J A P O N I A

 

                     J A P O N I A

 

J A P O N I A

 

                        J A P O N I A

J A P O N I A

 

Kolejny dzień przyniósł długo oczekiwane poczucie pełnej asymilacji z otoczeniem. Wyparliśmy z głów uczucie wyobcowania, pojawił się automatyzm bicia pokłonów przy każdej interakcji z miejscowymi oraz pogarda dla norm nakazujących człowiekowi postępować według krępującej naturalne odruchy zasady „a co inni na to powiedzą”. Przemaszerowaliśmy przez pół miasta w koronach z Burger Kinga na głowach, wiedząc że i tak nikt na nas nie zwróci uwagi, bo nie wypada przecież wtrącać się w cudze sprawy. Jeden z kolegów zamówił przy ulicy hot doga. Po kilkudziesięciu minutach i kilku kilometrach zorientował się, że zapłacił za niego banknotem o nominale 1000 jenów (zamiast 100). Zawróciliśmy więc, by odnaleźć sprzedawcę z mobilnym wózkiem, ale okazało się, że w międzyczasie zmienił się ekspedient. Co dalej się stało? Kolega wytłumaczył osobie, która widziała go pierwszy raz w życiu na oczy, że kupował tu hot doga, zapłacił banknotem o wysokim nominale i nie dostał reszty. Sprzedawca wysłuchał go ze stoickim spokojem, po czym odliczył 900 jenów i bijąc pokłony przekazał koledze pieniądze. Niebywałe – żadnego paragonu, żadnego dowodu zakupu jedzenia – po prostu uwierzył mu na słowo i zwrócił kasę. Radość z odzyskania pieniędzy, z których stratą zdążyliśmy się już pogodzić zaprowadziła nas wprost do salonu gry w Pachinko. Była to ogromna sala zapełniona automatami do gry stanowiącej hybrydę bilardu i pinballa, w której mniej więcej chodzi o to, żeby spadające kulki wleciały w odpowiednie wnęki. Ponoć przeciętny Japończyk spędza w takiej gralni od kilku do kilkunastu godzin tygodniowo. Ponieważ hazard w Japonii jest nielegalny, wygranych kulek nie można wymienić na pieniądze. Wymienia się je zatem na nagrody rzeczowe – pończochy, kalesony, itp. Najzabawniejsze jednak jest to, że w pobliżu salonów gier znajdują się często punkty skupu pończoch, kaleson itp., gdzie można wymienić zdobyte fanty na gotówkę. Przypadek? Jak widać, jednak nie wszystkie zasady obowiązujące w tym uporządkowanym społeczeństwie są bezwzględnie przestrzegane.
Po przegraniu wszystkich żetonów, skierowaliśmy się na jeden z głównych dworców kolejowych w Tokyo. Przed budynkiem, jakiś miejscowy artysta (przypominający Jerzego Połomskiego zarówno z wyglądu, jak i z repertuaru)  śpiewał pieśni, zbierając owacje od zgromadzonych wokół ludzi. Pomyślałem sobie, że założona na głowę korona z Burger Kinga w jakiś sposób uprawnia mnie do wkroczenia na scenę. Przejąłem więc mikrofon i odśpiewałem kilka polskich pieśni, zbierając całkiem przyzwoite oklaski od widowni. Zdążywszy ledwie przywyknąć do abstrakcji tokijskich ulic, musieliśmy opuścić japońską stolicę, kierując się zgodnie z planem do Kioto. Przed wyjazdem nabyłem jeszcze miecz samurajski, którym przez najbliższe dwa tygodnie przemieszczania się z plecakiem zaczepiałem o wszelkie możliwe otwory wejściowe (miecz nie mieści się w plecaku, więc zakupy tego rodzaju stanowczo polecam robić bezpośrednio przed odlotem z Japonii).
Wyjazd do Japonii to w pewnym sensie podróż w głąb siebie – im bardziej luźny masz stosunek do siebie i życia, tym łatwiej będzie Ci się dostosować do otaczającej Cię rzeczywistości, w której poważni biznesmeni wychodząc wieczorem z biura w ciągu 5 minut zamieniają się w trzylatków grających na automacie w grę polegającą na wystukiwaniu na bębenku rytmu do piosenki śpiewanej przez Hello Kitty. Ciekawe jest również to, że typowe, japońskie codzienne nawyki bardzo szybko wchodzą w krew – kilka dni po powrocie z tego kraju, po dokonaniu zakupów w osiedlowym sklepiku najstarszej sieci w Polsce „GS Samopomoc Chłopska”, z przyzwyczajenia na pożegnanie ukłoniłem się ekspedientce nisko, składając ręce i z uśmiechem dziękując za zakupy. Jeszcze 5 minut później widziałem, jak dłubie w zębach wykałaczką, zastanawiając się zapewne nad tym, co musiał ćpać ten dziwny klient. Najfajniejsze jednak w Japonii jest to, że nawet jeśli ktoś nie zgadza się z moim spojrzeniem na ten kraj, to najprawdopodobniej obaj (lub oboje) mamy rację. W każdym razie w żadnym miejscu na świecie nie czułem się tak kulturowo wyobcowany jak w tym kraju. I nie było to wcale frustrujące – to było piękne, niczym podróż na inną planetę. Być może działa to w obie strony i na Japończykach takie same wrażenie wywołują mieszkańcy innych części naszego globu (tłumaczyłoby to ten charakterystyczny dla nich nawyk fotografowania wszystkiego wokół – w końcu ja też u nich fotografowałem witryny sklepowe i deski klozetowe). Ja w każdym razie byłem zachwycony tą odmiennością obyczajów, różniących się od naszych do tego stopnia, że czasami sprawiających wrażenie celowego kreowania  przeciwstawnych postaw.
