J A P O N I A

 

                     J A P O N I A

 

J A P O N I A

 

                        J A P O N I A

J A P O N I A

 

Najważniejszą informacją po powrocie do hostelu była wieść o tym, że odnalazło się dwóch zaginionych w akcji poprzedniego wieczora kompanów. Breaking news! Po 30 godzinach poszukiwań, udało im się dotrzeć do miejsca noclegu! Powód ich zaginięcia okazał się dość prozaiczny. Okazało się, że po tym, gdy się rozstaliśmy, koledzy postanowili wypić sobie „jeszcze jedno winko”. Następnie udało im się odnaleźć w nawigacji poszukiwany hostel. Ruszyli więc dziarsko przed siebie, a gdy udało im się zbliżyć do miejsca wskazywanego przez satelitę, postanowili uczcić tą chwilę kolejnym winkiem. Po toastach okazało się, że hotel w którym się znaleźli ma bardzo podobną nazwę, lecz zlokalizowany jest w zupełnie innej części miasta, a w zasadzie to na jego obrzeżach. W tej sytuacji chłopcy mogli zrobić tylko jedno – wypić po kolejnym winku. Obudzili się ponoć w lesie bambusowym poza granicami Kyoto. Zwyciężeni przez los, lecz nie pokonani, przechytrzyli przeznaczenie i złapali taksówkę, która bez problemu dowiozła ich do naszego hotelu. W tej sytuacji, po powitaniu pełnym wzruszeń, wyszliśmy w komplecie ku nowej przygodzie, kierując się via 7/11 na z góry upatrzone poprzedniego wieczoru, wygodnie zlokalizowane pozycje pod mostem. Z dala od wścibskich spojrzeń Japończyków.
Zanim jednak zrealizowaliśmy nasz chytry plan, musieliśmy raz jeszcze zmierzyć się z trudną do ogarnięcia, japońską rzeczywistością. W drodze do sklepu mijaliśmy się z nastoletnią dziewczynką (tak przynajmniej wyglądała, bo u Japonek pomiędzy 14 a 44 rokiem życia trudno dokładnie sprecyzować wiek). Nadchodziliśmy tą samą ulicą z przeciwnych kierunków i w miarę jak się zbliżaliśmy, coraz dokładniej widzieliśmy, że dziewczyna ma jakieś kłopoty, bowiem co kilka kroków zginała się wpół z grymasem na twarzy, trzymając jednocześnie za brzuch. W momencie, kiedy ją mijaliśmy stała oparta o fasadę budynku, ściskając brzuch. Przechodzący po obu stronach ulicy Japończycy również musieli zwrócić na to uwagę, bo zatrzymywali się i zachowując odpowiedni dystans przyglądali się tej sytuacji z bezpiecznej odległości. Nikt natomiast do dziewczynki nie podszedł, ani też nie zaproponował jakiejś pomocy. My taką próbę udzielenia pierwszej pomocy podjęliśmy, ale na pytanie czy „wszystko w porządku” dziewczynka zareagowała w typowo japoński sposób – momentalnie na jej bladej jak kreda twarzy pojawił się szeroki, sztuczny uśmiech, zaś z jej ust usłyszeliśmy tylko: „fenkju, ewrifing okej”. „Potrzebujesz pomocy?” – „Nie, wszystko o.k” – wykrztusiła z siebie, podpierając ścianę. Trochę nas to w sumie zakłopotało, bo dziewczyna wyglądała naprawdę słabo i jakoś niespecjalnie chcieliśmy w to ewrifing okej uwierzyć. Weszliśmy do sklepu obok, głośno debatując na temat sytuacji sprzed chwili, zwłaszcza w kontekście dalszych działań, które powinniśmy podjąć. Zdania były podzielone – z jednej strony odczuwaliśmy silną potrzebę zawiadomienia pogotowia ratunkowego o tym zdarzeniu, z drugiej – baliśmy się, że chcąc pomóc – możemy zaszkodzić. Z jednej strony przekonanie, że trzeba interweniować, bo może to jakiś ostry stan zapalny? Z drugiej strony - nikt z nas nie miał żadnej wiedzy na temat japońskiego systemu ubezpieczeń społecznych, a chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której okazałoby się, że dziewczynka dostała wzdęcia po jakimś jedzeniu, nie ma ubezpieczenia, a my ją wysyłamy do szpitala, skutkiem czego rodzina musi brać kredyt na spłatę kosztów leczenia. Arigatou gozaimasu za taką pomoc. Tak czy inaczej, trzeba było cokolwiek zrobić, więc