Odprężeni po popołudniowej kąpieli w orzeźwiającej i cudownie chłodnej wodzie przy wodospadzie El Nicho, wyruszyliśmy w kierunku kolejnego miejsca z naszego planu, czyli do kolorowego, kolonialnego Trinidadu. Na miejsce dotarliśmy już po zmroku i pomimo niewielkich rozmiarów miasta kierowca dość długo ustalał położenie naszych apartamentów. Zatrzymaliśmy się w Hostal El Sureño, gdzie za kwotę 205 złotych (za cztery osoby na dwie noce) dostaliśmy do dyspozycji cały obiekt, składający się z dwóch sypialni oraz części wspólnej z aneksem kuchennym, a także z prywatnym tarasem. Co prawda nie powiadomiliśmy gospodarza o godzinie naszego przyjazdu, ale nie stanowiło to problemu – dwie osoby siedziały na schodkach przed budynkiem i czekały na nas. Nie wnikałem nawet od której na nas czekali – w końcu siedzenie na ulicy przed domem jest, jak mogłoby się wydawać, ulubioną codzienną aktywnością Kubańczyków. Co więc za różnica, czy ktoś siedzi bez żadnego celu, czy też siedzi w oczekiwaniu na hotelowych gości. Z drugiej strony, taka dbałość o klienta (charakterystyczna zresztą w miejscach, gdzie kapitalizm dopiero nieśmiało zaczyna raczkować) jest niezmiernie miła, bo koniec końców noclegi zostały z góry opłacone i gospodarz mógłby nas olać, skoro sami go nie poinformowaliśmy, o której zamierzamy przyjechać. Po przejściu wszystkich biurokratycznych procedur rejestracyjnych, wysłuchaniu wszelkich ofert w zakresie uatrakcyjnienia naszego pobytu oraz ustaleniu godziny śniadań, wyruszyliśmy na miasto.

K U B A

 

K U B A

 

K U B A

          K U B A

 

 

