Bardzo rzadko mi się to zdarza na etapie przygotowań do wyjazdu, ale tym razem stało się – ociągałem się z zakupem biletów na autobus z Viñales do Cienfuegos i gdy wreszcie zabrałem się do ich kupowania okazało się, że wszystkie pasujące nam opcje są już niedostępne. Tym samym jasnym stało się, że trzeba będzie ogarniać kwestie transportowo-komunikacyjne na miejscu. Początkowo nawet się trochę zaniepokoiłem tą sytuacją, bo to jednak ponad 400 kilometrów, a plan dopracowany, trasa wyznaczona i noclegi opłacone. Żal by było z czegoś po drodze rezygnować. Na szczęście - tak jak już wspominałem - poruszanie się po Kubie jest rzeczą dziecinnie prostą, a mieszkańcy wyspy są żywo zainteresowani, żeby wejść z turystami w jakikolwiek biznesowy układ. Tak było i w naszym przypadku – jedyne, co musiałem zrobić w sprawie transportu, to wspomnieć naszej gospodyni podczas śniadania, że go potrzebujemy. Oferta była gotowa w pół godziny, zaś propozycja przedstawiała się w ten sposób, że agencja organizująca grupowe przejazdy taksówkowe (tzw. taxi colectivos – niesłychanie popularny sposób podróżowania po Kubie) jest w stanie podstawić nam o 8 rano taksówkę, która zawiezie nas do Cienfuegos za 35 dolarów od osoby. Biorąc pod uwagę, że podróżując we czterech sami w sobie stanowiliśmy grupę zapełniającą taksówkę oraz fakt, że bilety autobusowe na tej trasie kosztowały 37 dolarów, bez wahania zdecydowaliśmy się na zaproponowane nam warunki. Po raz kolejny problem rozwiązał się sam, zanim tak naprawdę stał się problemem. A koszt przejazdu taksówką w cenie niższej niż komunikacją publiczną stanowił dla nas niezmiernie miłą niespodziankę. Choć trzeba uczciwie przyznać, że akurat w kwestii komfortu autobusy znacznie przewyższają stare samochody osobowe – w szczególności na dłuższych trasach. Tak czy inaczej, z radością przyjęliśmy fakt, że nawet nie musieliśmy wstać od stołu, żeby załatwić sprawę transportu. Zapytałem się jeszcze gospodyni, czy byłaby możliwość pojechania nieco okrężną drogą, tak by zrobić godzinny postój w słynnej Zatoce Świń. Zrobiła oczy jak trzy peso i zdziwiona spytała: „gdzie?”. „No, w Zatoce Świń” – odpowiedziałem, nieco zdziwiony, że obywatelka kraju zastawionego wzdłuż i wszerz banerami, na których przywódcy rewolucji sieją propagandę wygłaszając swoje złote myśli, może nie kojarzyć miejsca wyjątkowej batalii z 1961 roku, w której powstrzymana została inwazja kubańskich emigrantów, zorganizowana i koordynowana przez amerykańskie służby specjalne. Jak można nie kojarzyć takiego miejsca - symbolu zwycięstwa ducha rewolucji nad zgniłym imperializmem zachodu, w sytuacji gdy wspomnienia tych wydarzeń są nadal żywe na każdym kroku? – zastanawiałem się przez chwilę, lecz gospodyni ucięła dyskusję krótkim: „Nie wiem, gdzie to jest. Musicie pogadać z kierowcą”.

K U B A

 

K U B A

 

K U B A

          K U B A

 

 

K U B A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Kuba, Cienfuegos/El Nicho

