Z Trinidadu wyjechaliśmy tuż po śniadaniu, zamierzaliśmy bowiem w drodze do Santa Clary zatrzymać się na kilkugodzinny trekking w Parku Naturalnym Topes de Collantes, oddalonym o zaledwie 21 km na północny zachód od miasta. W tym położonym na wzgórzach Sierra del Escambray parku znajduje się wiele różnych szlaków, prowadzących najczęściej do jakiegoś spektakularnego wodospadu. Początkowo planowaliśmy wyruszyć trasą prowadzącą w kierunku wodospadu Salto de Caburní, jednakże kierowca przekonał nas, że równie malowniczy (a przy tym mniej wymagający) szlak prowadzi do wodospadu Vegas Grandes. Początkowo poczuliśmy się taką sugestią delikatnie dotknięci, ale stwierdziliśmy, że kierowca z pewnością nie od dziś przywozi tutaj turystów i daliśmy wiarę jego osądowi sytuacji. Jak na prawdziwych ludzi gór przystało, minęliśmy taras znajdującej się nieopodal wejścia do parku kafejki i po dojściu do rozwidlenia dróg wyruszyliśmy dziarsko pewnym krokiem na spotkanie przygody. Dobrze, że było nas jeszcze widać spod zabudowań, dzięki czemu jeden z przewodników zdołał nas wypatrzeć i na czas zawrócić ze źle obranej drogi. Zaczęliśmy więc trekking od małego falstartu, lecz nawet przez moment nie straciliśmy pewności siebie i po chwili mając po raz kolejny wybór – w lewo czy w prawo? – ponownie wybraliśmy źle. Absolutnie tym nie zrażeni odnaleźliśmy w końcu właściwy szlak, którym dotarliśmy do piaszczystej drogi, przy której usiedliśmy, by chwilę odpocząć. W momencie, gdy wyruszaliśmy w dalszą trasę pojawiła się para turystów z wynajętym przewodnikiem. W sumie to nawet dobrze wyszło, bo po raz kolejny rozpoczęliśmy marsz w przeciwnym kierunku i dzięki temu, że przewodnik nas z tej złej drogi zawrócił zaoszczędziliśmy sporo sił i czasu. Ważne, że dalsza część szlaku wytyczona była w taki sposób, że nie można już było się zgubić. Po pół godzinie doszliśmy do rozwidlenia dróg, gdzie w prowizorycznie przygotowanym punkcie sprzedaży biletów musieliśmy nabyć wejściówki uprawniające do wejścia na szlak prowadzący bezpośrednio do wodospadów. Słowa „punkt sprzedaży” nie do końca oddają zresztą charakter tego miejsca, gdyż był to po prostu człowiek w czapeczce z logo parku, który pobierał opłaty na podstawie wbitej w ziemię tablicy z cennikiem. Wyjścia jednakże nie było i w dalszą część trasy każdy z nas wyruszył lżejszy o 10 dolarów. Droga prowadziła długą i stromą kamienną ścieżką, wijącą się zygzakiem przez zbocze wzgórza. Pokonanie tej trasy wymagało koncentracji przy każdym kolejnym kroku, a z każdym pokonanym metrem wzrastała też przygnębiająca świadomość nieuniknionego – jakoś trzeba przecież będzie wrócić tym samym szlakiem pod górę.