K U B A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Kuba, Trinidad

Wszyscy piją drinki i jedzą homary, przy kubańskich rytmach wydając dolary
Panorama Trinidad z wieży Palacio Cantero
Trinidad jest miastem niewielkim, liczącym zaledwie 70 tysięcy mieszkańców. Nasz apartament, choć znajdował się nieco na uboczu od gwarnego centrum, jednocześnie był oddalony od głównego placu miasta jedynie o 10 minut drogi spacerem. Nieopodal mieliśmy stację benzynową, pełniącą funkcję całodobowego sklepu. Piwa brak (skończyło się i nie wiadomo kiedy będzie), napoi brak. Jest woda i rum. Woda kosztuje 4 dolary za półtoralitrową butelkę, a litr ciemnego rumu Havana Club - 10. Z wody więc rezygnujemy. Tak naprawdę to nawet nie wiem, czy mieli tam paliwo, bo w trakcie całego naszego pobytu w Trinidadzie nie widziałem, żeby ktokolwiek tam tankował. Wewnątrz budynku miejscowy żul, ledwo już trzymający się na nogach, kupował butelkę rumu z przypalonym papierosem w ustach (najwyraźniej bliskie sąsiedztwo dystrybutorów absolutnie mu nie przeszkadzało). Na widok Łukasza paradującego w czapce a la Fidel żul doznał spektakularnego wzruszenia i zaczął czule go obściskiwać, wyjąc na cały sklep „mi commandante!” ku radości gawiedzi. Z Łukaszem zresztą była taka sprawa, że dopóki nie kupił na bazarze czapki Fidela to wyglądał po prostu jak zarośnięty Łukasz. Natomiast gdy tylko ową czapkę założył, to faktycznie wyglądał jak młody Fidel Castro. Większość Kubańczyków miało to w nosie, ale zdarzały się pojedyncze osobniki, które na jego widok doznawały jakiejś ekstazy, przywołując w pamięci dni własnej młodości i cudzej chwały. Takie sytuacje przytrafiły nam się na wyspie parokrotnie.
Promienie zachodzącego słońca rzucają ciepłe światło na kolorowe budynki
Centrum Trinidadu tworzą nieoświetlone w nocy zabytki, pomiędzy którymi krajobraz uzupełniają minibary serwujące przez okno drinki w plastikowych kubeczkach oraz restauracje o przeróżnym standardzie. Nigdy dotąd nie byłem jeszcze chyba w mieście, w którym tak łatwo o alkohol – sprzedawcy drinków mają tu swoje „okna życia” co kilkadziesiąt metrów. Na samym głównym placu można kupić drinka w dwóch sąsiadujących ze sobą budynkach. Są to po prostu wydzielone z mieszkań pomieszczenia, które zaadoptowane zostały do wymogów prowadzenia barów typu „fast drink”. Ceny, w zależności od atrakcyjności lokalizacji okna wahały się od 1,5 dolara za drinka (w miejscach nieco oddalonych od głównego placu) do 2,5 dolara przy placu. Nam najbardziej przypadł do gustu punkt, w którym serwowano wersję „grande” i w cenie 2,5 dolara przygotowywano drinka w kubeczku o pojemności 0,3-0,4 litra. Z tymi kubańskimi drinkami to w ogóle jest dość zabawna sprawa. Otóż barmani na Kubie, podobnie zresztą jak na całym świecie, oszukują klientów na zawartości koktajli. W każdym innym kraju polega to jednak na tym, że barman wlewa mniej alkoholu niż powinien, uzupełniając zawartość szklanki wodą. Na Kubie wprost przeciwnie – barman wyciąga butelkę wody, wlewa zaledwie kilka kropel, a niedobór wody uzupełnia rumem. Muszę jednak uczciwie przyznać, że jeżeli mam już paść ofiarą barmana – oszusta, to zdecydowanie wolę być ofiarą przekrętu w stylu kubańskim…
Trinidad, Iglesia Santísima Trinidad
Wystarczy chwila spędzona późnym wieczorem na ulicach Trinidadu, by zorientować się, jakie jest główne źródło utrzymania mieszkańców miasta. Tłumy turystów przelewają się przez całe malutkie centrum, zaś co kilka metrów oddelegowany na bruk kelner zaprasza do restauracji (których zresztą jest tak dużo, że każda jest prawie pusta – pomimo tego, że te tłumy przyjezdnych gdzieś przecież jeść muszą). My zdecydowaliśmy się na jedną z restauracji położonych o kilka przecznic od głównego placu, dzięki czemu mogliśmy nieco odetchnąć od nieznośnego gwaru ścisłego centrum. Spokoju jednak szczególnie nie zaznaliśmy – ledwo zdążyliśmy złożyć zamówienie, a już przy stoliku pojawił się duet miejscowych śpiewków. Co ciekawe – o ile dla pary spożywającej