O Kubie z całą pewnością mogę powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, spośród wszystkich krajów jakie odwiedziłem w ostatnich latach jest to z pewnością kraj, po którym zdecydowanie najłatwiej podróżować. W porównaniu z moimi poprzednimi wyjazdami, wizyta na Kubie była jak wczasy all inclusive. Wszystkie zagadki rozwiązywały się same, a jeśli nie wiedziałem jak gdzieś dotrzeć, albo jak rozplanować sobie podróż – wystarczało powiedzieć o swoich oczekiwaniach któremukolwiek z gospodarzy, u których się zatrzymywaliśmy i po chwili otrzymywaliśmy na tacy gotowe rozwiązanie problemu. Po drugie – Kuba jest zdecydowanie najtrudniejszym do zinterpretowania krajem, jaki odwiedziłem. Uwielbiam obserwować otaczającą mnie rzeczywistość i wyciągać własne wnioski z takich obserwacji – na tyle, na ile jest to możliwe w trakcie szybkiego przemieszczania się z miejsca na miejsce… Oczywiście obserwacje te są najczęściej podparte wiedzą zdobytą na etapie przygotowań do wyjazdu (dzięki czemu w ogóle wiem, co widzę). Mam jednak przeczucie, że dwutygodniowy pobyt na Kubie jest okresem zbyt krótkim, by trafnie zinterpretować świat, który się widzi. Mało tego, mam jakieś wewnętrzne przeświadczenie że pomimo tego, iż podróżuję samodzielnie i lubię pętać się samopas po różnych dziwnych miejscach, to Kuba w wielu aspektach w ogóle nie pokazała mi swego prawdziwego oblicza. Dlatego też wyraźnie podkreślam subiektywność opisywanych wrażeń, mając pełną świadomość tego, że osoby które zdołały poznać ten kraj (a zwłaszcza jego mieszkańców) lepiej ode mnie, mogą nie zgadzać się z moimi obserwacjami. Ale cóż… mogę jedynie wybierać, czy opisać tu własne przeżycia, czy też cudze. Mimo dużego prawdopodobieństwa pomyłki, wybieram własne.
Przylatując na Kubę obawiałem się, że to co zobaczę na miejscu będzie jednym wielkim turystycznym skansenem. Po części tak było, na szczęście w skali dużo mniejszej niż się spodziewałem. Bardzo podobało mi się również to, że nawet ci mniej przedsiębiorczy Kubańczycy nie byli nachalni – czy to w próbach sprzedania swojego towaru, czy też usiłując wysępić „un peso”. W porównaniu do Indii, czy Afryki można powiedzieć, że nie byli oni w ogóle uciążliwi. Pewnie przeciętny polski żul jest bardziej męczący niż żebrzący Kubańczyk, których było zresztą o wiele mniej niż można się było spodziewać mając jakąś tam wiedzę o sytuacji na wyspie. Najbardziej jednak rzucał się w oczy krajobraz wypełniony dużą dozą abstrakcji, co - jak wspomniałem powyżej - wywoływało u mnie jako obserwatora spore trudności interpretacyjne. Postaram się je opisać używając kilku specjalnie skonstruowanych haseł – pozornie pozbawionych sensu, a jednak na Kubie ten sens posiadających:

K U B A

 

K U B A

 

K U B A

          K U B A

 

 

K U B A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Kuba, Hawana

Hawana - świadectwo socjalistycznej rewolucji czy kapitalistycznej ewolucji?
Piękne, kolorowe kamienice w centrum Hawany
Oczywiście jeżdżące po centrum Hawany wypucowane i wypolerowane cadillaki z lat pięćdziesiątych nie są oznaką biedy ich właścicieli ani symbolem embarga Stanów Zjednoczonych, lecz pewnym i stabilnym źródłem dochodu ich właścicieli. Wystarczy spojrzeć, jakie ceny osiągają te wiekowe pojazdy na aukcjach internetowych w Polsce (cadillac z lat 60-tych to, w zależności od stanu pojazdu wydatek od 75.000 zł w górę). Za godzinną przejażdżkę takim lanserskim wozem właściciele życzą sobie 60 dolarów (udało nam się tę cenę zbić do 40 za 4 osoby, przypuszczam że za 2 udałoby się zejść jeszcze niżej), więc z pewnością nie zaliczają się oni do najbiedniejszej części społeczeństwa. Ale na ulicach pełno też autentycznych wraków, które przemierzają ulice Hawany głównie z tego powodu, że jakimś cudem jeszcze jeżdżą. Całość krajobrazu drogowego dopełniają nowsze samochody średniej klasy – łady, zaporożce, a nawet polskie „małe fiaty”.
Typowy hawański klimat. Perełka w modernistycznym świecie z betonu i szkła