Japonia jest krajem wyjątkowym. Krajem, w którym odmienność kulturowa daleko wykracza poza garść reguł koniecznych do przyswojenia przed zagranicznym wyjazdem. Zachowania będące standardem dla mieszkańców kraju Kwitnącej Wiśni nie różnią się od znanych nam wzorców jakimiś tam detalami. Odbiegają od tego co znamy tak dalece, że w zasadzie trudno jest znaleźć jakieś wspólne cechy tożsamości społecznej Japończyków i Europejczyków. Nie chodzi tu jedynie o kłanianie się na przywitanie, czy ściąganie butów przed progiem. Chodzi o różnice zasadnicze, dotyczące często postaw światopoglądowych, wynikające z odmiennych warunków bytowych, odrębnego systemu wartości, a także własnej spuścizny kulturowej oraz obyczajowej. To efekt zupełnie innego systemu wychowania oraz przekazywania odmiennych - często wspaniałych, a jeszcze częściej niezrozumiałych dla nas tradycji.  Dlatego też trudno jest opowiedzieć o Japonii komuś, kto nie obcował z Japończykami w hurtowych ilościach na ich terenie. To trochę tak, jakby podjąć próbę wytłumaczenia jak smakuje zapiekanka osobie, która nie zna smaku pieczarek ani smażonego sera.  
Tym, co najbardziej urzekło mnie w Japonii nie była wcale zdominowana pagodami architektura (są one bardzo ładne, ale do bólu powtarzalne), czy wypełniona neonami nowoczesna tkanka miejska. Nie były to też dopieszczone ogrody, czystsze niż salon wysprzątany na święta ani też przyroda – zaskakująco przecież zróżnicowana biorąc pod uwagę stosunkowo niewielkie rozmiary tego kraju. W Japonii urzekli mnie przede wszystkim Japończycy – z całym wachlarzem swoich nieprzystępnych dla mnie zachowań kształtujących, pielęgnujących i kultywujących wiarę w „japońskość” mierzoną poprzez odmienność od reszty ludzkości. Tak jak w przypadku narkotyku nieważna jest jego materia lecz jego działanie, tak w przypadku Japonii istotą tego kraju jest nie jego widoczna gołym okiem otoczka, lecz mieszanka uczuć i emocji związanych z pobytem w tym kraju. Japonia to nie miejsce, a stan świadomości. Nie zrozumiałem tego od razu, lecz dopiero wtedy, gdy zatęskniłem za tym krajem po powrocie.

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Japonia, Tokyo

Nocleg w kapsule, sake w słoiku, zagłuszacz bąków i ukłonów bez liku
Tokyo, Shibuya Crossing - przejście dla pieszych na skrzyżowaniu przed dworcem kolejowym Shibuya, uznawane za najruchliwsze tego typu miejsce na świecie 
Tokyo, brama Kaminari-mon widziana od strony świątyni Sensō-ji
Spotkanie z Japonią ma charakter bardzo osobisty, a samopoczucie towarzyszące osobom przybywającym do tego kraju będzie w znacznej mierze zależało od indywidualnych cech osobowościowych przyjezdnych. Nie jest to oczywiście żadna oficjalna naukowa teoria, lecz wyłącznie moja opinia, z którą nie każdy przecież musi się zgodzić. Ja czułem się w Japonii komfortowo, ponieważ pasowały mi relacje pomiędzy mną a otoczeniem. Nie są one wcale skomplikowane, a u ich podstaw leży zrozumienie prostej rzeczy – niezależnie od tego, czy będziesz czytał książkę siedząc ubrany w garnitur, czy też będziesz chodził po mieście pijany w samych majtkach i z włosami ufarbowanymi na niebiesko, w obu przypadkach Japończycy będą patrzeć się na Ciebie jak na dziwaka. Bo to, że jesteś dziwakiem będzie dla nich wynikało z tego, że nie jesteś Japończykiem, a nie z tego w co się ubierzesz albo jak się zachowujesz. Wg mnie takie podejście stwarza przyjezdnemu niezwykły komfort poruszania się po tym kraju, uwalniając go od niepotrzebnego stresu, że łamie jakieś normy zachowań. Oczywiście nie mówię tu o ciężkich przypadkach łamania etykiety, takich jak nie zdjęcie butów przed wejściem do domu, wejście do kąpieli bez wcześniejszego wyszorowania się mydłem albo wydmuchanie nosa w autobusie – to są zasady, które musi przyswoić sobie nawet ten „gorszy sort” nie-Japończyków. Jeżeli odbierzesz komórkę w autobusie, jeśli nie siorbiesz jedząc zupę, albo nawet nie jesz posiłku pałeczkami – zostanie Ci to wybaczone. Buty natomiast nigdy.