K U B A

 

K U B A

 

K U B A

          K U B A

 

 

K U B A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Kuba, Santa Clara

Chyba jestem już za stary, by wierzyć w mit Che Guevary…
Santa Clara, Monumento Ernesto Che Guevara/ Mausoleo del Che - miejsce pamięci Che Guevary, którego ogromny pomnik wykonano w 1987 r, w dwudziestą rocznicę śmierci rewolucjonisty
Po jakimś czasie dotarliśmy do celu i przed naszymi oczami pojawił się opadający po stromej, niemal pionowej ścianie wzgórza imponujący wodospad. Na końcu szlaku znajdowało się również zejście do małego jeziorka, w wodach którego można było nieco odświeżyć spocone po trudach wędrówki ciało. Przepływając na drugą stronę zbiornika można też było dostać się bezpośrednio pod spadający z wysokości kilkudziesięciu metrów naturalny prysznic oferowany przez wodospad. Jedynym problemem na miejscu była ilość turystów, których liczba znacznie ograniczała możliwość rozłożenia się z ciuchami przy wodzie. W pewnym momencie trzeba było dosłownie czekać w kolejce, by dostać się do wody po mokrych, śliskich kamieniach. Chwilę odpoczęliśmy, orzeźwiliśmy się w zimnej wodzie górskiego jeziorka i z bólem serca rozpoczęliśmy morderczy szlak pod górkę. W drodze powrotnej dawało się odczuć, że prowadząca kamiennym podłożem trasa jest nachylona pod kątem 45 stopni. Było naprawdę ciężko i po pokonaniu połowy trasy większość czasu zajmowały mi próby wyrównania oddechu. W pewniej chwili zastanawiałem się nad założeniem bazy i przeprowadzeniem ataku szczytowego następnego dnia, tym bardziej że widok uśmiechniętego siedemdziesięciolatka wyprzedzającego mnie bez kropli potu na czole zupełnie odebrał mi siły do dalszej walki. Na szczęście idący przodem Łukasz przekazał nam po chwili radosną wiadomość, że oto dotarł do końca tej morderczej drogi. Potem już poszło jak z płatka – co prawda jeden zwymiotował, drugi nie był w stanie wypowiedzieć zdania, a trzeci miał problem ze złapaniem oddechu, ale perspektywa pokonania drogi powrotnej biegnącej przez dość płaski teren z pewnością podniosła nas na duchu. Na parking dowlekliśmy się nawet w miarę punktualnie, dlatego też bez większych problemów wynegocjowaliśmy u kierowcy dodatkowe pół godziny na piwo. Później wyruszyliśmy w dalszą drogę do Santa Clary.
Wodospad Vegas Grandes w Parku Narodowym Topes de Collantes
Na miejsce dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Wjeżdżając w wąskie uliczki centralnej części miasta nie sposób było nie zauważyć, że różni się ono dość istotnie od dotychczas zwiedzonych na Kubie miejsc. Przede wszystkim rzucało się w oczy, że nie ma tutaj aż tylu turystów. Oczywiście, co jakiś czas widać było na ulicach osoby ewidentnie przebywające tutaj w celach turystycznych. Ale – w odróżnieniu do wielu innych miejsc z Trinidadem na czele – proporcje pomiędzy przyjezdnymi a miejscowymi były zachowane w sposób dużo rozsądniejszy niż w innych miejscach związanych z masową turystyką. Krótko mówiąc – w Santa Clarze turyści pojawiali się w tłumie Kubańczyków, a nie odwrotnie.
Nocleg zarezerwowany mieliśmy w budynku położonym tuż obok Parque Vidal – głównego placu miasta, otoczonego zabytkowymi budowlami. Oprócz tego, że taka lokalizacja pozwalała nam w oka mgnieniu znaleźć się w centrum miasta pożytek z tego był taki, że na dachu hostelu łapaliśmy sygnał umieszczonego na placu nadajnika i po raz pierwszy na Kubie mogliśmy w miarę swobodnie korzystać z dobrodziejstw internetu. Korzystając z tego, że centralna część miasta znajduje się u naszych stóp, wyszliśmy na krótki rekonesans. Santa Clara, nawet w ścisłym centrum miasta, dalece odbiegała z zakresem i standardem oferty turystycznej od innych miejsc odwiedzonych przez nas na Kubie. Przemierzyliśmy wzdłuż