Niektórzy Kubańczycy są tak bogaci, że jeżdżą sześćdziesięcioletnimi samochodami

Po rozpadzie Związku Radzieckiego, Kuba została odcięta od źródła tanich surowców oraz największego rynku zbytu, z którego za eksportowane towary płynęły na wyspę dewizy w zawyżonych stawkach, przekraczających faktyczną wartość eksportu. Co prawda udało się dobić targu z Chavezem, który w zamian za lekarzy wysyłał Kubie ropę, ale generalnie zrobiło się jeszcze bardziej dziadosko niż było przedtem. Fidel podrapał się więc po brodziszczu i chciał nie chciał, musiał ratować gospodarkę przed całkowitym upadkiem otwierając wyspę dla turystów. Tyle, że obciach było pokazać światu w jaką ruinę popadła kolonialna zabudowa hawańskiej starówki przez dziesięciolecia olewania jej na rzecz industrializacji reszty wyspy i modernizacji terenów wiejskich. A „pesów” na remonty brakowało (chętnych inwestorów było mnóstwo, ale nie godzi się przecież przyznać się do tego, że kasa w „najlepiej zarządzanym na świecie państwie” świeci pustkami). Rozwiązanie problemu wymyślono iście latynoskie – odnowiono jedynie fasady budynków od strony ulic, a reszta (której przecież nie widać) niech się wali. Odrestaurowano w ten sposób jedynie niewielki odsetek zabytkowych budowli, reszta naprawdę się wali i to dosłownie. Przy Maleconie codziennie mijaliśmy budynek, z którego pewnego dnia spadła cegła dosłownie o trzy kroki przed nami. Później na wszelki wypadek omijaliśmy ten budynek drugą stroną promenady. Ścisła starówka oczywiście sprawia wrażenie pięknie odrestaurowanej, otaczające romantyczne placyki budowle biją po oczach blaskiem świeżo nałożonej farby, ale to wszystko jest dla picu… Wystarczy spojrzeć na tą zabudowę z wysokiego punktu, by dostrzec że choć przednia fasada budynku świadczyć może o jego niedawnym remoncie, to już tylna (niewidoczna dla turysty) ściana to często zawalona konstrukcja, uzupełniona pustakiem.
Trinidad - zdjęcie dokumentujące, jak bardzo potrafi się różnić wewnętrzne patio od zewnętrznej fasady