Japończycy są oczywiście nawet w stosunku do gorszego sortu obcokrajowców niezwykle mili i serdeczni. Niejednokrotnie zdarzało mi się, że osoba zmierzająca zupełnie w innym kierunku ode mnie na widok mojego zakłopotania wywołanego koniecznością odnalezienia właściwej drogi, zawracała i szła ze mną, aż doprowadziła mnie do celu. Rekordzista wracał się ze mną ze dwa kilometry. Ale i tak uważam, że ta uprzejmość to nic innego, jak tylko jakiś rodzaj pokazywania swojej wyższości. Gdybym miał jednym zwrotem określić stosunek Japończyków do obcych (co nie jest wcale łatwe, bo tam nawet zwykłe „sumimasen” nie oznacza prostego „przepraszam” – choć jest tak tłumaczone – lecz raczej „nie znajduję słów, aby wyrazić mój żal z powodu postawienia cię w tak niezręcznej sytuacji”) to nazwałbym ich podejście „uprzejmą ignorancją”. Ale nie wywołuje to żadnych negatywnych emocji – wręcz przeciwnie, oswoiłem się z tą myślą i czułem się z tym doskonale. Pod koniec wyjazdu kupiłem sobie koszulkę z japońskim napisem „idiota od urodzenia” . Wiedziałem, co oznacza ten napis, bo wszystkie koszulki w sklepie opatrzone były informacją zawierającą tłumaczenie znaków. Japończycy byli wprost zachwyceni, gdy widzieli mnie w tym t-shircie, czując potrzebę roztoczenia nade mną opieki.
Tokyo, obchody corocznego święta Sanja-Matsuri, przypadającego na trzecią niedzielę maja
Japońska przygoda rozpoczęła się już w toalecie znajdującej się na pokładzie pociągu kursującego pomiędzy lotniskiem Narita a centrum Tokyo. Usytuowany w obszernej ubikacji tron posiadał z boku panel sterowania z kilkunastoma funkcjami, spośród których najciekawszą była opcja odtwarzania odgłosu spuszczanej wody. Na pierwszy rzut oka pomysł całkowicie absurdalny, jednakże po głębszym zastanowieniu – dający się racjonalnie wytłumaczyć. Większość Japończyków zamieszkuje niewielkie mieszkania, oddzielone od siebie cienkimi ścianami. Takie panują tam warunki i nikt specjalnie nie protestuje – ludzie są pogodzeni z tym stanem rzeczy, a ponieważ nie mogą niczego w tym zakresie zmienić, starają się chociaż sobie ułatwiać życie i rozwiązywać swoje problemy w jak najprostszy sposób. A przy tym są do granic możliwości pragmatyczni. Żeby uniknąć wstydliwej sytuacji, gdy emitowanym podczas pobytu w ubikacji gazom towarzyszą głośne odgłosy nadchodzącej ulgi, opracowali system audio zagłuszający kłopotliwe dźwięki. Jednocześnie zastosowanie prostego elektronicznego wybiegu pozwala uzyskać efekt spuszczanej wody bez rzeczywistego jej zużycia. Rozsądne, prawda? Po co marnować cenną wodę tylko i wyłącznie po to, by sąsiad nie słyszał wstydliwych odgłosów? Można to przecież zrobić na niby – w ten sposób i Japończyk syty i sąsiad cały. Po kilkuminutowej fascynacji wielofunkcyjną deską klozetową, utknąłem przy drzwiach wejściowych do toalety, przez kolejne kilka minut próbując rozgryźć, gdzie i co mam wcisnąć, by wydostać się na wolność. Co prawda, w sąsiedztwie muszli klozetowej umieszczono na ścianie przycisk z podpisem S.O.S., jednak wolałem z niego skorzystać wyłącznie w ostateczności i nie stawiać bez powodu na nogi połowy obsługi pociągu. Po kilku chwilach, metodą prób i błędów udało mi się otworzyć ten sezam tajemnic, ale już te pierwsze doświadczenia pokazały mi, że w tym kraju będzie inaczej, niż gdzie indziej.
Po dotarciu do miasta udało nam się bez większych problemów dotrzeć do właściwej stacji metra. Za to po wyjściu na ulicę okazało się, że władze miejskie uznały Tokyo za miejscowość na tyle niewielką, by nie trzeba było nadawać ulicom nazw, a budynkom numerów. Dane teleadresowe gromadzone są w postaci informacji na temat nazwy dzielnicy i niejasnej numeracji wyznaczonych w ramach dzielnic obrębów (kwartałów). W praktyce mając do dyspozycji takie informacje (które przecież pozwalają listonoszom w Tokyo dostarczać listy dziesięciu milionom mieszkańców), mogliśmy równie dobrze nie mieć żadnych. Na szczęście po drodze znajdował się posterunek policji, w którym na migi dowiedzieliśmy się, gdzie trzeba się kierować.