posiłek przy stoliku obok muzycy zaintonowali „Besame mucho”, a dla wycieczki siedzącej nieco dalej wykonali standardy z „Buena Vista Social Club”, to w naszym wypadku – dobierając repertuar na podstawie wnikliwej obserwacji otoczenia postanowili rozpocząć występ od zagrania „Hasta siempre, comandante” – smutnej, aczkolwiek wpadającej w ucho melodii skomponowanej w 1965 r w odpowiedzi na list pożegnalny Che Guevary, który postanowił opuścić wyspę i szerzyć idee rewolucyjne w Kongo (a potem w Boliwii). Pieśń wychwalająca rewolucyjne osiągnięcia Che, po jego śmierci nabrała charakteru swoistego hymnu na jego cześć, zaś melodyjny refren to wprost wyżyny wazeliniarstwa („tutaj pozostaje jasna, głęboka przejrzystość Twojej kochanej obecności, komendancie!”). Tak czy inaczej wybór tej pieśni dla umilenia wieczoru czterem gościom (spośród których dwóch miało na głowach czapeczki a la Fidel, zaś trzeci beret a la Che) wydawał się być wyborem całkiem logicznym. Sprawa wyglądałaby dużo gorzej, gdyby muzycy zdecydowali się zagrać nam „Besame mucho”, co nie świadczyłoby najlepiej zarówno o naszym wyglądzie, jak i zachowaniu.
Trinidad - pełna paleta kubańskich barw
Po kolacji wróciliśmy w rejon Plaza Mayor, gdzie na tyłach Katedry ciągną się szerokie schody prowadzące do polecanego we wszystkich możliwych przewodnikach przybytku zwanego Casa de la Música. Wszystkie publikacje na temat Trinidadu zgodnie podkreślają, że jest to miejsce obowiązkowe na liście tutejszych atrakcji i w którym można obejrzeć pokazy salsy i bawić się w rytm kubańskich rytmów. Nigdzie natomiast nie wspomniano, że jest jedno ale – zabawa i owszem trwa tam w najlepsze, ale niestety bawią się tam głównie wycieczki emerytów z Europy i Stanów Zjednoczonych. I tak to trochę jest z całym Trinidadem – niby ładnie, niby miło, niby rum cieknie strumieniami, niby „baila, baila” i jedna wielka impreza, tylko… brakuje tu Kubańczyków. Pojedyncze egzemplarze giną gdzieś w tłumie turystów, ale prawda jest taka, że 80 procent klimatu tej wyspy tworzą właśnie jej mieszkańcy. I choćby człowiek wypił nie wiadomo ile mojito z ziomalami z Anglii i spędził całą noc tańcząc salsę z ziomkami z Niemiec, to Kuba bez Kubańczyków po prostu nie istnieje. A atrakcje takie jak Casa de la Música (przynajmniej w takim wydaniu) zwyczajowo omijam szerokim łukiem. Dlatego też po wypiciu kilku mojito grande bez większego żalu wróciliśmy do naszej kwatery.
Trinidad, Iglesia Santísima Trinidad z 1892 roku
Następnego ranka większość z nas zaobserwowała u siebie symptomy drugiego kryzysu kubańskiego. Ostatnie dni spędzone w ciągłej podróży, codzienne upały, a także zapewne ilości spożywanego wieczorami rumu nadwyrężyły nieco nasze żelazne organizmy, które po prostu domagały się dnia odpoczynku. Postanowiliśmy więc nie szukać na siłę miliona dodatkowych rozrywek, nadrobić braki snu, naładować trochę bateryjki i spędzić dzień na spokojnych wędrówkach po mieście. Trinidad znakomicie nadawał się na takie sanatorium, gdyż co prawda w mieście jest cała masa ciekawych budowli, lecz wszystkie są zlokalizowane w bliskiej odległości od Plaza Mayor. Szczerze powiedziawszy, spacer z głównego placu do większości zabytkowych obiektów nie zajmuje dłużej niż 5 minut.
Uliczka prowadząca do najstarszej części Trinidad
Założony w 1514 roku Trinidad – trzecia najstarsza osada ludzka na Kubie, jest bez dwóch zdań miastem bardzo ładnym. Świetnie zachowana kolonialna starówka, z kolorową zabudową ciągnącą się wzdłuż brukowanych uliczek zachowała swój dawny klimat. Myślę, że w dużej mierze dzięki temu, że miasto położone na wzgórzach pozbawione było naturalnych warunków do nadmiernej ekspansji terytorialnej, przez co uniknęło losów wielu zabytkowych ośrodków, których krajobraz dziś psują szklane wieżowce i kominy fabryk. Trinidadu przekleństwa współczesnych miast nie dotknęły, a budząca zachwyt kolonialna zabudowa pozostała świadectwem przypadającego na XVIII wiek okresu świetności miasta, gdy Trinidad był wiodącym ośrodkiem