postanowiliśmy, że podejmiemy ostateczną decyzję co do dalszych działań po sprawdzeniu, jak rozwinęła się sytuacja na zewnątrz. Zmieniło się tyle, że po wyjściu ze sklepu dziewczynce towarzyszyła już matka, która na nasz widok podeszła i oddała nam serię standardowych dziękczynnych pokłonów – widocznie musiała się dowiedzieć, że jako jedyni przejęliśmy się losem jej córki. Odczuwając ulgę, że możemy z czystym sumieniem ruszyć w swoją stronę, oddaliliśmy się w kierunku naszej kryjówki pod mostem, by przy butelce piwa przedyskutować całą tą absurdalną sytuację. Dlaczego nikt z Japończyków nie podszedł i nie zainteresował się, co się stało i jak można pomóc? Dlaczego wszyscy stanęli w bezpiecznej odległości i gapili się zamiast podjąć jakiekolwiek (nieważne – mądre czy głupie) działania? Po burzliwej dyskusji doszliśmy do wniosku, że zachowanie Japończyków wynikało z tej absurdalnie daleko wyznaczonej granicy prywatności. Tu nikt w pociągu nie spojrzy, co czyta współpasażer – bo nie wypada. Nikt nie rozmawia w metrze przez telefon, nikt nie wtrąca się do cudzego życia. Zwyczaje, które teoretycznie wydają się jak najbardziej zasadne i pożądane przy kształtowaniu norm i postaw społecznych, po przekroczeniu pewnej granicy stają się groteskowe, deprecjonując pozytywne aspekty takich zachowań i ukazując negatywne skutki wzorca postępowań. Bo jaka jest granica prywatności w sytuacji tej dziewczynki? Utrata przytomności? Krwotok? Żartowaliśmy sobie później, że przy takiej filozofii życiowej, lekarz w szpitalu po zbadaniu małej Japonki pomyślałby sobie: „kurde, to na 100% zapalenie wyrostka. Trzeba by wyciąć, ale skoro pacjentka sama nie proponuje, to mi nie wypada się wpierdzielać w tak intymną sferę jej prywatności.” Żeby było jasne – ja wcale nie uważam, że nasze polskie wzorce zachowań w miejscach publicznych są od japońskich lepsze. Podróżując pociągiem czasem wiele bym dał, by kobita siedząca po drugiej stronie wagonu nie darła się przez telefon, opowiadając sąsiadce o wczorajszym praniu. Albo żeby połowa pasażerów nie przeglądała razem ze mną publikacji w smartfonie, filując bezczelnie nad moim ramieniem. Ale private zone w wydaniu japońskim jest chyba lekkim przegięciem w drugą stronę.
Wracając do hotelu mijaliśmy restaurację, przed którą wystawiono stojak reklamowy z informacją o godzinach pracy lokalu – „clouse 25:00”. Cała Japonia - tu nawet czas da się nagiąć dla własnych potrzeb (ktoś mi potem wyjaśnił, że chodziło o kwestie podatkowe – mając otwarte do 25, nie trzeba rozliczać na kasie fiskalnej dziennego utargu o północy).
Poza całodobowymi, dobrze zaopatrzonymi sklepami, w Japonii można znaleźć również usytuowane na chodnikach automaty z piwem. Jest to jeden z tych wspaniałych japońskich wynalazków, który u nas pewnie by się nie przyjął, pomimo szerokiego potencjalnego grona odbiorców. Mega wygodne rozwiązanie dla smakoszy piwa, które jednak w Polsce byłoby przedsięwzięciem dość ryzykownym. Już widzę te nagłówki w prasie: „Ukradli cały automat z piwem. Policja aresztowała złodziei śpiących po drugiej stronie ulicy”. Albo: „Wyrwali piwomat z całą instalacją. Tłumaczą, że chcieli zanieść do kolegi na osiemnastkę”. Poza tymi oczywistymi zagrożeniami, wynikającymi z ułańskiej fantazji rodzimych alkoholików, jest jeszcze jedna kwestia wykluczająca możliwość otworzenia piwomatowego biznesu w Polsce – automat nie weryfikuje w żaden sposób wieku kupującego. Widocznie w Japonii wystarczy powiedzieć dwunastolatkowi, że nie może pić piwa, aby zabezpieczyć go przed zgubnym wpływem alkoholu na młodociany organizm. A u nas…. U nas by się to po prostu nie udało i nie wymaga to chyba szerszego uzasadnienia.