Pierwszy kontakt ze słynnymi japońskimi toaletami, wyposażonymi w wielofunkcyjny panel sterowania (pociąg z lotniska Narita do Tokyo)
Późnym wieczorem udaliśmy się na krótki rekonesans po okolicy, kierując w pierwszej kolejności swe kroki ku jednej z najbardziej rozpoznawalnych tokijskich budowli – świątyni Sensō-ji. Ponieważ nie byliśmy pewni, czy zmierzamy we właściwym kierunku, spytaliśmy o drogę mijającego nas Japończyka. Z miejsca oznajmił nam, że nas zaprowadzi. Pomimo, że szedł w zupełnie przeciwną stronę i sprawiał wrażenie kogoś, kto się gdzieś spieszy. Ale nie przyjmował do wiadomości, że wystarczy nam pokazać palcem – postanowił nas odprowadzić i nie było siły, by go od tego postanowienia odwieść. Doprowadził nas do skrzyżowania przed samą świątynią, cofając się z pierwotnie przemierzanej trasy o dobre 10 minut marszu. Ale co zrobić? Sam tego chciał. Teren świątyni był ładnie oświetlony ogromnymi, czerwonymi, papierowymi lampionami. Gdzieniegdzie odbywały się jeszcze modlitwy - dotarliśmy do Japonii w trakcie corocznego święta Sanja-matsuri, którego główne obchody koncentrują się właśnie wokół Sensō-ji. Przemierzając rozległy przyświątynny teren i rozkładając co chwilę statyw pod nocne zdjęcia nie spostrzegliśmy się, że okolica w miarę upływu czasu się wyludniła. Finalnie, chcąc opuścić kompleks tuż po północy, zastaliśmy bramę zamkniętą na cztery spusty. Pierwszy spacer po Tokio zakończyliśmy więc nieoczekiwanie forsowaniem wysokiego muru – w miejscu, gdzie był on najłatwiejszy do pokonania. Kłopot polegał na tym, że znowu musieliśmy jakoś trafić do właściwej ulicy, ale po dotarciu do bramy świątynnej jakoś odtworzyliśmy sobie w pamięci drogę przebytą kilka godzin wcześniej.
W hotelu czekała już na mnie ekskluzywna kapsuła, w której miałem spędzić trzy najbliższe noce. Mogłoby się wydawać, że jest to kolejny poroniony japoński pomysł. Jednak, gdy przyjrzeć się temu wynalazkowi z bliska okazuje się, że jest to następne genialne japońskie rozwiązanie. Po raz kolejny sprawdziło się przysłowie, że potrzeba matką wynalazku. Brak wolnych przestrzeni to jedna z największych bolączek Tokyo, więc nic dziwnego, że wszyscy kombinują tu, jak zaspakajać podstawowe potrzeby zużywając jak najmniejszą powierzchnię. W hotelu kapsułowym dostaje się do swojej dyspozycji szafkę na bagaż, zaś samemu noc spędza się w jednej z kapsuł ułożonych w kilku rzędach liczących po kilka takich wnęk. Pomieszczenie z kapsułami wygląda jak wnętrze prosektorium z chłodniami na ciała. Oczywiście wykończenie pomieszczenia jest o wiele bardziej radosne, przyjmijmy więc że wygląda jak ekspozycja piekarników na zapleczu sklepu RTV-AGD. Kapsuła z zewnątrz sprawia wrażenie ciasnego, klaustrofobicznego pomieszczenia, jednak wewnątrz okazuje się, że jest to całkiem wygodne lokum o wymiarach mniej więcej 2 metry na metr (a więc można tam usiąść), w którym nawet upchnięto klimatyzację i telewizor. Jeden z kolegów miał kłopot z otworzeniem przydziałowej szafki i zmieścił się w takiej kapsule razem z plecakiem. Generalnie podczas pobytu w Japonii korzystałem z dwóch rodzaju kapsuł. W pierwszym hotelu była to kapsuła z otwieraną boczną ścianką, a więc do środka wchodziło się tak jak do łóżka. W innym hotelu trzeba zaś było dać nura w głąb, a ponieważ takie rozmieszczenie legowisk umożliwiało jeszcze większą ich koncentrację, z zewnątrz kilkupiętrowe rzędy kapsuł naprawdę nieco przypominały ekskluzywne piekarniki na wystawie sklepowej. Niemniej jednak raz jeszcze podkreślam – da się tam spać i wbrew pozorom jest to całkiem wygodny sposób spędzenia nocy. W szczególności biorąc pod uwagę fakt, że kapsuły są pomieszczeniami zamkniętymi, co w przypadku spędzania nocy w sali wieloosobowej nie pozostaje bez znaczenia w kontekście izolowania potencjalnych chrapaczy. Takich jak np. ja.