Droga do Cienfuegos, czyli nieudany desant w Zatoce Wieprzowiny
Cienfuegos, centralny punkt miasta - Parque José Martí
Następnego dnia o umówionej godzinie czekała na nas wysłużona łada, którą mieliśmy wyruszyć w dalszą podróż. Pomimo, że punktualność jest ostatnią cechą, jakiej spodziewałbym się po mieszkańcach Karaibów czy Ameryki Łacińskiej w ogóle, muszę przyznać, że na Kubie przybierała ona formę wręcz irytującą. Śniadanie zamówione na 7? Punkt 7 stół zastawiony. Taksówka na 8? Punkt ósma czeka. Strasznie dziwne to uczucie – czuć się wśród Kubańczyków jak Latynos. Ja rozumiem, że otworzenie wyspy na turystów i pojawienie się nowych możliwości zarobkowania dla mieszkańców zmieniły obowiązujące tutaj standardy, ale do licha – jadę na Karaiby licząc na to, że jak się umówię z kimś na ósmą rano, to gdy wstanę o wpół do dziewiątej to i tak będę pierwszy na miejscu spotkania! A tu niespodzianka – Kubańczycy (którzy, nie oszukujmy się – urodzonymi pracoholikami nie są) wszędzie pojawiają się punktualnie co do minuty. Konwersację z naszym kierowcą rozpocząłem oczywiście od propozycji postoju w Zatoce Świń. Ku mojemu zdziwieniu, on również zmarszczył brwi udając zaskoczonego moim pytaniem. „Co jest?”, pomyślałem nie dając wiary, że kolejna osoba może nie kojarzyć jednego z najbardziej rozsławionych miejsc we współczesnej historii Kuby. Po chwili otrzymałem informację, że będziemy musieli przesiąść się do innego samochodu w okolicy Hawany i o swoich planach musimy porozmawiać z kierowcą auta, którym pojedziemy do miejsca przeznaczenia. Po około dwóch godzinach jazdy faktycznie dotarliśmy na ogromny parking pod Hawaną, stanowiący centrum przesiadkowe, czyli punkt upychania dowożonych tu turystów do zbiorczych taksówek rozjeżdżających się stąd po całym kraju. My oczywiście, tworząc „taksówkowy komplet” przerzuciliśmy po prostu swoje bagaże do innego samochodu (tym razem trafił nam się stary, pordzewiały Opel Kadett). Z miejsca przystąpiłem do negocjacji w sprawie postoju w Zatoce Świń i aż po prostu nie mogłem w to uwierzyć – kolejna osoba dopytywała się, dokąd konkretnie chcemy pojechać, nie przejawiając żadnych oznak świadczących o tym, że słyszała kiedykolwiek o takim miejscu, jak ta słynna zatoka. Dopiero gdy pokazałem kierowcy lokalizację naszego celu na mapie, uśmiechnął się i poszedł do szefa obgadać sprawę. Szef zarządził, że realizacja naszego pomysłu (skutkująca koniecznością odbicia z głównej drogi i przejechania dodatkowo kilkudziesięciu kilometrów) będzie nas kosztowała po 5 dolarów na głowę ekstra. Kwota ta nie przeraziła nas zbytnio i po chwili pędziliśmy (choć słowo to jest nieco na wyrost) w kierunku południowego wybrzeża wyspy. Jako że w Oplu było chyba jeszcze mniej miejsca niż w Ładzie, podróż dawała nam się we znaki i ciągnęła się w nieskończoność. Ostatni jej etap przebiegał przez teren rezerwatu Cienaga de Zapata – malowniczy bagienny obszar, objęty w całości ochroną ze względu na oryginalny ekosystem oraz występowanie kilku endemicznych gatunków zwierząt. Po niecałych 3 godzinach mało komfortowej jazdy dotarliśmy wreszcie na parking zlokalizowany nieopodal Playa Larga, będącej głównym miejscem desantu kontrrewolucjonistów w 1961 roku. Tam też doznałem nagłego olśnienia – nie mogłem z nikim dogadać się co do postoju z Zatoce Świń, bo wszystkich pytałem o dojazd do Zatoki Wieprzowiny! Cóż, po prostu pomyliłem wyrazy, zastępując określenie przeznaczone dla źródła pożywienia, wyrazem określającym finalny produkt spożywczy – najwyraźniej mój nieużywany przez kilka lat hiszpański wymagał odświeżenia słownictwa.
W Zatoce Świń, pomimo prowokacyjnej nazwy, zachowywaliśmy się całkiem przyzwoicie