Rankiem okazało się, że dwaj degustatorzy sake, którzy w trakcie poszukiwania hotelu odłączyli się od grupy, nadal nie dotarli do hostelu. Ponieważ niewiele mogliśmy w tej sytuacji zrobić, postanowiliśmy zostawić im informację, gdzie i o której się spotkamy, sami zaś wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pierwsze kroki skierowaliśmy jednak do Biura Informacji Turystycznej, zlokalizowanego na głównym dworcu kolejowym, który – jak się okazało – oddalony był o kwadrans piechotą od hostelu. W biurze informacji zaopatrzyliśmy się w mapy miasta, odkrywając przy okazji sposób na to, jak rozkochać w sobie znudzone monotonnią pracy Japonki. Do stanowisk pracowników Biura Informacji Turystycznych ciągnęła się kilkudziesięcioosobowa kolejka ludzi. Wszyscy przyszli po to samo, wszyscy też posługiwali się w rozmowie językiem angielskim. Kiedy nadeszła moja kolej, bez zająknięcia wykrzyknąłem na całą salę: „maczino czizu-ło itadakamaska” i już po chwili wszystkie zatrudnione w okienkach Japonki wpatrywały się we mnie maślanym wzrokiem, pomimo że tekst: „poproszę plan miasta” nie należy raczej do ścisłej czołówki najpopularniejszych tekstów na podryw. Tak to już jest na całym świecie, że tubylcom zawsze robi się przyjemnie, gdy przyjezdny próbuje do nich przemawiać w ich rodzimym języku. W Japonii jednak imponuje się miejscowym w skali wprost proporcjonalnej do trudności ich języka. Poza tym nie można zapominać, że Japończycy pomimo całej swojej skromności, ogłady i grzeczności, gdzieś tam głęboko w środku są przekonani o wyższości swoich obyczajów i tradycji nad spuścizną reszty ludzkości. I choć sami się do tego z pewnością nie przyznają, to jednak czują się dowartościowani widząc, że barbarzyńca z Europy Wschodniej chociaż próbuje Japończyka udawać. W każdym razie, po raz kolejny w życiu doświadczyłem tego niezrozumiałego zjawiska, gdy odrobina wysiłku włożona w nauczenie się zdania w obcym języku sprawiła miejscowej ludności tyle frajdy, że w rewanżu potraktowano mnie z sympatią niewspółmierną do mojego wysiłku. Oczywiście, żadnych bonusów z tego tytułu nie otrzymałem – odszedłem od okienka jak każdy inny, z planem miasta w dłoni. Ale też w dobrym nastroju, gdyż małe rzeczy, którymi sprawia się radość innym, potrafią sprawić, że dzień staje się lepszy.
Dystans dzielący Tokio od Kyoto wynosi 513 km. Taka odległość, według standardów azjatyckich, oznacza z reguły konieczność zarezerwowania sobie kilkunastu godzin na jej pokonanie. Ale nie w Japonii – przemierzające ten kraj superszybkie pociągi, zwane shinkansenami, przejeżdżają trasę z obecnej stolicy do dawnej w zaledwie 2,5 godziny. Tak też było w naszym przypadku – shinkansen Hikari zabrał nas z tokijskiego peronu o godzinie 17:33 i wysadził na dworcu w Kyoto o godzinie 20:11. Niesamowicie wygodny sposób na przemierzanie kilkusetkilometrowych odległości pomiędzy japońskimi miastami! Warto też zaznaczyć, że choć teoretycznie przejazdy szybkimi kolejami japońskimi są bardzo drogie, to można przed wyjazdem (a koniecznie przed przyjazdem do Japonii) kupić tzw. Japan Raill Pass, uprawniający do nieograniczonej ilości przejazdów kolejowych w określonym czasie. W naszym przypadku był to 7-dniowy pass w cenie 250 euro, co odpowiadało mniej więcej kosztom przejazdu z Tokio do Kyoto i z powrotem. Zakupu JRP dokonaliśmy przez internet, natomiast voucher (wymienialny na właściwy bilet na miejscu, tj w Japonii) przyszedł do nas kurierem z Paryża. Dziś można to załatwić na miejscu w Warszawie, za pośrednictwem biura H.I.S Poland. Tygodniowy pass okazał się rewelacyjnym rozwiązaniem, przy czym minimalizacja kosztów przejazdów kolejowych wcale nie była jego jedyną zaletą. Oczywiście, czynnik ekonomiczny odegrał główną rolę przy podejmowaniu decyzji o zakupie okresowego biletu, niemniej jednak istotnym udogodnieniem jest fakt, że posiadając taki bilecik można zaoszczędzić też dużo czasu, unikając konieczności stania w kolejkach do kas biletowych oraz mając możliwość przechodzenia na dworcach kolejowych specjalnymi bramkami. Jeżeli ktoś planuje wycieczkę do Japonii, to zakup JRP wydaje się być pomysłem wręcz obowiązkowym.