i wszerz uliczki odbiegające z każdej strony Parque Vidal i szczerze powiedziawszy – na dobrą sprawę nie było tam nawet jednej otwartej restauracji. Trochę więc z braku innych możliwości, a trochę ze zwykłej ciekawości wstąpiliśmy do obskurnego baru dumnie reklamującego się na szyldzie jako „bar trzeciej kategorii”. Wewnątrz nasza obecność wzbudziła nie lada sensację – zarówno wśród klientów, jak i personelu. Jedni i drudzy przyglądali się nam w taki sposób, w jaki mieszkaniec Zakopanego patrzyłby zapewne na pijanego murzyna w stroju góralskim i z ciupagą w ręku. Pierwsze lody przełamała najstarsza (a więc pewnie i taka, co to niejedno już w życiu widziała i szok wywołany naszym wejściem do baru minął jej jako pierwszej) ekspedientka, pokazując nas paluchem i wybuchając śmiechem (a raczej rechotem), który wywołał u nas dreszcze – nie wiedzieliśmy bowiem, czy był to gest przyjaźni, czy też może próba rzucenia na nas uroku. Być może winien całej tej sytuacji był po prostu po raz kolejny Łukasz, na którego widok ekspedientka doznała nagłej projekcji wspomnień z czasów, gdy Fidel był młody, a ona tylko trochę od niego starsza. A żeby sytuacja stała się jeszcze bardziej absurdalna, nie wiadomo skąd wewnątrz baru pojawił się jakiś dziadek sprzedający stare kubańskie gazety, trzymając na wierzchu reprodukcję egzemplarza z czasów rewolucji, z Fidelem – Łukaszem na okładce. No cóż, trzeba było po tej magicznie abstrakcyjnej chwili powrócić do interesów. Spośród trzech pozycji stanowiących aktualną ofertę baru wybraliśmy krokiety ziemniaczane w cenie jednego peso kubańskiego (czyli czternastu groszy polskich) za sztukę. Za tą śmieszną kwotę otrzymaliśmy całkiem dużego, pożywnego, a co najdziwniejsze – wcale nie najgorzej smakującego krokieta i udaliśmy się w dalszą drogę, zostawiając roześmianą wiedźmę pogrążoną we wspomnieniach o dniach rewolucyjnej chwały. Rozochoceni nowymi możliwościami oszczędzania pieniędzy oraz zachęceni faktem, iż żaden z nas nie leżał po tym krokiecie w konwulsjach i torsjach, na drugie danie zamówiliśmy sobie po hamburgerze – również w barze kategorii trzeciej, zlokalizowanym przy centralnym przystanku autobusowym miasta. Powiedzieć o tym hamburgerze, że był smaczny, to jakby nie powiedzieć nic. Był po prostu pyszny. Ale kosztował też prawie dolara, a więc równowartość dwudziestu kilku krokietów…
Santa Clara – odrestaurowane, kolorowe budynki przy Parque Vidal
Nieopodal burgerowni przyciągał z daleka wzrok budynku, którego dach zdobił ogromny napis: „Gracias Fidel”. Nie sposób było przejść obok takiej budowli obojętnie i nie zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia – w szczególności, że przemieszczaliśmy się przecież z młodym Fidelem we własnej osobie. Naprzeciwko znajdował się punkt sprzedaży ETECSu, a ponieważ pierwszy raz widzieliśmy ich siedzibę nie obleganą przez setki stojących w kolejce Kubańczyków, weszliśmy do środka i zakupiliśmy karty do internetu – po raz pierwszy na legalu (tzn. nie od koników) i po urzędowych stawkach. Przy wyjściu z budynku zaczepił nas ochroniarz, wyciągając zza lady kilka butelek i proponując nam zakup rumu po atrakcyjnej cenie – 3 dolary za sztukę.