Waląca się kamienica została odrestaurowana w ubiegłym roku

Pieniądze mają wartość wyłącznie wtedy, gdy można za nie coś kupić. Te papierki same w sobie są nic nie warte, jeśli nie możesz wymienić ich na rzeczy, których potrzebujesz. I jeśli mówić o „biedzie na Kubie” to nie jest to bieda związana z brakiem pieniędzy, ale raczej z brakiem możliwości ich wydania. Nie mam wątpliwości, że w miejscach masowo obleganych przez turystów duża część Kubańczyków potrafi czerpać profity z turystyki. Jeżeli ktoś ma tylko pomysł, na czym mógłby wydoić turystę, to z pewnością co wieczór przynosi w kieszeni do domu co najmniej równowartość miesięcznej pensji kubańskiego nauczyciela. Oczywiście, oficjalnie prywatny biznes związany z obsługą turystów jeszcze przez długi czas się nie rozwinie, bo z tego co mówili mieszkańcy – nawet osoby prowadzące hostele, wynajmujące prywatne kwatery lub prowadzące punkty gastronomiczne, lwią część swoich dochodów muszą przekazywać państwu. Raczkujący dopiero kubański kapitalizm zderzył się z socjalistycznym systemem, wywołując paradoks znany nam z lat 80-tych w PRL-u. Problemem jest to, że nawet mając kieszeń pełną pieniędzy – nie kupisz za nie niczego poza wąskim wachlarzem szeroko dostępnych artykułów, takich jak: rum, ocet winny czy kolanka hydrauliczne (rzeczywisty asortyment jednego z mijanych przez nas sklepów). Mijając zupełnie puste półki sklepu mięsnego nie kupi się w nim przecież niczego, mając nawet pełne kieszenie banknotów. Dlatego też wspomniany przeze mnie wielofunkcyjny scyzoryk czy też opakowanie plasteliny, w tych realiach mają wartość o wiele przekraczającą ich nominalną cenę. Podsumowując – masz dać Kubańczykowi 100 dolarów? Daj mu scyzoryk za 30 i ledową latarkę za 20 – ucieszy się bardziej niż z jakichś tam kolorowych papierków. Oczywiście, istnieją „lepsze” sklepy, coś na kształt naszych dawnych Pewexów, ale moim zdaniem katalog dostępnych tam produktów jest nawet bardziej ubogi niż w całodobowych minisklepikach zlokalizowanych przy ulicach, gdzie aby kupić butlę rumu trzeba swoje odstać w kolejce do kraty. Byłem nawet w centrum handlowym, ale towary tam oferowane z punktu widzenia Europejczyka były katastrofalnej jakości (oferowane tam wózki dla dzieci były gorszej jakości od tych, które my kupujemy córkom dla lalek).
Centrum Hawany - sklep mięsny otwarty pomimo tego, że mięsa brak