Tokyo - kapsuła noclegowa, model "piekarnik" 
Padający deszcz zmusił nas do modyfikacji planów w dniu następnym. Zamiast oglądać świątynie w podtokijskim Nikko, całe przedpołudnie spędziliśmy kręcąc się po centrum. W tej sytuacji postanowiliśmy spróbować wejść na trwające właśnie w Tokyo coroczne zawody sumo. Okazało się zresztą, że hala Ryogoku Kokugikan znajduje się całkiem blisko naszego hotelu. Szukając właściwej drogi wyjąłem mapę i zacząłem się rozglądać wokół. Dostrzegł to kątem oka starszy pan przejeżdżający obok nas na rowerze. Gwałtownie zahamował i zawrócił ku nam z odsieczą, oferując pomoc pomimo tego, że nie znał ani jednego słowa po angielsku. Dwukrotnie pokazał nam na migi, w którą ulicę mamy skręcić (nic skomplikowanego – w drugą ulicę w lewo, a potem cały czas prosto). Po kilkuminutowej wymianie podziękowań, uśmiechów i ukłonów ruszyliśmy przed siebie zgodnie z otrzymanymi wskazówkami. Gdy tylko skręciliśmy we wskazaną ulicę, zza rogu wyjechał pedałujący dziarsko dziadek. Okazało się, że pojechał za nami, żeby upewnić się, czy dobrze skręciliśmy. Naprawdę, pomoc w japońskim stylu jest fajna, ale zawiera w sobie jakieś elementy prześladowania osób, którym się pomaga. W każdym razie dziadek upewnił się, że wszystko w porządku, oddając nam (mimo naszych stanowczych sprzeciwów) swój parasol na wypadek, gdyby miało się rozpadać.
Halę Ryogoku odnaleźliśmy bez problemu. Raz, że duży sportowy obiekt wyróżniał się wśród miejskiej zabudowy, a dwa – spacerujący przy budynku zawodnicy również wyróżniali się z tłumu swoimi gabarytami. Sumocy przechadzali się po odgrodzonym taśmami terenie niczym celebryci. Na widok niektórych gwiazd z ust ściskającej się przy barierkach gawiedzi wydobywał się pisk przypominający dźwięki emitowane przez omdlewające panienki na widok Elvisa. Zrobiliśmy kilka zdjęć wystrojonym w klubowe kimona zawodnikom i ruszyliśmy w kierunku kas biletowych. Na miejscu okazało się, że bilety sprzedawane są tylko do godziny 17. A było 8 minut po tej godzinie. Całą swoją uwagę skupiliśmy więc na tym, żeby grymas niezadowolenia na naszych twarzach przeobrazić w jak najszczersze uśmiechy i rozpoczęliśmy ceremonię bicia uniżonych pokłonów w kierunku kasjerów. Tamci odpowiedzieli zgodnie z przyjętym protokołem i stojąc na baczność odwzajemniali nasze pokłony, próbując wykonywać je w sposób jeszcze bardziej uniżony niż my. Jednocześnie z przyklejonymi uśmiechami tłumaczyli nam spokojnie, że nie mogą nam sprzedać tych wejściówek. Nawet nie przyszło im do głowy, że skoro są bilety i są na nie chętni to chyba nic by się nie stało, gdyby nam je sprzedali. Kasy niby już zamknięte, ale przecież fizycznie jeszcze otwarte. Nic z tego – sprzedaż trwa do 17 i nikt nie chciał sobie wziąć na klatę takiego poważnego naruszenia obowiązków pracowniczych, jak sprzedanie nam kilku wejściówek po oficjalnym zakończeniu sprzedaży. Myślę, że w większości krajów w takiej sytuacji obsługa sprzedałaby nam bilety, biorąc sobie do kieszeni niezaewidencjonowany zysk. Ale nie w Japonii – tu nic się nie dało zrobić, pomimo że było widać gołym okiem, że kasjerzy są naprawdę zakłopotani całą sytuacją i że jest im autentycznie przykro z powodu tego, że nie mogą spełnić naszego życzenia.
Ponieważ zaoszczędziliśmy nieco pieniędzy na turniejowych biletach, poszliśmy sobie odbić to niepowodzenie w pobliskiej restauracji, urządzając sobie prawdziwą ucztę, na którą składały się obfite dania złożone z ryb i różnych rodzajów sushi, popijanych domawianym kilkakrotnie, serwowanym na gorąco sake.