Sama Playa Larga okazała się ładną, czystą plażą z białym piaskiem, ale nic dokoła nie wskazywało na jej związki z nieudanym desantem kubańskich kontrrewolucjonistów. Decydujące o zwycięstwie Castro bitwy zostały stoczone w okolicy innej plaży – Playa Girón i tam też znajduje się ciekawe muzeum poświęcone tym wydarzeniom. Kierowca jednak za żadne dodatkowe pieniądze nie chciał nas tam zawieźć, tłumacząc się fatalnym rzekomo stanem dróg w tym rejonie. Tak czy inaczej, warto było się zatrzymać przy Playa Larga, aby po pierwsze – zobaczyć to słynne miejsce symbolizujące amerykańską porażkę, zaś po drugie – wyprostować nieco nogi po kilku godzinach spędzonych w ścisku wewnątrz ledwo trzymającego się kupy Opla. Mieliśmy do swojej dyspozycji morze, pustą plażę i pełną butelkę, godzinny postój upłynął więc nam w oka mgnieniu, po czym udaliśmy się z powrotem na parking zastanawiając się, czy samochód prowadzony przez dopiero co poznanego kierowcę, będzie tam jeszcze na nas czekał. Cały bowiem dobytek zostawiliśmy w środku auta nieznajomego człowieka, który co prawda reprezentował jakąś tam agencję transportową, ale gdyby na nas nie czekał, to pewnie ciężko by nam było ustalić jego tożsamość. A trzeba też wziąć pod uwagę jeszcze jedną okoliczność – markowy t-shirt, czy nawet solidna bielizna mają dużo większą wartość w miejscu, gdzie nie można jej kupić. I nie chodzi tutaj o wartość nominalną, stanowiącą równowartość odzieży wyrażoną w pieniądzu, lecz o wartość wynikającą wprost z deficytu jakościowych towarów na Kubie. A przecież im większą wartość przedstawiają pozostawione w taksówce przedmioty, tym i większa pokusa, by je sobie przywłaszczyć. Tak czy inaczej, mądrze czy głupio, zostawiliśmy cały nasz dobytek w bagażniku zardzewiałego Opla i zastanawialiśmy się w drodze powrotnej z plaży, czy kierowca nadal na nas czeka na parkingu. Na szczęście nasze obawy okazały się być zupełnie bezzasadne, a kierowca czekał na nas w umówionym miejscu. Punktualny jak cała reszta Kubańczyków. Po chwili wyruszyliśmy w dalszą drogę i po 2-3 godzinach dotarliśmy do oświetlonego promieniami popołudniowego słońca Cienfuegos, mijając po drodze niezliczone banery przedstawiające oblicza Castro i Che. Po dotarciu pod hostel nasz kierowca udał się do właścicielki ze zwitkiem jakichś papierów. Wygląda na to, że kierowcy taksówek odbierają od właścicieli obiektów stanowiących bazę noclegową jakiegoś rodzaju potwierdzenia, że dowieźli tam turystów. Być może taki dokument upoważnia do zakupu większej ilości paliwa, które na Kubie jest towarem reglamentowanym. Miesięczny przydział paliwa „na kartki” z pewnością nie dawałby kierowcy możliwości codziennego wożenia przyjezdnych na liczących kilkaset kilometrów trasach. A tak, mając poświadczenie rzeczywistego świadczenia usług transportowych, kierowca mógłby skorzystać z dóbr przemysłu petrochemicznego w nieco szerszym zakresie. Nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że z punktu widzenia władz reżimu takie rozwiązanie przynosi same korzyści – nie tylko bowiem właściciel hostelu wie, gdzie jeździł kierowca taksówki, lecz również taksówkarz wie, że hostel będzie sprzedawał usługi czterem turystom. A więc teoretycznie równie dobrze kierowca mógłby donieść na właściciela hotelu (czy aby na pewno zarejestrował i zgłosił przyjezdnych), jak i hotelarz mógłby zadenuncjować kierowcę (czy aby na pewno wiózł nas aż spod Hawany). Jest to powszechnie znany i funkcjonujący dobrze we wszystkich dyktaturach system wzajemnej kontroli i bezwzględnego, biurokratycznego poświadczania najdrobniejszych czynności życia codziennego, tak by pozostał po nich łatwy do zweryfikowania ślad.
Playa Larga w Zatoce Świń – miejsce lądowania kontrrewolucjonistów w 1961 r
Na miejsce noclegu w Cienfuegos wybraliśmy Hostal El Sureño, gdzie za kwotę 172 zł za cztery osoby dostaliśmy do dyspozycji dwa schludne dwuosobowe apartamenty z łazienkami, z możliwością korzystania z niewielkiego basenu na terenie patio. Kolejny więc raz udało nam się trafić na komfortowe warunki oferowane za niewielkie pieniądze. Korzystając z faktu, że dokuczający przez cały dzień upał nieco zelżał, zaś popołudniowe słońce wydobywało wspaniałe pastelowe kolory z fasad kolonialnej zabudowy, wyszliśmy na krótki spacer, zakończony solidnym posiłkiem w nadmorskiej restauracji, popitym najlepiej chyba przygotowanym Mojito, jakie zdarzyło nam się wypić w trakcie pobytu na wyspie. W drodze powrotnej uzupełniliśmy zapasy rumu w sklepiku zlokalizowanym na stacji benzynowej, w ofercie którego znajdował się