Pieniądze zakupów nie dają

Podczas pobytu na Kubie miałem okazję sprawdzić warunki wynajmu prywatnych pokoi za pośrednictwem portalu Airbnb. Sam byłem ciekaw, jak to wygląda, no bo jednak „booking.com zawsze spoko”, a tu w dodatku trzeba kupować kota w worku i jeszcze z góry za niego zapłacić. Ceny hoteli oferowanych na bookingu były jednak skutecznie odstraszające, zaś warunki i standard zastany w casas particulares zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie, w szczególności patrząc pod kątem stosunku jakości do ceny. W Hawanie mieliśmy wykupiony nocleg przy samym Maleconie, czyli nadmorskiej promenadzie będącej jedną z wizytówek miasta. Za równowartość 507 złotych za dwie noce (dzielonych na 4 osoby) otrzymaliśmy do dyspozycji dwa przestronne pokoje z tarasem, aneksem kuchennym i częścią wspólną łączącą oba pomieszczenia. Spędziliśmy więc czas w komfortowych warunkach za śmieszną cenę. Po dotarciu do obiektu, właściciel przedstawił nam w prostych słowach skrócony regulamin obowiązujący na miejscu, który brzmiał mniej więcej tak: „możecie sobie tu robić co chcecie, mi nic nie przeszkadza, ale jak sprowadzicie sobie dziewczynki to wylegitymujcie je i spiszcie, a jak nie będą chciały okazać dokumentu to przyjdźcie po mnie”. Na początku się z tego śmialiśmy, ale potem dowiedzieliśmy się od znajomego, że sprawa wygląda w ten sposób, że oficjalnie dziwek na Kubie nie ma. Jeżeli jednak jakaś Pani do towarzystwa zostanie spisana trzykrotnie w różnych miejscach (co powinno być zgłaszane na policji) to zostaje aresztowana za prostytucję. Prawdopodobnie więc działa to w ten sposób, że panienki odpalają właścicielom domów działkę z uprawianego procederu, w zamian za co gospodarze albo ich nie spisują, albo nie zgłaszają tego na policję. Na ile te informacje są prawdziwe – nie wiem.
Hawana, Malecón – szeroka, nadmorska promenada biegnąca przez 8 km wzdłuż wybrzeża przez dzielnice: Stara Hawana, Centrum oraz Vedado
Co do samego miasta, to w tak krótkim czasie udało nam się zwiedzić jedynie Starą Hawanę (ładnie), Centrum (w okolicach Kapitolu ładnie, dalej brudno) i rejon Placu Rewolucji (pusto). Starówka jest naprawdę ładna, a dzięki odmalowanym i połatanym fasadom sprawia na pierwszy rzut oka wrażenie najlepiej zachowanej starówki na świecie. Ale jak wspominałem wcześniej, wrażenie to jest złudne. Tak czy inaczej otoczone starymi kolorowymi kamienicami urocze placyki i łączące je malownicze, wąskie uliczki prowadzące też niekiedy do nadmorskich fortyfikacji naprawdę wywołują szczery zachwyt. Atmosferę psują jednak nieco wszechobecne tłumy turystów, przez które trzeba się przedzierać na najpopularniejszych szlakach. W każdym razie Stara Hawana jest z pewnością miejscem, po którym warto się powłóczyć przez minimum jeden dzień. A gdy bezwładna masa turystów zacznie być przyczyną frustracji, można zawsze odbić w bok w jakieś bardziej ustronne miejsce. My nadmiaru wycieczkowiczów pozbyliśmy się w najskuteczniejszy sposób – udaliśmy się do takiej speluny, że nikt oprócz lokalesów nie wpadł nawet na pomysł, by tu zajrzeć. Na miejscu zaczęliśmy nieśmiało od piwka, ale na drugie danie zamówiliśmy już rum. Pierwszy kieliszek kosztował jak dla turystów – 1 peso wymienialne (czyli jednego dolara). Poprosiłem o wydanie reszty w peso kubańskim, więc za następne kieliszki zapłaciliśmy już tylko po 5 miejscowych peso, czyli po 70 groszy. Co prawda z cennika wyraźnie wynikało, że powinien kosztować 3 peso, ale już machnęliśmy na to ręką, żeby nie robić przykrości barmanowi (w końcu przed chwilą za taki sam kieliszek inkasował 5 razy więcej).
Hawańska Katedra wyróżnia się barokową fasadą teatralną, która został zaprojektowana asymetrycznie (jedna z wież jest szersza od drugiej), przez włoskiego architekta Francesco Borrominiego. Freski i ołtarz główny wykonali inni włoscy artyści: Bianchini i Peruvani
Malowniczą starówkę da się obejść wzdłuż trasy z głównymi atrakcjami w 3 godziny. Po wizycie w spelunie udaliśmy się więc na krótki spacer w kierunku Kapitolu, czyli miejsca które za sprawą poustawianych starych limuzyn, dostojnych budowli i kolorowych kamienic stanowi urzeczywistnienie przywożonych ze sobą wyobrażeń o Kubie. To właśnie te obrazy każdy widywał już w książkach, filmach, czy na pocztówkach. Ponieważ w tym rejonie zlokalizowanych jest też kilka parków, pozwalających nieco odpocząć od uciążliwości palącego słońca, w jednym z nich zarządziliśmy tam krótki postój regeneracyjny. Po drodze Łukasz zdążył jeszcze pomóc policji przy naprawianiu radiowozu.