Wieczór spędziliśmy w głównym centrum handlowo – usługowym miasta, czyli w Dzielnicy Ginza, zabudowanej wieloma wieżowcami rozświetlanymi neonami z barwnymi reklamami. Pomimo późnej godziny, po ulicach kręciło się sporo załóg z okolicznych zakładów pracy. Byli to głównie młodzi ludzie, zaczynający dopiero karierę zawodową. Wydaje się, że tworzą oni w pracy więzi niemalże rodzinne (przynajmniej dopóki nie założą prawdziwych rodzin) i w godzinie zakończenia korporacyjnych zmagań przenoszą się po prostu w niezmienionym składzie do knajpy. Biurka zamieniają na barowe stoliki, a tematy rozmów ze służbowych na prywatne. Dość duża część salarymanów (czyli zgodnie z definicją: ludzi harujących w biurze za niewielkie pieniądze) sprawiała wrażenie dobrze podpitych, ale trzeba mieć na względzie, że choć Japończycy wyraźnie nie stronią od napoi procentowych, to jednak są społeczeństwem raczej małolitrażowym i niepewny krok mógł być efektem zaledwie dwóch piw. W każdym razie, czekając z taką ekipą na przejściu dla pieszych zrobiłem sobie w ich towarzystwie chyba najbardziej japońskie zdjęcie, jakie można sobie zrobić w Japonii.
Tokyo, Ginza - uliczne wygłupy z "salarymanami" wracającymi z pracy o 22 - najbardziej "japońskie" zdjęcie jakie przywiozłem z Japonii
Rankiem wróciliśmy w rejon świątyni Sensō-ji, by wpleść się w tłum uczestników obchodów święta Sanja-matsuri (święta Trzech Świątyń) – jednego z największych świąt shintoistycznych celebrowanych w Japonii. Z punktu widzenia obserwatora z zagranicy, największą atrakcję festynu stanowią barwne procesje przenośnych świątyń (Mikoshi), będących miniaturkami prawdziwych chramów shintoistycznych. Przedstawiciele poszczególnych okręgów prezentują miniatury swoich świątyń w kolorowej i hałaśliwej procesji z udziałem bębniarzy i fletnistów. Procesje przemierzające uliczki w dzielnicy Asakusa przyciągają corocznie dwa miliony ludzi, przez co poruszanie się po tym obszarze przypomina próby przebicia się do pierwszego rzędu widzów na koncercie Slayera. Toteż zobaczyliśmy, co mieliśmy zobaczyć i przenieśliśmy się do położonej w parku Yoyogi świątyni Meiji Shrine.
Trzeba przyznać, że Tokyo jak na miasto borykające się z problemem braku wolnej przestrzeni ma zadziwiająco wiele obszarów zielonych – parków, ogrodów oraz skwerów. Tereny te często zajmują ogromne obszary. Dobrze to świadczy o wdrażanych przez władze municypalne planach zagospodarowania przestrzennego, lecz może nieco dziwić w kontekście minimalistycznych rozwiązań mieszkaniowych. Na ulicach mijaliśmy niejednokrotnie agencje nieruchomości, z wywieszonymi na witrynach ogłoszeniami zawierającymi oferty wynajmu mieszkań o całkowitej powierzchni dwunastu, dziesięciu, a nawet ośmiu metrów kwadratowych! Z punktu widzenia nie mieszczącego się w 60 metrach Europejczyka, było to zjawisko niemalże absurdalne. Natomiast po głębszym zastanowieniu, takie warunki bytowe pozwalają lepiej zrozumieć model życia praktykowany przez Japończyków. Dysponując mieszkaniem o takiej powierzchni Japończyk organizuje sobie życie poza jego murami. Być może dlatego młody Japończyk, który nie założył jeszcze rodziny spędza w pracy całe dnie (bo biuro jest przestronne), a na fajrant przenosi się z całym zespołem do baru, gdzie pije sake do późnych godzin nocnych. Może rzadko przebywa na tych 10 metrach wcale nie dlatego, że jest pracoholikiem, a odwrotnie – jest pracoholikiem dlatego, że poza biurem musi żyć na 10 metrach. Wydaje się, że te maleńkie klitki służą im tylko i wyłącznie do tego, żeby się gdzieś przespać, a całe życie na jawie toczy się zaś poza tym mieszkankiem. Wspominałem już, że ze względu na cienkie ściany praktykowane w budownictwie mieszkaniowym, Japończycy opracowali deskę klozetową z „zagłuszaczem bąków”. Z tego samego powodu Japończycy uprawiają seks głównie poza domem. Popularne są zwłaszcza tzw. love hotele, które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie burdeli, różnią się jednak od nich w bardzo istotnym szczególe – przychodzi się tam ze swoją własną partnerką. I nie chodzi tu tylko o jakąś upojną noc z poznaną w barze dziewczyną (choć takie sytuacje też są powszechne). Stałymi bywalcami love hoteli są także małżeństwa z wieloletnim stażem. Nie chodzi tu bowiem tylko o kawałek łóżka lub podłogi – żyjąc na co dzień w klaustrofobicznych pomieszczeniach o cienkich ścianach, w love hotelu goście mogą sobie dokazywać w wynajętym na godzinę, dwie lub dziesięć przestronnym pokoju, zaaranżowanym w określonym klimacie (rajska plaża, egzotyczny las, pokład jachtu – do wyboru, do koloru). A wśród oczekujących na pokój można spotkać wszystkie możliwe konfiguracje (mąż z żoną, kochanek z kochanką, klient z prostytutką, ludzie zapoznani przez serwis poświęcony masochizmowi, itp.). Wstydzić się nie ma czego, w końcu Japończycy są tak wychowani, że nie wypada im się przyglądać ludziom wokoło, więc nawet jakby pod love hotelem spotkali sąsiada z własną żoną, to pewnie i tak by ich nie rozpoznali.
