J A P O N I A

 

                     J A P O N I A

 

J A P O N I A

 

                        J A P O N I A

J A P O N I A

 

Po obfitej kolacji zjedzonej w porcie, pojechaliśmy metrem do okrytej złą sławą dzielnicy rozrywki Dotonbori – kojarzonej głównie z nielegalnym hazardem organizowanym przez Yakuzę pomiędzy rozświetlonymi neonami zdobiącymi fasady galerii handlowych. Po obu stronach kanału Dotonbori wznosiły się kilkupiętrowe budynki oślepiające światłami migających billboardów. Zlokalizowane wzdłuż ulic restauracje również wkomponowały się w ten klimat, zachęcając zgłodniałych wizytantów nadmiernie kolorowymi ekspozycjami za szybami i nie mniej inwazyjnymi, świecącymi szyldami. Pomiędzy nimi co kilka kroków można było trafić do salonów gier, w których każdy automat okupowany był przez mężczyzn przegrywających ciężko zarobione jeny na którejś ze świecących maszyn. W pamięci zapadł mi zwłaszcza młody koleś, który postanowił roztrwonić pieniądze na automacie wyposażonym w bęben i pałeczki perkusyjne. Z głośników dobiegała muzyka z jakiejś kreskówki, a on próbował wybijać rytm narzucany przez algorytm komputerowy. Gdy mu się udawało – na ekranie wyświetlały się jakieś piszczące rysunkowe dziewczynki; gdy przegrywał – dorzucał kolejne jeny. Był to tak chory widok, że aż zrobiłem mu zdjęcie. Zastanawiająca jest jedna rzecz. Japończycy w ujęciu historycznym dali się poznać jako dość opresyjny naród, opętany imperialnymi ambicjami. Co takiego stało się po II wojnie światowej, że naród, który przez kilka stuleci chciał podbijać świat, w ciągu zaledwie dwóch pokoleń zmienił się w naród znajdujący radość w pojawianiu się różowych kotków, dziecinnych dźwięków i animowanych dziewczynek? Czy to najbardziej dalekosiężny skutek wydarzeń z Hiroszimy i Nagasaki? Trudno mi powiedzieć. W Europie też ludzie tak się zachowują. Ale tylko do ukończenia piątego roku życia.
Dystans dzielący Kyoto od Osaki koleje japońskie pokonywały niespiesznie zaledwie w ciągu 14 minut, a więc w czasie krótszym niż oczekiwanie na przyjazd autobusu na warszawskim przystanku. Po wyjściu z peronu na ogromną halę dworca w Osace, po raz kolejny padliśmy ofiarą japońskiej życzliwości postrzeganej jako element samurajskiego kodeksu honorowego. Gdy tylko przystanęliśmy na chwilę, aby rozłożyć mapę miasta i zorientować się, gdzie dokładnie się znajdujemy, idący szybkim krokiem gość w średnim wieku z miejsca zrezygnował z własnych planów (a wyraźnie gdzieś się śpieszył), aby pomimo naszych protestów udać się z nami w przeciwnym kierunku i odprowadzić „za rączkę” na właściwy przystanek autobusowy. To, co przez pierwsze dwa dni pobytu w Japonii wydawało się być czymś wyjątkowo miłym i niespotykanie uprzejmym, po upływie kolejnych dni zaczynało nas już trochę męczyć. Podczas gdy my już się nieco z Japonią oswoiliśmy, już się jej nieco nauczyliśmy, a przede wszystkim dobrze się tam czuliśmy, co drugi Japończyk stawiał sobie za punkt honoru, aby traktować nas jak jednostki upośledzone i odprowadzać do właściwego miejsca niczym troskliwy ojciec prowadzący dziecko do przedszkola. Raz, drugi, trzeci – było całkiem fajnie i zabawnie, ale na dłuższą metę taka nadopiekuńczość stawała się nieco irytująca. 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Japonia, Osaka