Wracając wieczorem w kierunku Maleconu ze zgrozą odkryliśmy, że wszystkie okoliczne sklepy są już zamknięte. Gdy już porzucaliśmy wszelką nadzieję, z odsieczą nadszedł miejscowy dziadek, który krętymi uliczkami zaprowadził nas do lokalu, w którym wynegocjowaliśmy uczciwą stawkę za litr tego zacnego trunku. Trzeba było się jakoś odwdzięczyć, więc zaprosiliśmy dziadka do wspólnego  biesiadowania na ławeczce, na co przystał bez większych oporów. Po paru głębszych nadarzyła się więc pierwsza okazja pogadania o tym, co tak naprawdę rodowity Kubańczyk sądzi o rewolucji i jej przywódcach. Abuelito odpowiedzi nie unikał i ze łzami w oczach powiedział wprost, że polityczny system obowiązujący na Kubie zrujnował życie jemu i jego małżonce. Żona jako lekarz zarabiała równowartość 10 dolarów miesięcznie, a on jeszcze mniej. Powiedział nam: „popatrzcie, przeżyłem tutaj całe życie i nie mam kompletnie nic. Nigdzie nie byłem, niczego nie widziałem, niczego nie doświadczyłem. Fidel i jego rewolucja zniszczyły mi życie”. Hawana w ogóle wypada dość blado na tle reszty kraju w propagowaniu rewolucyjnych osiągnięć. Na ulicach nie widać tylu propagandowych plakatów, billboardów czy murali, co gdzie indziej. Można też odnieść wrażenie, że sami mieszkańcy przyglądają się turystom przyozdobionym czapką Fidela czy koszulką z Che z pewną pobłażliwością. Tak jak mieszkańcy Zakopanego patrzyliby na obywatela Konga przemierzającego Krupówki w góralskim kapeluszu i z ciupagą w dłoni. Koniec końców dziadek się trochę pozbierał, zaproponował nam wizytę w swoim domu i zaprowadził do… dzielnicy dziwek 😉 Ponieważ okolica, w której się znaleźliśmy nakazywała poddać w wątpliwość wiarygodność jego zaproszenia, szybko się rozstaliśmy, po czym powróciliśmy do drogi prowadzącej wprost do naszej nadmorskiej promenady. Już na Maleconie zorientowaliśmy się, że zapomnieliśmy zjeść obiadu – na szczęście trwał jakiś festyn, na którym można było kupić zapakowaną w karton porcję grillowanego mięsa z ryżem. Była to jakaś lokalna impreza, na której byliśmy jedynymi obcymi. Poobserwowaliśmy sobie trochę, czy świat ma nam tutaj coś w tej chwili do zaoferowania, po czym ruszyliśmy wolnym krokiem w kierunku naszej kwatery. Asystowała nam dwójka małych dzieci, wyciągająca w naszym kierunku ręce i powtarzająca jak mantrę magiczne zaklęcie „señor… un peso, por favor”, jednocześnie imitując dłonią gest symbolizujący spożywanie jedzenia. Muszę przyznać, że podczas całodniowego spacerowania po Hawanie nie spotkałem tam ludzi, o których mógłbym powiedzieć, że z biedy przymierają głodem. Ameryka Łacińska to jednak nie Afryka, czy Azja – tutaj przyroda obficie dzieli się z człowiekiem swoimi owocami. Z drugiej strony trudno oczekiwać, że po kilkudziesięciu godzinach spędzonych na Kubie mogę się miarodajnie na ten temat wypowiedzieć. Rozegrałem więc sprawę inaczej – „un peso” nie, ale macie karton z jedzeniem. Sam byłem ciekaw, czy przyjmą ode mnie jedzenie, czy też pokażą mi środkowy palec i uciekną. Dzieciaki jednak strawę przyjęły i ze świecącymi oczami zabrały się do jedzenia. A więc jednak naprawdę były głodne. Szczerze mówiąc, byłem jednak nieco zaskoczony, bo myślałem że chodzi o zwykłe żebranie pieniędzy na polecenie rodziców.
Hawański Kapitol, wybudowany w latach 1912 – 1929 na wzór waszyngtońskiego, to gmach o wysokości 63 metrów, zwieńczony ogromną kopułą. Budynek służył jako siedziba władz Kuby, zaś po rewolucji stał się siedzibą Ministerstwa Nauki, Technologii i Środowiska.
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od solidnego, kilkukilometrowego spaceru na Plac Rewolucji, przy którym usytuowany jest gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z fasadą dekorowaną ogromną podobizną Che Guevary i towarzyszącym jej sloganem: „Hasta la victoria siempre”. Jest to ponoć najczęściej fotografowana budowla w Hawanie. Poza zrobieniem kilku fotografii niewiele jest tu jednak do roboty. Plac Rewolucji to bowiem nic innego, jak 4 hektary niewykorzystanego, zalanego betonem terenu, na środku którego wznosi się masywny, siedemnastometrowy pomnik poświęcony bohaterowi walk narodowowyzwoleńczych – Josemu Martí. Choć przypisywanie tej postaci miana bohatera walk pachnie trochę „Kaczyzmem”, gdyż Martí zginął w trakcie pierwszej bitwy (ponoć nie zdążył nawet wyjąć pistoletu). Więc jego faktyczny udział w samych walkach można by porównywać do bohaterskiej postawy niezłomnego Jarosława w dniu 13 grudnia 1981 roku. Z tą różnicą, że Jose Martí chociaż wyszedł z domu i pomimo, że na pole bitewne absolutnie się nie nadawał, to przysłużył się niewątpliwie dla sprawy jako mózg całej operacji oraz organizator i główny agitator sprawy kubańskiej na świecie.
