśmy grupę „batoniarzy”, którym udało się zdobyć szczyt i którzy opowiadając nam o warunkach panujących na ostatnim odcinku upewnili nas jedynie, że grupa „alkoholików” nie miała tam czego szukać.
Po pełnym wrażeń dniu wróciliśmy do Kawaguchiko, gdzie już wspólnie i solidarnie obie grupy szturmowe zrobiły nalot na sklep nocny, w wyniku czego powrót do Tokyo dnia następnego dłużył nam się niemiłosiernie. A Fuji musi zaczekać – mając świadomość, że każdego roku na szczyt wspina się całkiem spora liczba osiemdziesięciolatków, być może i nam przy drugim podejściu się uda.
Szczyt Fuji-san widziany ze szlaku biegnącego z Kawaguchiko