Podróż minęła nam błyskawicznie - zapewne głównie dlatego, że przez pierwszą godzinę siedzieliśmy wpatrzeni w okna i z opadniętymi szczękami obserwowaliśmy, z jaką zawrotną prędkością zmieniają się krajobrazy na zewnątrz. W trakcie przejazdu istniała możliwość zakupienia posiłków oraz napoi, ulegliśmy więc pokusie umilenia sobie podróży puszeczką zimnego Asahi. Pozostały czas spędziliśmy przemierzając wagony w poszukiwaniu palarni – jak się okazało było to pomieszczenie o wymiarach metr na pół metra, zaprojektowane jednakże w taki sposób, żeby system odprowadzający powietrze zdążył „pobrać” cały dym zanim zasmrodzi  odzież. Jak to u Japończyków – minimalizm i pragmatyzm do bólu. A że i my byliśmy ludźmi praktycznymi i ceniącymi swój czas, więc władowaliśmy się do tej kabiny we trzech.

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Japonia, Kyoto

Rzecz o pociągach, gejszach, atrakcjach, pierwszej pomocy i różnych dewiacjach
Kyoto - młode Japonki w kolorowych kimonach charakterystycznych dla maiko zwiedzają miasto
Kyoto - "piwomat", czyli japoński wynalazek o którym marzą Polacy
Ledwie zdążyliśmy wypić piwo, a już trzeba było przygotowywać się do abordażu na peron w Kyoto. Miasto, pomimo dość wczesnej pory, sprawiało wrażenie opustoszałego, przynajmniej w porównaniu do wiecznie zatłoczonych tokijskich ulic. Wyznaczyliśmy na mapie odpowiedni kierunek i dziarskim krokiem wyruszyliśmy w stronę oddalonego o niecały kilometr hotelu. Tyle w teorii. W praktyce – wskazówki zegarków zmieniały swoje położenie, a my utknęliśmy gdzieś po drodze bezskutecznie podążając za śladami GPS. Co gorsza – żadna z mijanych osób nie potrafiła wskazać nam drogi do celu, co w przypadku Japończyków oznaczało, że faktycznie musieli nie mieć zielonego pojęcia, w którą stronę się kierować. Sytuacja stawała się groteskowa, bo nie utknęliśmy wcale w gąszczu wąskich uliczek arabskiej medyny, lecz błąkaliśmy się po normalnie zagospodarowanym terenie miejskim nie mogąc przy pomocy nawigacji satelitarnej namierzyć budynku oddalonego od nas od kilkaset metrów. Ponieważ poruszaliśmy się wzdłuż kanału, odbiliśmy nieco w bok, by na ławeczce zastanowić się nad całą sytuacją. W dalszą część trasy wyruszyliśmy we czterech, bo dwóch kolegów przypomniawszy sobie o schowanych w plecakach winach postanowiło „zaraz nas dogonić”. Głębokie pokłady empatii oraz bogate doświadczenie życiowe pozwoliły nam nie tylko tą decyzję zrozumieć, lecz również ją uszanować.
Sytuacja była coraz bardziej absurdalna – zegarki pokazywały godzinę 22, od czasu przyjazdu minęło prawie tyle samo czasu, ile trwała cała podróż, a my nadal kręciliśmy się w koło poszukując naszego noclegu. W końcu – po kilkakrotnym przemierzeniu tych samych odcinków drogi i zaczepieniu kilkunastu przechodniów, wypatrzyliśmy w głębi podwórza obiekt naszych poszukiwań. Okazało się, że nasz hostel był całkiem pokaźnych rozmiarów budynkiem zlokalizowanym dokładnie tam, gdzie miał stać, jednakże ustawionym w tak niefortunny sposób, że zarówno wejście jak i szyld z nazwą umieszczone były od wewnątrz podwórza, do którego wejście kilka razy przegapiliśmy.