Po powrocie z Placu Rewolucji, wzięliśmy z domu nasze bagaże i udaliśmy się na dworzec autobusowy, skąd odjechaliśmy w kierunku obieranym przez 95% osób odwiedzających Kubę, a mianowicie do Viñales.
Hawana, Plac Rewolucji - gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zdobią podobizny Ernesto Che Guevary oraz Camilo Cienfuegosa
W Hawanie spędziliśmy jeszcze jeden cały dzień na zakończenie naszej wizyty na wyspie. Postanowiliśmy przede wszystkim pozwolić sobie na odrobinę lansu oraz luksusu i tym razem, zamiast zdzierać podeszwy przemierzając kolejne kilometry, zrzuciliśmy się po 10 dolarów i wynajęliśmy na godzinę starodawnego cadillaca. Kierowca zrobił nam wycieczkę po najciekawszych miejscach w Hawanie, a my zadawaliśmy szyku wyłaniając się z krwistoczerwonego, ryczącego sześciolitrowym silnikiem cabrioleta. Chociaż pewnie zadawalibyśmy szyku znacznie bardziej, gdybyśmy byli jedyną taką ekipą w Hawanie, a nie jedną z kilkuset objeżdżających właśnie miasto zabytkowymi furami. Tak czy inaczej, za stosunkowo niewielkie pieniądze z pewnością warto taką limuzynę sobie wynająć.
Hasta la victoria siempre!
Po południu wybraliśmy się do jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc w Hawanie, a mianowicie do Muzeum Rewolucji. Muzeum urządzono w ogromnym gmachu dawnego pałacu prezydenckiego, przed którego wejściem ustawiono radziecki pojazd opancerzony, którym ponoć w trakcie imperialistycznej inwazji w Zatoce Świń powoził sam Castro. Wewnątrz w okazałych komnatach gloryfikuje się rewolucję, która wygnała z wyspy urzędującego wcześniej w tym pałacu prezydenta Batistę. Co tu dużo mówić – o ile jako przybysz z innego kontynentu stosunek do kubańskiej rewolucji mam dość obojętny, o tyle ekspozycją w tym przybytku (który nosić raczej powinien miano Muzeum Propagandy) byłem zniesmaczony i zażenowany. O ile w głównych aktorach występujących na scenie rewolucyjnego teatru, takich jak bracia Castro czy Ernesto Guevara dopatrzyć się można jeszcze jakiegoś romantyzmu (walka Dawida z Goliatem), a na pewno nie można odmówić im silnej, wyrazistej osobowości, o tyle zapoznając się z mechanizmami indoktrynacji kubańskiego społeczeństwa za pomocą propagandowej tuby zaczyna się ich postrzegać jako ludzi maluczkich. Che Guevara może wzbudzać sympatię jako ikona popkultury albo jako postać symbolizująca realizowanie własnych idei oraz marzeń na przekór całemu światu. Ale jak się przeczyta jego wypowiedzi z okresu, gdy piastował funkcję Ministra Finansów lub treść jego przemówień z początkowego okresu dyktatury, to w głowie pojawia się jedna myśl – co on pierdoli? Z obrzydzeniem czytałem dumnie wyeksponowane nagłówki gazet informujących naród kubański o skandalu związanym z zarażaniem przez CIA komarów, celem wywołania pomoru bydła na wyspie. W końcu sam pamiętam, jak zbierałem na działce „zrzucaną przez Amerykanów” stonkę ziemniaczaną. Poczucie przygnębienia potęgował też fakt, że czytając te pierdolety nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że w uszach słyszę głos towarzysza Ziemca, który podaje w telewizji publicznej informacje na podobnym poziomie absurdu, czerpiąc garściami z osiągnięć reżimowych propagand ze wszystkich stron świata. Pomimo wszystko w mojej ocenie subtelną różnicę stanowi jednak fakt, że na Kubie gloryfikowano nie osoby, które w obliczu niebezpieczeństwa schowały się pod kołdrę, lecz wyraziste osobowości, które spędziły kilka lat kryjąc się w górach i mierząc się nie tylko z wrogiem, lecz przede wszystkim z głodem, chłodem i wszelkimi niedogodnościami. Muzeum Rewolucji naprawdę mnie zdołowało i z pewnością po raz drugi się do niego nie wybiorę. Cały czar rewolucji ostatecznie pryska właśnie w tym budynku.
Hawana - Muzeum Rewolucji, albo raczej Muzeum Bezczelnej Castrowskiej Propagandy