Tokyo, celebrowanie święta Sanja-Matsuri - barwna procesja z przenośnymi chramami
Po godzinnym relaksie w parku Yoyogi wróciliśmy znów na zatłoczone ulice tokijskiego śródmieścia. Przeciskając się przez tłum ludzi nie sposób było nie zwrócić uwagi na dość szerokie granice tolerancji w zakresie obowiązujących tu standardów ubioru. A w zasadzie braku takich standardów, gdyż panowała w tej materii całkowita dowolność, a facet w kapeluszu, koszuli, krawacie i ledwo zakrywających pośladki szortach, prowadzący na smyczy ratlerka we wdzianku „Supermana” to tylko jeden z licznych przykładów ekstrawagancji zapamiętanych przeze mnie spośród setek obrazów, których niestety nie da się już „odzobaczyć”. Jeden z kolegów ocenił zresztą brutalnie szczerze modę panującą na tokijskich ulicach, podsumowując ją słowami: „ubierasz się jak wariat i giniesz w tłumie”. Słowa te dźwięczały w mojej głowie mniej więcej co kwadrans, gdy mijałem jakąś wyjątkowo dziwacznie odwaloną personę.  Spacerując w tym egzotycznym dla nas środowisku dotarliśmy do słynnego skrzyżowania Shibuya Crossing – przedstawianego jako wizytówka Tokyo w wielu folderach reklamowych. Jest to taki tokijski Times Square, tętniący życiem wielkomiejski urbanistyczny twór, otoczony wieżowcami przyozdobionymi neonami emitującymi kolorowy blask. Na tym ogromnym skrzyżowaniu, tokijski organ zarządzający ruchem zastosował dość nowatorskie i śmiałe rozwiązanie. O ile pojazdy poruszają się tutaj w sposób standardowy (jedne przejeżdżają na świetle zielonym, podczas gdy inne czekają na świetle czerwonym), o tyle dla pieszych cyklicznie zapala się zielone światło dla wszystkich kierunków jednocześnie. W jednym momencie tłum ludzi przemieszcza się nie tylko z lewej do prawej i z przodu do tyłu, lecz również na dodatkowych pasach przecinających to skrzyżowanie ukośnie. Obserwując tą rzekę ludzi płynącą z każdej strony ma się wrażenie, że ludzie nie tyle się mijają, co przenikają przez siebie, jak gdyby byli jedynie komputerową projekcją pozbawioną fizycznego ciała. Robi to niesamowite wrażenie, więc sami jak dzieci spędziliśmy chyba z pół godziny na ustawianiu się na światłach i przemierzaniu skrzyżowania we wszystkich możliwych kombinacjach. Nie wiadomo czemu, Shibuya Crossing jest ulubionym miejscem spotkań tokijczyków. Jest to o tyle dziwne, że nie ma chyba miejsca na świecie, w którym trudniej byłoby się odnaleźć niż w pobliżu tego skrzyżowania.
Tokyo, chram Meiji w Parku Yoyogi - jeden z najważniejszych celów pielgrzymek w Japonii
Pomimo późnej godziny, przenieśliśmy się do dzielnicy Shinjuku i podjęliśmy bezskuteczną próbę obejrzenia panoramy miasta z wieżowca Tokyo Metropolitan Government Building (z niewiadomych względów taras widokowy był tego dnia nieczynny). Zagłębiliśmy się więc w uliczki tej uchodzącej za dość rozrywkową dzielnicy. Niestety, plany pokrzyżowała nam niespodziewana ulewa. Schowaliśmy się w jednej z bram i obserwowaliśmy mijających nas tokijczyków, z godnością znoszących spływające po ich czołach strugi deszczu. Na szczęście byliśmy na tyle zapobiegliwi, że zdążyliśmy kupić sobie pod drodze sake w słoikach, po wypiciu której można było jeszcze wyjeść z dna zalewane owoce. Przy sklepie naprzeciwko przechadzała się z wolna z rozłożoną przezroczystą parasolką kobieta, odziana w niewiarygodnie krótką sukienkę, odsłaniającą połowę pośladków oraz pas do pończoch. W najbliższej okolicy widzieliśmy kilka klubów go-go, życie nocne w tej części miasta kwitło, więc wniosek mógł być tylko jeden – prostytutka poluje na klienta. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kobieta ta wracała z rodzinnego, niedzielnego spaceru i po prostu oczekiwała pod sklepem na robiącą zakupy rodzinkę. Po chwili wszyscy razem – mąż, dzieci i „prostytutka” oddalili się głośno żartując, z reklamówkami pełnymi artykułów spożywczych. Mawia się, żeby nie oceniać książki po okładce, ale w tym przypadku naprawdę mieliśmy mocne argumenty wizualne, by sklasyfikować widzianą kobietę jako prostytutkę. Wogóle z Japonkami jest taka sprawa, że wszystkie są szczuplutkie, większość ma bardzo zgrabne nogi i stara się je pokazywać ludzkości w pełnej okazałości. Wiadomo też, że noga w pończosze najlepiej prezentuje się w bucie na wysokim obcasie. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie jeden szkopuł – Azjatki nie potrafią chodzić w szpilkach! Szpilki są super, szpilki są sexy, ale gdy kobieta założy dziesięciocentymetrowe szpile, a potem idzie zgarbiona łapiąc równowagę, to nie wygląda zjawiskowo, lecz groteskowo. Sporo Japonek powinno, mówiąc delikatnie, trochę to chodzenie w szpilkach poćwiczyć.