Głód i pragnienie zmusiły nas do szybkiego opuszczenia tak długo poszukiwanego hostelu. Okazało się też, że wychodząc na przylegający do budynku teren z drugiej strony trafia się wprost na szeroką ulicę, z której doskonale i z daleka widać było świecący neon naszego pensjonatu. Kilkaset metrów dzieliło też nas od cywilizacji – całodobowego sklepu Seven/ Eleven oraz McDonalda, w którego ofercie znajdowała się lokalna wersja hamburgera, w cenie jednego dolara. Natomiast międzynarodowa i ciesząca się popularnością w całej Azji sieć sklepów 7/11 to już klasa sama w sobie. Rozmieszczone co kilkaset metrów sklepy tej sieci dają gwarancję tego, że człowiekowi nigdy niczego nie zabraknie i wykluczają wystąpienie sytuacji, w której ktoś szedłby spać głodny lub niedopity. Pomijając część monopolową z artykułami pierwszej potrzeby, w ofercie sieci znajdują się gotowe dania (które można podgrzać na miejscu w mikrofali) w cenie 5-7 dolarów, a także bogaty wybór zestawów sushi (też w rozsądnych cenach, od 5 dolarów wzwyż za sporych rozmiarów porcję). Najbardziej niesamowite w ofercie i sposobie funkcjonowania sieci 7/11 jest jednak to, że w Japonii co do zasady spożywanie posiłków i napoi „na ulicy” jest uważane powszechnie za nieprzyzwoite, a mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni bez sprzeciwu podporządkowują się tej regule. Oczywiście, można przecież podgrzać sobie posiłek i przynieść go do domu, ale oczywistym jest, że najrozsądniejszym rozwiązaniem jest zjedzenie gorącego posiłku bezpośrednio po podgrzaniu. My na ten przykład, znaleźliśmy sobie uroczy kącik pod nieodległym mostem, gdzie w spokoju można było nie tylko zjeść, ale i napić się piwa lub wina. Miejscówka ta przypadła nam tak mocno do gustu, że powracaliśmy tam przez kilka kolejnych dni.
Kyoto - kwitnące kwiaty przy wejściu do świątyni Kiyomizu-dera
Mając już z grubsza zaplanowane dokąd chcemy pojechać i co chcemy zobaczyć, udaliśmy się na stację metra. Na peronie wzrok przykuwał namalowany znak informacyjny, wskazujący miejsce kolejki „tylko dla kobiet”. Niby nic nadzwyczajnego – w wielu miejscach na świecie wdraża się takie rozwiązania, a w krajach arabskich czy w Indiach spotyka się je powszechnie. Nie chodzi tu jednak o samą organizację przejazdu komunikacją miejską, lecz o przyczyny jej wprowadzenia. W Japonii ma to związek z lokalnym fetyszem, polegającym na odnajdowaniu przez mężczyzn seksualnych bodźców w pocieraniu się o kobiety w zatłoczonych pomieszczeniach. Jest to (a przynajmniej było kiedyś) zjawisko na tyle powszechne, że niektóre japońskie domy uciech wprowadzały do swojej oferty wypasioną opcję, w której można było skorzystać z usług prostytutki, udającej niczego nieświadomą pasażerkę w wagonie tramwajowym. Oczywiście cały wagon wypełniony był manekinami, pomiędzy którymi szczęśliwy klient przepychał się do upatrzonej wcześniej ofiary. Nie jest to miejsce na analizę seksualnych upodobań Japończyków, jednakże nie ulega wątpliwości, że ich pożądanie skupia się nie tylko na obiekcie, lecz przede wszystkim na okolicznościach zdarzenia. Specem nie jestem, lecz dowodem na rzecz tej tezy są chociażby sprzedawane w sklepach „świerszczyki”. Podczas, gdy świat idzie w kierunku coraz ostrzejszej pornografii, a lektura niektórych pozycji proponowanych przez dystrybutorów pozwala ukończyć w trybie zaocznym studia medyczne o specjalizacji lekarz – ginekolog, w Japonii sytuacja wygląda zupełnie odmiennie. Japońskie „świerszczyki” wypełnione są w dużej mierze zdjęciami dziewcząt w pończochach, które prawie coś pokazują, ale trzeba się dokładnie przyjrzeć pomiędzy guzikami dekoltu lub materiałem podwiniętej sukienki, by ujrzeć kawałek piersi lub majtek. Popularna jest też seria przedstawiająca ujęcia dziewcząt podglądanych przez dziurkę od klucza. Tak więc w czasach, gdy światowy przemysł pornograficzny staje się coraz wulgarniejszy, rozpowszechniając ujęcia szczegółów anatomicznej budowy człowieka, Japończycy ze swoimi fantazjami i fetyszami sprawiają wrażenie nastoletnich chłopców, spędzających wakacje na wsi u ładnej cioci, którą próbują podglądać przez szczelinę pomiędzy deskami w wychodku. 