Mając do dyspozycji internet i rum, poszliśmy się relaksować w parku wypełniającym cały centralny plac miasta. Po pewnym czasie usłyszeliśmy, że w jednej z knajp otaczających rynek rozpoczął się występ zespołu przygrywającego najbardziej znane kubańskie szlagiery. Przenieśliśmy się więc do środka, by aktywnie uczestniczyć w rozpoczynającej się zabawie. Dodatkową atrakcję stanowił fakt, że kilkunastoosobowy zespół rozłożył się z gratami przed wejściem do toalety, w związku z czym każda z osób udających się za potrzebą musiała przeciskać się pomiędzy muzykami, a więc niejako zmuszana była do odtańczenia swojego własnego tańca pomiędzy kiwającymi się na boki i skaczącymi muzykami. Nie ulega wątpliwości, że muzyka odgrywa niezmiernie istotną rolę w życiu Kubańczyków i że mają oni ten dodatkowy gen, dzięki któremu wykazują niewiarygodne wręcz poczucie rytmu. A z takim wyczuciem rytmiki nogi same niosą na parkiet wszystkich bez wyjątku – kobiety i mężczyzn, starców i dzieci. No, ale odbywająca się w barze impreza nie była przecież dla Kubańczyków (przynajmniej w sensie zabawy). Schemat był prosty – kapela gra na żywo i przyciąga do baru klientów. Czyli turystów. Czyli dolary. Co pół godziny członkowie zespołu przechodzą pomiędzy ludźmi z czapką i zbierają „co łaska”. Bar sprzedaje dużo drinków, więc pewnie też coś kapeli odpala (bo przecież mogą iść grać do innego baru). Pomiędzy turystami kręcą się młodzi, wysportowani Kubańczycy. Prawie każdy z nich obskakuje jakąś amerykańską lub europejską turystkę, wyciągając ją do tańca – wszystko jedno, czy na parkiecie, czy obok stolika. Każdy kubański facet tańczy o wiele lepiej niż jakakolwiek biała turystka, ale przecież nikomu to nie przeszkadza. Ja przeżyłem chwile grozy, bo jeden okazały, czarnoskóry tancerz nie mógł sobie znaleźć wolnej partnerki, więc ubzdurał sobie, że nauczy tańczyć mnie. Na szczęście wystarczyło moje stanowcze, dwadzieścia razy powtórzone: „nie” i się ode mnie odczepił. Co jakiś czas kubańscy tancerze odchodzili gdzieś ze swoimi „uczennicami z kursu tańca”. Byłem przekonany, że po prostu przychodzą tam wyrywać laski, ale temat jest chyba bardziej złożony. Prawdopodobnie część z nich odstawiała w barze taniec lub dwa, a potem namawiała zapoznane dziewczyny na pójście na „najlepszą dyskotekę w mieście”. Tam wstęp już był płatny, a drinki droższe i z pewnością właściciele takich lokali odpalali małolatom działkę za przyprowadzanych klientów. Mechanizm ten zrozumiałem, gdy następnego dnia wchodziliśmy do pizzerii i nie wiadomo skąd pojawił się przy nas ten sam gość, który tak usilnie próbował nauczyć mnie tańca. Musiałem jasno i wyraźnie powiedzieć osobom z obsługi, że ten gość nie wiadomo kiedy się do nas przypałętał, że do restauracji trafiliśmy sami i że go nie znamy, a już na pewno nie on nas tu przyprowadził. Tamten natomiast twardo upierał się, że nasza obecność w lokalu to jego wyłączna zasługa (zwyczajowo dostałby pewnie z tego tytułu pieniądze albo chociaż jedzenie). W zasadzie to nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie próbował zrobić tego numeru w tak beszczelny sposób. Ale wróćmy do baru z muzyką na żywo. Gdy lokal wypełnił się już turystami, wewnątrz pojawił się cały szwadron dziwek. Można je było z grubsza podzielić na dwie kategorie – dojrzałe, doświadczone metresy i świeżynki na pierwszy rzut oka wyglądające na nieletnie (zawsze mnie to zastanawiało, że ludzie przebywający w obcym kraju nie boją się korzystać z usług dziewczyn wyglądających na nieletnie – przecież informowanie policji przez opiekuna takiego dziewczęcia mogłoby okazać się lepszym biznesem niż handlowanie jej ciałem). O dziwo – i jedne i drugie bardzo szybko znajdowały sobie adoratorów, z którymi udawały się do hoteli lub w krzaki. To, dokąd się udawali można było odgadnąć na podstawie czasu, po którym wracały do baru. Trzecią kategorię miejscowych kobiet obecnych na sali stanowiły „emerytowane” prostytutki, które po prostu próbowały naciągnąć klientów na drinka. Przy czym nie chciały wcale dostać tego drinka – tylko jego równowartość w walucie. Należy jednak pamiętać, że z naszej perspektywy zapłacenie 10 dolarów za 4 mojito w barze nie stanowiło problemu. Dla wielu Kubańczyków to samo 10 dolarów stanowiło z kolei ogromny wydatek jak na 4 drinki.