Do hotelu jechaliśmy metrem, ciesząc się że zdążyliśmy na ostatni skład. Niestety, zostaliśmy wywaleni w połowie trasy, bo metro jeździ do północy, a północ zastała nas nie wiadomo gdzie. Resztę trasy pokonaliśmy więc piechotą, parokrotnie wstępując do sklepów sieci Seven Eleven, by uzupełnić zapasy sake w słoikach. Do hotelu dotarliśmy w środku nocy. Spodziewałem się doświadczyć ze strony obsługi jakichś przepełnionych goryczą uwag, albo przynajmniej jakichś spojrzeń spode łba. Tymczasem cała trójka pracowników (dwie panie i jeden pan) jak na sygnał poderwała się z miejsc i witała nas z uśmiechami na twarzy, kłaniając się nam co pięć sekund w pas. Jeszcze nigdy wracając w środku nocy z baletów nie byłem witany z takimi honorami. To było naprawdę miłe.
Tokyo - restauracja w dzielnicy Shinjuku kusi nieczytelnym menu
Tokyo - salon do gry w Pachinko, niezwykle popularną w Japonii grę losowo - zręcznościową
W Tokyo spędziłem jeszcze ostatnią dobę przed wylotem z Japonii do Europy. Czas ten wykorzystałem głównie na zakup prezentów dla najbliższych, obejrzenie nocnej panoramy miasta z bezpłatnego tarasu widokowego usytuowanego w gmachu Tokyo Metropolitan Government Building oraz na pożegnalną imprezę z przyjaciółmi. Przemieszczając się wieczorową porą po gwarnej, rozrywkowej dzielnicy Shinjuku starałem się zweryfikować, ile prawdy kryje się  w miejskiej legendzie o jednej z rzekomo ulubionych dewiacji Japończyków, czyli fetyszyźmie majtkowym. Chodzą słuchy, że mieszkańcy Japonii zaspokajają swoje potrzeby związane z przywołanym fetyszem za pośrednictwem czegoś w rodzaju „majtkomatów” należących do sieci o nazwie „Burusera”. Majtkomaty miałyby działać w identyczny sposób jak automaty z napojami, z tą różnicą, że po uiszczeniu odpowiedniej kwoty maszyna wydawałaby klientowi zamiast puszki coca-coli paczkę zawierającą wewnątrz używane majtki – noszone na ogół przed spakowaniem na ciele jakiejś atrakcyjnej studentki, której zdjęcia również było dołączane do kompletu. Nigdzie takich automatów nie widziałem, natomiast kilkukrotnie zagadywałem w tej sprawie Japończyków i za każdym razem spotykałem się z odpowiedzią nie tylko negatywną (zaprzeczeniem) lecz również szorstką (nieadekwatnie szorstką do sytuacji). Wygląda więc na to, że niesławna sieć dystrybucji naprawdę tutaj istniała i albo ją zdelegalizowano, albo zmieniono jedynie formę dystrybucji noszonej bielizny – być może przeniesiono ją z rzucających się w oczy majtkomatów na zaplecza licznych sex shopów.
Po dość długo trwającym w porze nocnej pożegnaniu z Japonią zdążyłem jeszcze skorzystać z gorącej kąpieli w hotelowym onsenie (wyśmienicie pomaga na kaca), zrobiłem ostatnie zakupy, zamówiłem sobie u ulicznego Mistrza kaligrafię zawierającą fonetyczny zapis mojego nazwiska w rozbudowanym alfabecie kanji, poczęstowałem miejscowego żula piwem i udałem się na lotnisko. Tam próbowałem przemycić podczas odprawy mój miecz samurajski, fachowo przymocowany do bagażu głównego w taki sposób, by nie uległ uszkodzeniu. Liczyłem na to, że w załatwieniu tej drobnej sprawy pomoże mi założona na tą okazję koszulka z japońskim napisem: „idiota od urodzenia”. Niestety, pomimo nieudolnie ukrywanych na jej widok uśmiechów na twarzach pracowników lotniska, finalnie musiałem okazać specjalnemu oficerowi od mieczy zarówno sam miecz do oględzin, jak i dokument wystawiony przez sprzedawcę i potwierdzający, że nabyty przeze mnie miecz jest wyłącznie „pamiątką z podróży”, a nie prawdziwą bronią.
Tokyo - niedaleko dworca Ueno spotkałem doktora Paj Chi Wo, który wykaligrafował moje dane osobowe