całkiem ciekawy asortyment: na głównej półce alkohol, napoje, słodycze oraz lody, zaś obok: oleje, smary oraz felgi. Na wprost stacji właśnie ktoś otworzył budkę z piwem i odpalił wielką kolumnę, z której popłynęły dźwięki kubańskiej muzyki, wypełniając całą promenadę. Momentalnie wokół kolumny zgromadziła się cała masa Kubańczyków, zgrabnie wyginających swe ciała w rytm puszczanych szlagierów. Po chwili cała promenada pląsała w najlepsze i nikt nawet się nie zastanawiał kto, kiedy i dlaczego puścił muzykę, która zresztą po dziesięciu minutach została wyłączona, zaś ludzie jak gdyby nigdy nic – po prostu przestali tańczyć i rozeszli się, każdy w swoją stronę. W hostalu schłodziliśmy ciała w udostępnionym basenie, popalając cygara i popijając przygotowywane przez gospodarzy mojito. W tak komfortowych okolicznościach przesiedzieliśmy pół nocy, próbując dograć partyjkę w tysiąca.
Kolorowa zabudowa w centrum Cienfuegos
Następnego ranka przeszliśmy się po głównych atrakcjach oferowanych przez Cienfuegos. Ponieważ nasz hostal zlokalizowany był nieopodal nadmorskiej promenady Paseo del Prado - stanowiącej atrakcję samą w sobie i łączącej dwie najważniejsze z punktu widzenia turysty dzielnice w mieście, mieliśmy blisko do wszystkich najważniejszych zabytków. Promenada w kierunku północnym przekształcała się w szeroki, reprezentacyjny deptak. Odbijając od niego w lewo po przejściu kilkuset metrów dochodziło się do Parque José Martí – głównego placu miasta, otoczonego najbardziej spektakularnymi budowlami w Cienfuegos. Natomiast udając się promenadą w kierunku południowym ku Punta Gorda można było dotrzeć do eleganckiej dzielnicy, zabudowanej fantazyjnymi willami wzniesionymi w stylu neoklasycznym. Cienfuegos jest z pewnością miastem wartym odwiedzenia, choć nie ma chyba sensu zostawać tu dłużej niż dzień lub dwa, bo do wszystkich głównych atrakcji można się dostać pieszo w ciągu kilku godzin zwiedzania. Dlatego też już o godzinie 14 siedzieliśmy w taksówce, która miała nas zawieźć do kolonialnego Trinidadu, z krótkim postojem przy słynnym wodospadzie El Nicho.
Cienfuegos, pomnik przywódcy kubańskiego ruchu niepodległościowego - José Martí
Ten spektakularny wodospad położony jest na rzece Río Hanabanilla, nieopodal północno-zachodniej granicy niezwykle malowniczego Parku Topes de Collantes. Wodospad ten położony jest co prawda niezupełnie po drodze z Cienfuegos do Trinidad, ale ponieważ po raz kolejny wobec braku biletów na komunikację autobusową zmuszeni byliśmy wynająć taksówkę, postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i wybrać kurs okrężną drogą, tym bardziej że całkowity koszt takiej trasy wyniósł nas 70 dolarów za całą grupę. Wybierając opcję z wizytą przy El Nicho należy pamiętać, że można tam dostać się na dwa sposoby – jeden z parkingów oddalony jest o około dwóch godzin drogi od wodospadu, natomiast drugi jedynie o jakieś 15 minut marszu. Z tego co zrozumiałem, żeby skorzystać z tego położonego dogodniej, kierowca musi posiadać jakąś specjalną licencję. Nasz kierowca na szczęście takową posiadał, więc zobaczenie fantastycznych wodospadów nie wymagało od nas forsownej wędrówki. Główną zaletą El Nicho jest to, że przy samym wodospadzie znajduje się zbiornik wody, w którym można zażyć kąpieli w upalny dzień. Woda niby jest zimna, ale nie jest lodowata jak to zazwyczaj bywa w górskich oczkach wodnych. Prawdę powiedziawszy woda była po prostu zimna w sposób komfortowy – tak w sam raz, by zrelaksować się po przebywaniu przez większość dnia w palącym słońcu. Natomiast jeśli chodzi o sam wodospad, to jego najbardziej widowiskowa część położona jest nieco poniżej poziomu z jeziorkiem. Spadająca tam z hukiem kilkoma strumieniami z wysokości kilkudziesięciu metrów woda, rozbija się o ogromne głazy znajdujące się u stóp wodospadu. Było to miejsce absolutnie wyjątkowe i zarazem jeden z najpiękniejszych wodospadów, jakie widziałem w życiu. Nie chciało się nam tego miejsca opuszczać. Do tego stopnia, że w końcu przyszedł po nas kierowca, by przypomnieć nam, że czas ruszać w dalszą drogę do Trinidadu. 
Spektakularne kaskady El Nicho