Kyoto - teren świątyni Kiyomizu-dera
W 2015 roku Kyoto zostało wybrane przez czytelników magazynu podróżniczego „Travel + Leisure” najpiękniejszym miastem świata. Nie wiem, czy zagłosowałbym w ten sposób, ale nie mam też wątpliwości, że wypełnione zabytkami, świątyniami i typowymi japońskimi ogrodami Kyoto jest jednym z najciekawszych i najładniejszych miast, w jakich byłem. Miasto pełniło funkcję stolicy Japonii przez ponad tysiąc lat, a na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO wpisanych jest tyle tutejszych obiektów, że trzeba mocno się zastanowić, które zobaczyć, a z których zrezygnować. Bo w trakcie jednej wizyty zwiedzić się tego wszystkiego nie da - chyba, że spędzi się tutaj co najmniej miesiąc. Z drugiej strony patrząc, architektura japońska jest oryginalna i dla nas, Europejczyków, dość egzotyczna, lecz jednocześnie jest ona dość powtarzalna i w zasadzie po zwiedzeniu chramów, pagód i pawilonów Kyoto można śmiało powiedzieć, że się architekturę japońską poznało. Wszystkie historyczne budowle oglądane w innych miejscach (może poza zamkami) będą bowiem kopią czegoś, co już się w Kyoto widziało. Oczywiście, wśród tych setek zabytków znajdują się perełki architektury, które po prostu zobaczyć trzeba, takie jak: Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), Zamek (Ni-jo), Srebrny Pawilon (Ginkaku-ji), Heian-jingu Shrine, Kiyomizu-dera, czy też położona na peryferiach Fushimi-Inari. Bezwzględnie warto też pospacerować uliczkami dzielnicy rozrywki – Gion, z tradycyjną, drewnianą zabudową. Trzeba naprawdę się natrudzić, by wybrać najsmaczniejsze rodzynki z pysznego posiłku, jaki oferuje Kyoto. Dobrze jest też przygotować sobie plan zwiedzania wcześniej, mając na uwadze, że miasto jest dość rozległe i przemieszczanie się pomiędzy porozrzucanymi atrakcjami zajmuje sporo czasu. My na przykład popełniliśmy ten błąd, że po zwiedzeniu Złotego Pawilonu postanowiliśmy przejść do Zamku Ni-jo na piechotę. To, że mieliśmy do przejścia ładnych kilka kilometrów nie miało nawet istotnego znaczenia. Problemem okazało się to, że po drodze nie mogliśmy się oprzeć wejściu do kilkunastu innych świątyń, o istnieniu których nawet nie mieliśmy pojęcia. Wszystkie były ładne i warte zwiedzenia, ale wizyty w tych wszystkich miejscach spowodowały, że choć Zamek, Srebrny Pawilon i chram Heian-jingu zwiedziliśmy zgodnie z planem, to u wejścia do Kiyomizu znaleźliśmy się dopiero wieczorem, skutkiem czego musieliśmy tak zmodyfikować swoje plany, ażeby tam wrócić innego dnia. Moja rada jest więc taka – jeśli przyjechaliście do Kyoto na tydzień lub dwa, zwiedzajcie sobie niespiesznie wszystko, jak leci. Jeśli jednak możecie poświęcić na zwiedzanie zaledwie dzień lub dwa, zróbcie wcześniej selekcję atrakcji, bo wszystkiego po drodze zobaczyć się po prostu nie da.