W trakcie zamawiania drugiej kolejki mojito, barman wprowadził mnie w konsternację – zwracając się do mnie użył bowiem zwrotu „coño”, który zgodnie z moją znajomością języka hiszpańskiego stanowi wulgarne określenie męskich i żeńskich narządów rodnych. Nieco zaskoczony wróciłem do stolika i podzieliłem się z chłopakami newsem, że barman prawdopodobnie zwrócił się do mnie z tekstem oznaczającym mniej więcej: „do usług, chuju!”. Jednocześnie zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem na Kubie to określenie nie ma innego, mniej pejoratywnego znaczenia. Postanowiłem sprawdzić to przy najbliższej nadarzającej się okazji, a więc po opróżnieniu szklanek. Udałem się do baru i stanowczym tonem zwróciłem się do barmana słowami: „Hej, coño, una vez mas”, co stanowiło bezpośrednią kontynuację obyczaju zainicjowanego przez barmana, a według posiadanej przeze mnie wiedzy oznaczać mogło: „jeszcze jedną kolejkę, chuju!” Jednocześnie bacznie przyglądałem się jego reakcji, żeby ostatecznie rozstrzygnąć jak to w rzeczywistości jest z używaniem zwrotu „coño”. Barman nie wyglądał co prawda na specjalnie zbulwersowanego moją odzywką, natomiast dało się zauważyć (co potwierdził również później jeden z kolegów), że zastygł na moment z przechyloną butelką, jakby zaskoczony formułą usłyszaną z moich ust. Tak więc nie udało mi się ostatecznie rozwiązać tej semantycznej zagadki. Sprawa jest jednak prosta – albo wyraz „coño” nie ma na Kubie pejoratywnego znaczenia, albo po prostu w trakcie krótkiej znajomości przeszliśmy z barmanem na „per chuju”. W tym drugim przypadku należałoby podkreślić, że jeszcze nigdy w trakcie zagranicznej wizyty nie spoufaliłem się aż tak bardzo z mieszkańcem kraju, który odwiedziłem.
Impreza skończyła się równie szybko, jak się zaczęła, a wszyscy obecni zaczęli rozchodzić się na cztery strony świata w dość oczywistej kolejności – najpierw turyści, potem dziwki i orkiestra, a na końcu obsługa. My opuściliśmy lokal gdzieś pomiędzy dziwkami a kapelą i udaliśmy się na spoczynek po dość intensywnym dniu.
Dzięki, Fidel - na szczęście interweniujący nieopodal policjant nie zwrócił uwagi, że robimy sobie żarty w rewolucyjnych władz
Położona w centralnej części Kuby Santa Clara znana jest głównie jako miejsce kluczowej bitwy w trakcie rewolucji Kubańskiej, w której partyzantom udało się zdobyć miasto (w kontekście działań zbrojnych mające duże znaczenie strategiczne, z uwagi na krzyżujące się tutaj drogowe i kolejowe szlaki komunikacyjne). Akcją rewolucjonistów kierował sam Ernesto Che Guevara, który odniesionym tutaj zwycięstwem umocnił swoją pozycję w szeregu liderów powstania i stworzył podwaliny do zbudowania legendy otaczającej tą postać. Choć należy szczerze przyznać, że niektóre źródła historyczne poddają w wątpliwość zarówno „bohaterskie czyny” Che, jak i samo znaczenie tej bitwy dla dalszego przebiegu rewolucji). Nie ma jednakże żadnych wątpliwości, że przybywających tutaj dziś turystów przyciąga głównie postać osławionego rewolucjonisty, którego szczątki (sprowadzone z Boliwii w 1997 roku – w trzydziestą rocznicę śmierci) spoczęły w ochoczo wzniesionym przez Kubańczyków Mauzoleum Che Guevary.
Zwiedzanie „miejsc kultu” związanych z postacią El Che rozpoczęliśmy od wizyty w Monumento al Tren Blindado (Pomnik pociągu pancernego), wzniesionego w miejscu, w którym zgodnie z przekazami doszło do ataku partyzantów pod osobistym przewodnictwem Che Guevary na pociąg pancerny ze wsparciem dla walczącej na wschodzie kraju armii Batisty, transportujący 373 żołnierzy oraz broń, amunicję i zaopatrzenie pozwalające utrzymać pozycje przez dwa miesiące. Zgodnie z obowiązującą „wersją zdarzeń” Che Guevara osobiście prowadził zabrany z pobliskiej szkoły rolniczej buldożer, którym zniszczył 30 metrów trakcji kolejowej i tym samym doprowadził do wykolejenia się pociągu. Zwycięstwo to było oczywiście wielkim sukcesem rewolucjonistów, w szczególności biorąc pod uwagę, że pociąg zaatakował oddział liczący zaledwie 18 partyzantów. Po kilku kolejnych dniach walk, wojska rewolucyjne zdobyły Santa Clarę, zaś prezydent Batista następnego dnia zbiegł z Kuby, stąd też powszechnie przyjęto tezę, iż bitwa ta przechyliła szalę zwycięstwa w wojnie domowej na rzecz oddziałów Castro.
Santa Clara, Monumento a la Toma del Tren Blindado – legendarny buldożer, którym rzekomo osobiście dokazywał sam Che Guevara!