handlu cukrem. Nie można też wykluczyć, że postępujący od początku XIX wieku stopniowy spadek znaczenia miasta oraz powstanie nowych szlaków handlowych biegnących przez oddalone o 50 km Cienfuegos, paradoksalnie miały pozytywny wpływ na losy Trinidadu, któremu udało się zachować dawny urok, dzięki czemu przyciąga corocznie miliony turystów podziwiających kolonialną architekturę miasta. Pieniądze, które mieszkańcy miasta stracili dwieście lat temu w wyniku upadku znaczenia gospodarczego ośrodka, dziś wracają z nawiązką, a dolary i euro płyną szeroką rzeką wprost z wypchanych portfeli turystów, przywożonych tu autokarami z całej Kuby. Oczywiście jest też druga strona medalu – poruszanie się wśród tych pięknych budowli w towarzystwie trzydziestoosobowych grup prowadzonych przez przewodników z megafonami, po pewnym czasie staje się udręką. Na szczęście większość wycieczek przyjeżdża do Trinidadu tylko na kilka godzin i okupuje tylko ścisłe centrum starówki. Wystarczy natomiast oddalić się stamtąd kilkaset metrów i już można rozkoszować się samotnością wędrówki po brukowanych drogach. Jeden z najbardziej malowniczych i rzadko uczęszczanych szlaków prowadzi wzdłuż parterowej, kolorowej zabudowy w kierunku najstarszej części miasta, gdzie na nagiej, niezabudowanej połaci miasta wznoszą się trzy proste, drewniane krzyże. Same krzyże nie stanowią oczywiście jakiejś wyjątkowo widowiskowej atrakcji, ale budynki usytuowane w bezpośrednim sąsiedztwie placu stanowią wspaniały plener fotograficzny. Odbijając od Placu Trzech Krzyży dalej, w kierunku granic miasta, robi się jeszcze ciekawiej. Poprosiłem nawigację, by wyznaczyła drogę do najstarszego kościoła w Trinidadzie, czyli górującej ponad miastem ruiny świątyni Iglesia Nuestra Señora de la Candelaria. Nawigacja wyznaczyła najkrótszą możliwą drogę, a my – ufni w nieomylność GPS, dziarsko ruszyliśmy zgodnie z otrzymanymi wskazówkami. Po pewnym czasie kamienny bruk ustąpił piaszczystej, lecz jeszcze utwardzonej powierzchni, zaś odmalowane we wszystkich kolorach tęczy parterowe budynki stopniowo zastępowały coraz to większe rudery. Brnąc dalej za radą GPS-u przemieszczaliśmy się coraz bardziej w głąb slumsów. Muszę szczerze przyznać, że był to pierwszy raz, kiedy zetknąłem się na Kubie tak bezpośrednio z tematem biedy. Początkowo jeszcze wszystko było ok – ludzie co prawda spoglądali na nas z coraz większym zdziwieniem, ale co najwyżej pospiesznie przynosili z domu cygara i próbowali nam je sprzedać. Po chwili jednak okolica zrobiła się naprawdę nieciekawa, a patrzący na nas spode łba mieszkańcy baraków coraz bardziej sprawiali wrażenie przestępców. Z jednej ze skleconych z byle czego chatek wyszedł gość naćpany czymś do nieprzytomności wyciągając ku nam drżącą, pokrytą więziennymi tatuażami rękę i dość nachalnie żebrząc o „un peso”. Poczułem się trochę nieswojo, bo jednak nie pasowaliśmy tam za bardzo w markowych ciuchach i z torbą z aparatem na ramieniu. Nie chodzi o to, że było tam jakoś strasznie niebezpiecznie – po prostu do tej pory takich miejsc na Kubie nie widzieliśmy. Szczerze powiedziawszy, to nawet już myślałem, że ta cała panująca rzekomo na wyspie bieda to wymysł „imperialistów z zachodu”. A jednak – wystarczyło odbić kilkaset metrów od uczęszczanych przez turystów szlaków by ujrzeć drugą (a może pierwszą?) twarz Kuby. Fidel byłby chyba niezadowolony, że nie udało się jej przed nami ukryć. Po 10 minutach spaceru w lekkim dyskomforcie dotarliśmy na szczyt wzgórza z resztkami kościoła z początków XVIII wieku. Budynek zasłaniały ustawione wzdłuż fasady rusztowania, zaś wokół nie było widać żywego ducha, nie licząc dwóch złodziei skuwających świeżo ułożone płytki  z przykościelnego murku. Skorzystaliśmy z faktu, że ze wzgórza widzieliśmy miasto jak na dłoni i wypatrzyliśmy sobie w miarę przyzwoicie wyglądającą drogę prowadzącą  w kierunku głównego placu miasta, gdzie dotarliśmy po kilku minutach marszu.
Widok na zabytkowe budowle Trinidad z centralnego placu miasta – Plaza Mayor