Kyoto, Kinkaku-ji, czyli Złoty Pawilon - jedna z najsłynniejszych atrakcji miasta
Dzielnica Gion oraz położona nieco dalej (na zboczu wzgórza Otowa) Świątynia Czystej Wody (Kiyomizu-dera) to miejsca, których absolutnie nie można przegapić w trakcie wizyty w Kyoto. Oprócz wspaniałej architektury, egzotyki tym miejscom nadają spacerujące ulicami w kolorowych kimonach gejsze, wcale nie spotykane na chodnikach innych japońskich miast tak powszechnie jak mogłoby się wydawać. A właściwie to nie tyle gejsze, co maiko – praktykantki pobierające nauki gei pod czujnym okiem sióstr – gejsz oraz matki (okasan). Wytrawny znawca odróżni gejszę od maiko po odcieniu czerwieni szminki na górnej wardze ust. Ktoś, kto ekspertem w tym zakresie nie jest powie, że kimona maiko są bardziej kolorowe w porównaniu ze stonowanymi odcieniami kimon gejsz. Ja, będąc zupełnym amatorem, bazując wyłącznie na własnych obserwacjach i doświadczeniach postawiłbym tezę, że maiko od gejszy można dość łatwo odróżnić, bo ta pierwsza jest młodą wesołą praktykantką, zaś druga starszą stateczną panią. Ale co ja tam wiem o gejszach. A tak przy okazji – nie wiedzieć czemu w świadomości społecznej zachodniego świata gejsza jawi się jako ktoś w rodzaju luksusowej prostytutki. W rzeczywistości jest to osoba wszechstronnie wyszkolona i przez wiele lat przygotowywana do pełnienia roli osoby umilającej czas podczas spotkań towarzyskich – muzyką, śpiewem, tańcem, poezją czy rozmową (gei – sha oznacza „człowieka sztuki”). Poza różnicami wynikającymi z wachlarza świadczonych usług, pomiędzy prostytutką a gejszą istnieje jeszcze jedna istotna różnica – koszt wynajęcia gejszy wynosi od tysiąca do dwóch tysięcy dolarów za godzinę. W sumie to nawet zasadne – prostytutka nie musi godzinami uczyć się ceremonii parzenia herbaty, podawania sake, ani też biegle poznawać sztuki kaligrafii czy origami. Maiko spotkane w trakcie sesji zdjęciowej na dziedzińcu starej posiadłości nie mogły pozwolić sobie nawet na chwilę dekoncentracji, by choć zaszczycić nas przelotnym spojrzeniem. Ale spotkane w trakcie swobodnego spaceru, pozwoliły nawet robić sobie pamiątkowe zdjęcia. Najwidoczniej młodzieńczej natury tradycją zniewolić się nie da.
Kyoto, kandydatki na gejsze, zwane maiko, podczas sesji fotograficznej (nie mojej, ja się tylko podłączyłem)
Kyoto - beczki do przechowywania sake na terenie chramu Heian-jingu
9-17, 400¥, dojazd z dworca – autobus 101,205 (przystanek Kinkaju-ji-michi)
Złoty Pawilon, którego pozłacane fasady odbijają się w stawie jest jedną z najpiękniejszych budowli okresu Muromachi (XIV – XVI w,) Budynek łączy trzy różne style architektoniczne: parter (hosui-in) to przykład shinden-zukuri, czyli stylu budowy pałaców z okresu Heian; pierwsze piętro prezentuje bezbarwny styl buke-zukuri z okresu Kamakura, zaś drugie piętro zbudowano wg chińskiego modelu budowy świątyń kara-yo z okresu Muromachi. Pawilon mierzy 12,8 m wysokości, 10 m szerokości i 15,2 m długości. Na parterze znajdowały się pierwotnie komnaty w których mieszkał i przyjmował gości trzeci szogun Japonii – Ashikaga Yoshimitsu (1358-1408). Po lewej stronie ołtarza widnieje posąg siedzącego szoguna, a na środku rzeźba Buddy Sakjamuni. Ozdobą pierwszego piętra jest posąg siedzącej Kannon otoczonej przez czterech strażników. Na drugim piętrze odbywały się modlitwy i ceremonie herbaty, a w komnatach stoją trzy posągi Amidy i 25 bodhisattwów. Obecna budowla to wierna rekonstrukcja z 1955 r.