Opowieść o pijanym samuraju i skromnych prostytutkach
Zamek w Osace, wybudowany w 1586 r. przez Toyotomiego Hideyoshi, wówczas największa warownia w kraju
Osaka, popularna dzielnica rozrywki - Dotonbori
Główną atrakcją Osaki jest pięciokondygnacyjny zamek, wybudowany w 1586 r. przez Toyotomi Hideyoshiego – japońskiego przywódcę politycznego i militarnego z okresu Azuchi-Momoyama i zarazem jedną z najważniejszych postaci w historii tego kraju. Japońskie zamki wznoszone były w charakterystycznym stylu i obok pagód stanowią najbardziej rozpoznawalną formę architektoniczną Kraju Kwitnącej Wiśni. Zarówno zamki, jak i pagody są budowlami typowymi dla japońskiej architektury, znanymi z książek i filmów o tym kraju i z pewnością są budowlami, które chciałoby się w Japonii zobaczyć. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że zarówno w przypadku zamków, jak i pagód mamy do czynienia z powtarzalnością stylu, w jakim zostały one wzniesione. Mówiąc krótko – na widok pierwszej pagody robimy „wow”, na widok pierwszego zamku wzdychamy z zachwytem, lecz im więcej tego typu budowli będziemy oglądać, tym szybciej nam one spowszechnieją. Bo każda kolejna będzie nas umacniać w przekonaniu, że już to wszystko widzieliśmy. Czego natomiast nie można powiedzieć o Japończykach, którzy pomimo podobieństw zewnętrznych zaskakiwali nas na każdym kroku. Pod zamkiem w Osace natknęliśmy się np. na grupę fetującą „wieczór kawalerski”. Gromada młodych chłopaków w garniturach przemieszczała się w kierunku lokalu, przy czym dwóch z nich miało zamontowane na szelkach metalowe beczki z piwem, zakończone kranikiem, z którego pozostała część gości dolewała sobie browary w plastikowe kubki. Najbardziej zdumiewającą postacią na terenie odgrodzonym zamkową fosą był jednak pijany w sztok gość przebrany za samuraja. Nie mam pojęcia skąd on tam się wziął (istnieje hipoteza, że próbował dotrzeć na ten wieczór kawalerski), ale przykuwał wzrok z daleka, gibając się na boki w samurajskiej zbroi i podtrzymując się ramy roweru. Tak, pijany samuraj na rowerze to zdecydowanie nie był widok, na jaki byłem przygotowany.
Punktualnie o godzinie 17 zamknięto podwoje zamku, a od strony otaczającego go parku wbiegła ekipa sprzątająca, ubrana w charakterystyczne, żółte koszulki. Sprzątacze rozstawili się w równych odstępach, po czym wystartowali truchtem przed siebie, po drodze zgarniając śmieci pozostawione przez odwiedzających zamek gości. Robili to biegnąc, a ponieważ to Japonia – chyba nie ma nawet po co zastanawiać się nad sensem opracowania takiej procedury. Trzeba jednak przyznać, że ekipa okazała się szybka i dokładna – po przetruchtaniu zamkowego dziedzińca nie ostał się nawet jeden papierek.
Zamek w Osace - kamienne mury, wykończenia z czarnych i złotych listków oraz miedziany dach robią imponujące wrażenie
Przechadzając się po Dotonbori i próbując zrozumieć abstrakcyjność tego miejsca, zatrzymaliśmy się na mostku biegnącym nad kanałem, by zrobić kilka zdjęć. Obok nas stała grupka dziewcząt, które – o zgrozo! – nie dość, że nie opuszczały wstydliwie wzroku gdy na nie patrzyliśmy, to jeszcze się do nas zawadiacko uśmiechały. Toż to w Japonii nie do pomyślenia – nawiązywać kontakt wzrokowy z obcym, w dodatku Europejczykiem (a więc przybyszem z obcej planety)? Coś najwyraźniej było z tymi dziewczynami nie tak. Tym bardziej, że dwie spośród nich były ubrane bardzo ekstrawagancko jak na Japonię – założyły jeansy, przez co rzucały się w oczy z daleka w tym tłumie dziewcząt ubranych w stylu japońskim, tj w miniówki. Po jakimś czasie spędzonym na przyglądaniu się tym nietypowym przedstawicielkom japońskiej nacji, zaczepiających w dodatku większość mijających je Japończyków (o dziwo, często dość mocno pijanych), doznaliśmy nagłego olśnienia. To były prostytutki. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić sytuacji w jakimkolwiek innym kraju (szczególnie w Azji, Ameryce Łacińskiej czy Afryce), żeby prostytutka nie próbowała namówić na swoje usługi obcokrajowca będącego przejazdem podczas spędzanych wakacji. Przecież to na całym świecie wymarzony klient – pójdzie za potrójną stawkę, jak się go okradnie to nie będzie potrafił później znaleźć, jednym słowem – maksimum zysku przy minimum ryzyka. Ale nie w Japonii – tutejszym kurtyzanom nawet przez myśl nie przyszło, żeby nas zaczepić. Popatrzyły się, pouśmiechały, ale przecież nie pójdą do łóżka z podludźmi spoza Japonii! Oczywiście, takie zachowanie mogło wynikać z zupełnie innych uwarunkowań – prostytucja jest w Japonii nielegalna i być może zalecenia kontrolującej ten procedur Yakuzy (żyjącej z rządem w podobnej relacji jak w Polsce episkopat) są właśnie takie, żeby klientów szukać wyłącznie pośród Japończyków. Z prostej przyczyny – jeśli coś pójdzie nie tak, Japończyk nie pójdzie na policję ani nie rozpęta afery medialnej, bo doskonale wie, że prostytucja jest nielegalna. Krótko mówiąc - oficjalnie nie ma ani dziwek, ani klientów, więc nie ma też kłopotów. Jest to jedna z możliwości. Lecz mimo wszystko pojawia się pytanie – czy przypadkiem te wszystkie ukłony, uśmiechy i ta cała serdeczność nie są jedynie wyćwiczonymi zachowaniami na pokaz? Czy pod tym oficjalnie przyjmowanym przez społeczność międzynarodową pojęciem „hermetycznej narodowości” nie kryje się zwykły rasizm? Tego nie wiem, ale z pewnością Japończycy są narodem skomplikowanym i niekoniecznie w rzeczywistości tak słodkim, jak wynikałoby to z ich ukłonów. Oczywiście nadal ich kocham, ale wiem, że musiałbym spędzić w Japonii dużo czasu, by choć trochę ich rozgryźć. Naród to z pewnością fascynujący, z chęcią spędziłbym wśród nich kilka lat życia, ale obawiam się, że pewne różnice w mentalności na zawsze pozostałyby nie do przeskoczenia. Po prostu - oni zawsze będą się na mnie patrzyli jak na dziwaka. Z wzajemnością.
Osaka - rozświetlona neonami aż do przesady, tętniąca życiem dzielnica Dotonbori