Obecnie tuż obok torów kolejowych zwiedzać można cztery odrestaurowane oryginalne wagony pociągu pancernego, w których umieszczono całkiem sporo historycznych zdjęć oraz kilka egzemplarzy przechwyconej broni. Na terenie obiektu znajduje się również historyczny, legendarny buldożer, za sterami którym rzekomo Che Guevara dokonywał swych heroicznych czynów. Część znawców tematu twierdzi jednak, że jest to model z lat późniejszych, zaś zarówno sama rola jaką odegrał Che Guevara w bitwie o Santa Clarę, jak i w ogóle znaczenie tej bitwy zostały wyolbrzymione przez castrowską propagandę, potrzebującą bohaterów „na miarę Che” (ponoć duża część żołnierzy po wykolejeniu pociągu po prostu przeszła na stronę rewolucjonistów).
Nie sposób pominąć tutaj jednego istotnego wątku. Otóż naprzeciwko Monumento al Tren Blindado, po drugiej stronie ulicy, znajduje się duży, elegancki sklep, w którym turyści mogą zakupić liczne pamiątki związane z postacią Che Guevary – począwszy od t-shirtów, a skończywszy na portmonetkach, zapalniczkach, naszywkach, fajkach, flagach i innej cepelii. Nie ulega żadnej wątpliwości, że osoba Ernesto Guevary de la Serny jest na Kubie postacią ważną i powszechnie szanowaną. A jak wygląda szacunek dla poglądów oraz idei głoszonych przez El Che? Tu mam już pewne wątpliwości. Mogłoby się wydawać, że Che Guevara – na wskroś przesiąknięty ideami marksizmu, publicznie głoszący w kontekście ataku atomowego na Stany Zjednoczone, że zdecydowałby się poświęcić miliony istnień, by zadać ostateczny cios amerykańskiemu imperializmowi, nie byłby dziś zachwycony widząc, jak jego rodacy nabijają sobie kieszenie dewizami dzięki sprzedaży pamiątek z jego podobizną. Jest to doprawdy żart historii, że osoba walcząca przez całe swoje życie z konsumpcjonizmem i kapitalizmem stała się w rzeczywistości trybem w maszynie pozwalającej bogacić się osobom produkującym gadżety z jej wizerunkiem. Stając się narodowym bohaterem, a następnie ikoną popkultury, Che Guevara stał się zaprzeczeniem wszystkich wartości, o które walczył. I patrząc na ten sklep – jak na warunki kubańskie bardzo zresztą elegancki, zlokalizowany dwadzieścia metrów od słynnego buldożera - można dojść do wniosku, że w Santa Clarze znajdują się dwa mauzolea poświęcone El Che – w jednym pogrzebano jego ciało, w drugim – jego idee i marzenia.
Santa Clara, Monumento a la Toma del Tren Blindado – wagony wykolejonego pociągu z żołnierzami Batisty
Mauzoleum Ernesto Che Guevary, znajdujące się przy zajmującym ogromną przestrzeń Placu Defilad, było kolejnym odwiedzonym przez nas w Santa Clarze miejscem. Ogromne białe kamienne bloki pokryte są płaskorzeźbami dokumentującymi bohaterskie czyny El Che oraz cytatami zawierającymi jego najsłynniejsze „złote myśli”. Nad całością góruje ogromny kilkunastometrowy czarny monument przedstawiający Che Guevarę z ręką na temblaku (wykonany na podstawie zdjęcia Che, zrobionego po potyczce z oddziałami Batisty, w której został ranny). U podstaw statuy umieszczono najsłynniejsze chyba motto El Che: „Hasta la victoria siempre” („zawsze do zwycięstwa”). Samo mauzoleum jest miejscem takim, jakim miało być z samego założenia – patetycznym i wzniosłym. Składa się ono z dwóch skrzydeł – w lewym, przypominającym skalną grotę pochowano sprowadzone z Boliwii szczątki Che Guevary oraz jego towarzyszy, którzy polegli wraz z nim w Ameryce Południowej. W prawym skrzydle znajduje się muzeum poświęcone Che Guevarze, w którym zgromadzono ogromną ilość fotografii (od kołyski aż po grób) i niezliczone przedmioty będące jego własnością (jak na komunistę, to całkiem sporo miał swoich własnych przedmiotów) – broń, radiostację, motor, rękopisy, rzeczy osobiste, mundury, dokumenty, sławny beret, przybory toaletowe, itp.