Kyoto – wybrane miejsca
Kinkaku-ji (Złoty Pawilon)
8-17, 600¥ (przystanek Nijojo-mae)
Zbudowany w 1603 r. przez Tokugawę Ieyasu jako symbol potęgi szogunatu, wpisany na LŚD Unesco. Zamek otoczony jest fosą i kamiennymi murami obronnymi z narożnymi wieżami. Na zamkowy teren wchodzi się przez wschodnią bramę – Higashi Otemon oraz czarną bramę Kara-mon, ozdobioną pięknymi elementami z metalu. Główną budowlą jest pałac Ninomaru, składający się z pięciu budynków połączonych korytarzami. W pierwszym budynku znajdowała się „rejestracja i poczekalnia” oraz komnata, gdzie szogun przyjmował posłańców cesarskich. Ściany zdobią obrazy z wizerunkami tygrysów, które nigdy nie zamieszkiwały  Japonii. Korytarze są wyłożone „śpiewającymi podłogami”, które przy każdym stąpnięciu trzeszczą i skrzypią, co uniemożliwiało bezgłośne chodzenie i miało ostrzegać szoguna przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. W drugim budynku znajdowały się pomieszczenia ministrów szoguna, a w trzecim wielka sala audiencyjna otoczona galerią. Czwarty i piąty budynek to prywatne komnaty szoguna.
Zamek Ni-jo
8:30-17, 500¥ (przystanek Ginkakuji-michi, bus 5,17,32,100,102,203,204)
Srebrny Pawilon wzniesiony został w 1482 r. jako siedziba szoguna Ashikagi Yoshimasy, zaś po jego śmierci przekształcono go w świątynię. Mimo nazwy plan pokrycia ścian srebrem nigdy nie został zrealizowany. Budynki stoją wokół ogrodu zen ze stożkami białego piasku. W dwupiętrowym pawilonie kryje się pozłacany posąg Kannon, niedostępny dla zwiedzających. w Pawilonie Butsuden stoi figura Buddy, a w usytuowanym dalej na wschód Pawilonie Jogudo – rzeźba Yoshimasy. Mały pawilon herbaciany na terenie kompleksu uchodzi za najstarszy w Japonii.
Ginkakuji (Srebrny Pawilon)
8.30-17.30, bezpł
Chram wybudowany w 1895 r. z okazji 1100 rocznicy powstania miasta, poświęcony jego założycielowi – cesarzowi Kammu. Budynek stanowi mniejszą kopię starego Pałacu Cesarskiego z 794 r. Przez ogromną bramę wejściową i czerwoną bramę Ote-mon wchodzi się do wielkiego Pawilonu Paradnego (Daigokuden), wschodniego i zachodniego Pawilonu Głównego (Honden) oraz stojących z boku pagód. Z tyłu znajduje się ogród krajobrazowy z ozdobnymi drzewami wiśniowymi i porośniętymi liliami wodnymi sztucznymi stawami, przez które można przejść po specjalnie ułożonych kamieniach.
Heian-jingu Shrine
6-18, 300¥ (przystanek Kiyomizu-michi, autobusy: 100,202,206,207)
Świątynia Kiyomizu, usytuowana na wzgórzu o tej samej nazwie, powstała w 798 r. upamiętniając moment zjednoczenia buddyzmu z sintoizmem. Poświęcona jest bogini Kannon o jedenastu głowach. Na teren świątyni wchodzi się przez dwupiętrową bramę zachodnią Seimon, w której w bocznych niszach stoją posągi wartowników (Kongo – Rikishi). Obok wznosi się trzypiętrowa pagoda i dzwonnica oraz Pawilon Pism, Pawilon Założyciela i Pawilon Asakury. Za nimi stoi Pawilon Główny ze zbudowaną nad stromym stokiem drewnianą werandą, z której roztacza się panorama Kyoto. We wschodniej części kompleksu stoją pawilony Shakado i Amidado. a poniżej spływa wodospad Otowa, przy którym oddawana jest cześć bóstwu Fudo-myo-o, wymierzającemu karę za zło. Woda ma ponoć lecznicze działanie.
Kiyomizu-dera
Otwarte całą dobę, bezpł, krótki spacer od stacji pociągów JR - Inari.
Zbudowany w 711 r. jeden z najważniejszych chramów w Japonii, poświęcony bogini uprawy ryżu Ukanomitama-no-mikoto. Atrakcją jest czterokilometrowa aleja czerwonych torii. Na terenie chramu stoją liczne posągi lisów, uważanych za boskich posłańców.
Fushimi Inari