K A M B O D Ż A

 

K A M B O D Ż A

 

K A M B O D Ż A

 

K A M B O D Ż A

 

 

K A M B O D Ż A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Kambodża, okolice Siem Reap

A może rzucić to wszystko i hodować lotosy w Kambodży?
Okolice Siem Reap - osada na peryferiach kambodżańskiej prowincji

Po dwóch dniach spędzonych w ruinach Angkoru, wybraliśmy się na skuterową przejażdżkę po prowincji. Naprawdę warto jest zobaczyć, jak wygląda w Kambodży życie poza utartym szlakiem turystycznych atrakcji. W miejscach dosłownie oddalonych o kilka kilometrów od wypełnionych białasami hoteli. Jest to zupełnie inny świat, w którym to nas pokazywano sobie palcami jako zjawisko, które nie powinno zaistnieć.

Okolice Siem Reap - świątynia przy kolorowym cmentarzu, gdzieś na prowincji

W zasadzie poruszaliśmy się po okolicy bez żadnego planu, choć wstępne rozeznanie dwóch z nas zrobiło poprzedniego wieczoru. Najpierw dojechaliśmy do jakiejś większej wioski na rozstaju dróg. Tam zrobiliśmy krótki postój na dymka i łyk świeżo wyciskanego soku, rozważając ostrą wspinaczkę do świątyni wznoszącej się na szczycie wzgórza, u stóp którego się zatrzymaliśmy. Finalnie zrezygnowaliśmy pod presją czasu i odbiliśmy w lewo, dojeżdżając do świecącej pustkami pagody, otoczonej przez długie rzędy kilkumetrowych wieżyczek w kształcie wież angkorskich lub stup buddyjskich. Dopiero po odkryciu, że taki kolorowy, zadaszony budynek pełni rolę pieca krematoryjnego zorientowaliśmy się, ze jesteśmy na cmentarzu.

Okolice Siem Reap - tętniące życiem centrum handlowe w wiosce na prowincji

Ruszyliśmy więc dalej i po paru kilometrach dotarliśmy już na prawdziwą prowincję, czyli do osady zapomnianej przez Boga, Buddę, Wisznu, a pewnie i nawet przez administrację państwową (bo podatków nie było z kogo i z czego ściągać). Na osadę składało się kilka rzędów skleconych ze słomy (a w wersji luksusowej-ze słomy i blachy) chatek, ustawionych na palach zabezpieczających te prowizoryczne mieszkania przed wodnym żywiołem w czasie pory deszczowej. Wszyscy obecni na miejscu mieszkańcy skrywali się przed palącym słońcem w cieniu pomieszczeń, a po piaszczystej drodze biegały jedynie wychudzone i wyliniałe psy. Co dziwne, dwie czy trzy z tych chatek sprawiały wrażenie lokalnych sklepików, choć trudno zakładać, by ich właściciele utrzymywali się z handlu. Taki paradoks-niby mieszkańcy osady na pierwszy rzut oka potrzebowali wszystkiego, ale jednocześnie niczego z towarów oferowanych w tych prowizorycznych sklepikach. Po uwiecznieniu tej wstrząsającej biedy na zdjęciach ruszyliśmy dalej.

Okolice Siem Reap - kolorowe łódki zacumowane w mętnych wodach rzeki Tonle Sap

Dojechaliśmy do końca drogi, którą od strony jeziora Tonle Sap zamykał lokalny port. Tam w ogóle nie chciano nas wpuścić, ale koniec końców strażnik machnął ręką i pozwolił nam wjechać. Znajdująca się tam osada, zorganizowana na kształt wysypiska śmieci, była w zasadzie rzeczną przystanią, umożliwiającą abordaż na łódź spływającą rzeką Tonle Sap w kierunku jeziora o tej samej nazwie.  Grupa krzątających się tam osób udawała, że coś robi-niczym na budowie z głębokiego PRL-u.

Okolice Siem Reap - hodowla lotosów

W drodze powrotnej szukaliśmy pól ryżowych, jednak z uwagi na fakt, że odwiedziliśmy Kambodżę pod koniec pory suchej nie udało nam się znaleźć nic godnego uwagi. Trafiliśmy za to na uprawę lotosów, gdzie za drobną opłatę w kwocie jednego dolara poczęstowano nas nasionami tej rośliny, nazywanych powszechnie „orzeszkami”. Smak tłumaczy istniejącą w obiegu nazwę rośliny, określanej często jako bób wodny.

Okolice Siem Reap - nie ma to jak przejażdżka solidnym sprzętem po profesjonalnym torze

Ostatni etap przejażdżki biegł drogą szutrową, przez co nasze i tak brudne ciuchy nabrały odcieni czerwieni. Po drodze znaleźliśmy zardzewiały rower, na którym postanowiliśmy trochę pojeździć. Nie był to żaden zabytek, ani też rower porzucony w krzakach (na co wskazywałby jego wygląd). Właściciel z zaprzęgniętym wołem uprawiał w oddali jakiś nieużytek i nawet nie zorientował się, jaką sensację wzbudził jego wehikuł. Zrobiliśmy mu niespodziankę i wepchnęliśmy kilka zwiniętych banknotów w rurę kierownika, ozdabiając wszystko trawą, by nie przeoczył prezentu. Niewykluczone, że po ciężkim dniu pracy błędnie skierował swoje podziękowania w kierunku Buddy lub któregoś z panteonu hinduskich bóstw.