Wewnątrz mauzoleum liczni strażnicy stali na straży przestrzegania rygorystycznych zasad panujących w miejscu poświęconym bohaterowi rewolucji. O ile potrafiłe zrozumieć, dlaczego w grocie ze szczątkami El Che trzeba zachować ciszę i nie wolno robić zdjęć, o tyle trudno mi było pojąć dlaczego nie mogę zrobić zdjęcia beretu w drugim skrzydle budynku. Przyglądając się majestatycznemu pomnikowi Che Guevary przez pryzmat zmian zachodzących na Kubie, w szczególności po śmierci Fidela Castro i rozluźnieniu łańcuchów reżimu, trudno nie postawić sobie pytania – czy ten ogromny monument podzieli los podobnych, wyburzanych w całej Europie wschodniej pomników Lenina i innych osób zasłużonych dla socjalizmu? A może raczej pytanie powinno brzmieć nie „czy” tylko „kiedy”? Moim zdaniem na razie jest jeszcze zbyt wcześnie, by przewidywać tak drastyczną zmianę w podejściu Kubańczyków – zarówno w stosunku do Che Guevary, jak też i całej rewolucji. Zmiany na Kubie będą postępować – tego już nikt i nic nie zatrzyma, Kuba będzie coraz bardziej otwierać się na świat, ale z pewnością jej mieszkańcy z dnia na dzień nie zrezygnują z tego całego folkloru, który przyciąga na wyspę turystów. Bo bez sześćdziesięcioletnich cadillaców, tak jak i bez kultu Che Guevary, Kuba stanie się tylko kolejną karaibską wyspą z ładnymi plażami. Póki co, Ernesto Guevara de la Serna może więc spokojnie spoglądać z wysokiego monumentu na Kubę i sprzedających koszulki z jego podobizną Kubańczyków, wzrokiem przepełnionym ubolewaniem, że niczego nie zrozumieli oni z szerzonych przez niego idei. A może wprost przeciwnie – zrozumieli wszystko, tylko wybrali inną drogę… Tak czy inaczej, w mojej ocenie Che Guevara na pewno nie jest postacią jednoznaczną, a już na pewno nie jest postacią, której można w ślad za castrowską propagandą przypiąć łatkę „wzoru cnót”. Pozostanie on jednak w świadomości masowej przez jeszcze długi czas symbolem sprzeciwu wobec silniejszego, personifikacją przeciwstawienia własnych idei oraz marzeń regułom narzucanym przez światowe mocarstwa i współczesnym romantycznym Dawidem, który próbował walczyć z Goliatem. A to, że system z którym próbował walczyć ostatecznie wciągnął go, przemielił i wykorzystał dla własnych potrzeb to już zupełnie inna historia.   
Zachęceni brakiem jakichkolwiek negatywnych konsekwencji po ubiegłodniowym stołowaniu się w najniższej klasy barach, w drodze powrotnej do hostelu zatrzymaliśmy się przy okienku, przez które sprzedawano pizzę. Jest to opcja bardzo popularna wśród Kubańczyków, którzy tłumnie szturmują tego rodzaju punkty gastronomiczne umożliwiające zaspokojenie głodu za kilka lokalnych peso. Bieda-pizza o średnicy ok. 20 cm kosztowała tam 5 peso, a więc równowartość 70 groszy. Byłaby nawet całkiem smaczna, gdyby nie jeden fakt – na Kubie występuje deficyt mleka, które w procesie produkcji żółtego sera zastępowane jest mąką. Jest to wyraźnie wyczuwalne w smaku i o ile na zimno taki ser da się jeszcze przełknąć, o tyle na ciepło stanowi to już pewien mdlący problem. 
Santa Clara, Monumento Ernesto Che Guevara. Statua przestawia postać bojownika z jedną ręką na temblaku i z drugą dzierżącą karabin. Kamienne bloki pokryte są płaskorzeźbami przedstawiającymi bohaterskie czyny El Che oraz jego najsłynniejszymi cytatami. Tuż obok wznosi się mauzoleum, w którym złożono ciało Che Guevary, sprowadzone z Boliwii prawie 30 lat po śmierci. Oficjalny pogrzeb z honorami odbył się 17 października 1997 roku