Zmęczeni wspinaczką w palącym słońcu uznaliśmy, że zasłużyliśmy na chwilę relaksu z kubkiem mojito na zacienionym krawężniku przy Plaza Mayor. Po chwili pojawił się przy nas dealer internetu, oferując nam zakup kart ETECS – kubańskiego monopolisty usług telekomunikacyjnych. Szczerze powiedziawszy, mijał właśnie ósmy dzień naszego pobytu na Kubie i w tym czasie udało nam się obyć bez połączenia z siecią. Ale wiadomo – głód internetu i uzależnienie od portali społecznościowych (gorsze podobno niż od heroiny) sprawiły, że ciężko było oprzeć się pokusie będącej teraz na wyciągnięcie ręki. Po chwili wewnętrznej walki poddaliśmy się więc i zakupiliśmy godzinny dostęp do sieci. Z internetem na Kubie jest sytuacja nietypowa. Czytałem przed wyjazdem, że można bez problemu kupić karty umożliwiające korzystanie z sieci, ale myślałem że są to karty, które po włożeniu do telefonu umożliwiają czasowy dostęp do netu. Tymczasem karty ETECS to w zasadzie karty ze zdrapką, na których znajduje się unikatowy login i hasło dzięki którym można logować się do sieci, ale tylko w określonych punktach dostępu. Nietrudno zresztą takie miejsca odnaleźć, gdyż tłum ludzi skoncentrowanych na niewielkiej powierzchni i wpatrzonych w smartfony rzuca się w oczy z daleka. Podsumowując – internet na Kubie jest, ale oprócz tego, że trzeba wykupić kartę do logowania się sieci, to jeszcze trzeba znaleźć miejsce, w którym dostępny jest sygnał umożliwiający połączenie. Na szczęście Kuba jest akurat miejscem tak atrakcyjnym, że brak internetu jest raczej błogosławieństwem niż problemem. Pewnie dlatego udało mi się wytrzymać aż 8 dni w inernetowej abstynencji. Choć muszę przyznać, że posurfować po tak długiej przerwie było całkiem miło.
Obrzeża Trinidad mają niewiele wspólnego z zatłoczoną, odrestaurowaną i odmalowaną Starówką
O godzinie dziewiętnastej stawiliśmy się na umówioną wcześniej kolację w domu rybaka, który „jest słynny na całej Kubie”, a „turyści przyjeżdżają z odległych zakątków, by zjeść przygotowanego przez niego homara”. Tak przynajmniej twierdził nasz gospodarz oraz sam „wyruszający codziennie o świcie na połów” rybak. Na miejscu okazało się też, że potrafi przyrządzić „najlepsze mojito na Kubie”. Kolacja miała miejsce w prywatnym domu, więc należy zakładać, że była to po prostu nielegalna restauracja. Nic nadzwyczajnego – tego typu obiekty dość powszechnie występują na Kubie i nie jest to żadna tajemnica. Nam w zasadzie było wszystko jedno – co nas w końcu obchodziło, czy ktoś odprowadza złodziejski podatek do budżetu, czy nie. W kwestii popularności tego miejsca coś też było na rzeczy, bo wewnątrz znajdowały się jedynie trzy stoliki, przy których odbywała się stała rotacja klientów. Policja również z pewnością o tym miejscu wiedziała, ale prawdopodobnie po prostu stołuje się tutaj za darmo (a może nawet za dopłatą). Tak czy inaczej trzeba przyznać, że choć za posiłek zapłaciliśmy po 15 dolarów za osobę – czyli w warunkach kubańskich majątek, to zostaliśmy ugoszczeni po królewsku. Każdy z nas otrzymał talerz z wielkim grillowanym homarem zapiekanym z krewetkami. Do tego bukiet surówek i miska ryżu, którego nikt nie dał rady już zjeść. Homar przygotowany był pierwszorzędnie, choć specjalistą w tym zakresie nie jestem, gdyż dopiero pierwszy raz w życiu miałem okazję zjeść tego skorupiaka w całości. A biorąc pod uwagę ceny tej potrawy w Europie - gdzie za tego rodzaju danie trzeba zapłacić równowartość kilkuset złotych – być może zjadłem całego homara po raz ostatni. Tym bardziej warto było skorzystać z takiej okazji i z pewnością wizyta w domu rybaka była świetnym pomysłem.
Obżarci jak bąki przenieśliśmy się wieczorem po raz kolejny na główny plac miasta, gdzie spotkaliśmy znajomą parę z Poznania, z którą spędziliśmy resztę wieczoru w sposób niebywale oryginalny – popijając mojito serwowane z każdego otworu okiennego w zasięgu wzroku. 
Grillowany homar zapiekany z krewetkami smakował wybornie, zwłaszcza popity kilkoma szklankami mojito