Varadero jest miejscem, które większość ludzi kojarzy choćby z samej nazwy. Białe piaski, turkusowe morze, palmy na brzegu – epatują tym wszystkie możliwe foldery agencji turystycznych, próbując barwnymi fotografiami namówić turystów do przyjazdu na wyspę. Jest to pewnego rodzaju paradoks, bo nie ma chyba na Kubie mniej kubańskiego miejsca niż właśnie Varadero. Nie było tam tego wszystkiego co sprawia, że Kuba jest kierunkiem ciekawym. Nie było tego kolorytu odmalowanych naprędce fasad kolonialnych budynków. Nie było gwaru Kubańczyków, wylegających na ulice całymi rodzinami o zmierzchu, by śmiać się i tańczyć salsę. W zasadzie to nawet i nie było tam prawdziwych Kubańczyków, którzy nie mają wstępu do cypla przekształconego w strefę turystyczną, z wyjątkiem osób zatrudnionych w branży, które jednak na pierwszy rzut oka Kubańczykami są tylko z paszportu. Była tylko ładna (naprawdę) plaża z pięknym morzem. I nic poza tym. Bardziej kubańskie od Varadero są chyba koszary amerykańskiej jednostki w Guantanamo. Oni pewnie chociaż sprowadzają sobie prawdziwe Kubanki do kwater.
Wszystko wokół było jakieś sterylnie czyste, nikt nie próbował nawet sprzedać nam „oryginalnego” cygara, nawet sklep z rumem – klimatyzowany, ze lśniącą podłogą przecieraną co chwilę mopem, nie spełniał „kubańskich standardów”. W sumie to nawet dobrze się stało, że po przyjeździe nie mogliśmy ustalić adresu naszego apartamentu, przez co taksówkarz wywiózł nas kilkanaście przecznic dalej i musieliśmy przemieścić się z całym dobytkiem kilka kilometrów. Przynajmniej odkryliśmy sklep z rumem i gdy niespodziewanie lunął deszcz, mogliśmy się schronić pod jakąś starą, zardzewiałą wiatą i zapić niesmak pierwszego wrażenia po przyjeździe w to miejsce. No dobra, nie ma już co narzekać – nie zawsze człowiek może w pocie czoła dźwigać plecak w pełnym słońcu, czasami przychodzą też dni, gdy trzeba posiedzieć na plaży.

K U B A

 

K U B A

 

K U B A

          K U B A

 

 

K U B A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Kuba, Varadero

Gdzie się podziały tamte prywatki (i Kubańczycy z tamtych lat)?
Rewolucja zakończona zwycięstwem. Co dalej, Fidelito?
Całe szczęście, że po raz kolejny trafiliśmy dobrze z zakwaterowaniem – mieliśmy do dyspozycji dwuapartamentowy segment, z dostępem do własnego basenu, a nawet z własnym minibarem (który jednak był czynny wyłącznie wtedy, gdy udało się znaleźć barmana – czyli tylko pierwszego dnia). Obok apartamentu znajdowała się restauracja, w której serwowano smaczne i niedrogie posiłki. Od naszych kwater odgradzał ją jedynie płotek sięgający wysokości kolan, więc aby znaleźć się w środku nie musieliśmy nawet wychodzić na ulicę, lecz przeskakiwaliśmy płotek obok kuchni i już byliśmy na miejscu.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że u zatrudnionych w strefie turystycznej Kubańczyków, pod czystymi, wyprasowanymi uniformami tli się nadal delikatnie gdzieś głęboko wewnątrz iskierka tego kubańskiego żaru. Wystarczy wejść z nimi w jakąś interakcję łamiącą schemat sztucznej codzienności wyznaczającej rytm życia w Varadero. W trakcie naszego krótkiego pobytu, odnotowaliśmy takie dwa zdarzenia.
Varadero, na hotelowym patio
Pierwszej nocy wróciliśmy do hotelu dość późno, ale nie na tyle, by odmówić sobie jeszcze kilku drinków na basenie. Siedzieliśmy sobie spokojnie, wymieniając przy butelce rumu spostrzeżenia na temat otaczającej nas brutalnej rzeczywistości, nie niepokojeni przez nikogo, dopóki nie postanowiliśmy skorzystać z basenu. Wtedy to momentalnie pojawiły się aż trzy osoby, aby przypilnować nas w trakcie kąpieli. Nikt oczywiście w żaden sposób nie ingerował w nasze pomysły, po prostu troje ludzi z obsługi usiadło w kącie i pilnowało, abyśmy się nie potopili. Kiedy wyszliśmy z basenu, dwoje z nich odeszło (widząc, że nie jest z nami tak źle, jak wynikałoby to z poziomu płynu w butelce), zostawiając na wszelki wypadek jednego faceta na straży. Zaprosiliśmy więc go do stołu i po krótkiej, kurtuazyjnej wymianie zdań: „może kieliszeczek?” – „nie, nie mogę, w pracy jestem” – „oj, daj spokój, już późno, przecież sam zostałeś” , - „no dobra, ale tylko jeden”, rozpoczęliśmy wspólne biesiadowanie. Kiedy skończył się rum, przynieśliśmy wożoną ze sobą właśnie na takie okazje butelkę żubrówki, która bardzo przypadła naszemu gościowi do gustu.  Impreza zakończyła się wtargnięciem na teren obiektu córki ochroniarza, która około 5 nad ranem wypowiedziała złowieszcze słowa: „tato, choć już do domu, bo mama wściekła”, czym przerwała nam ożywioną dyskusję o osiągnięciach kubańskiej rewolucji (których nota bene nasz rozmówca zbytnio nie cenił). Ochroniarz opuścił nas z dumnie podniesioną głową, przytuliwszy pochwyconą ze stołu butelką z resztkami żubrówki i wybełkotawszy jakiś pean na cześć tego trunku.
Wygłupy na plaży w Varadero
Następnego dnia, zdołaliśmy wybudzić z amerykańskiego snu kubańską duszę policjanta. Funkcjonariusz natknął się na nas, gdy rozpijaliśmy butelkę rumu w jedynym zacienionym miejscu na plaży, czyli w zaroślach otaczających wejście od strony miasta. Był to typ funkcjonariusza, z którego każdy policjant na świecie powinien brać przykład. Zwrócił nam uwagę, że nie powinniśmy rozkładać się na środku przejścia, lecz gdy podnosiliśmy się, by przenieść nasze graty w inne miejsce, usłyszeliśmy słowa: „nie, nie, chłopcy, możecie tutaj zostać. Ja tylko mówiłem, że nie powinniście tu leżeć, ale skoro już leżycie, to leżcie dalej”, po czym oddalił się na obchód plaży. Po jakimś czasie usiadł niedaleko nas, by również przez chwilę skryć się w cieniu przed palącym słońcem. Głupio nam było jakoś tak nie zagadać, więc po chwili zaproponowałem kubeczek rumu i nawiązała się rozmowa: „chcesz kubek rumu?”; - „nie, dzięki, nie mogę. Na służbie jestem”; -„no coś Ty? Jeden kubeczek?”; -„no dobra, polejcie”. Po czym przechylił cały plastikowy kubek rumu, obtarł pot z czoła, założył czapkę i oddalił się z miejsca zdarzenia celem wykonywania dalszych czynności operacyjnych. Można by postawić tezę, że tego rodzaju zachowanie powinno stanowić wzór do naśladowania dla wszelkich służb mundurowych na całym świecie.
Opisane powyżej przypadki stanowią niezbity dowód na to, że jednak Kubańczycy w Varadero występują, tylko trzeba ich odnaleźć – czasem pod białymi, wykrochmalonymi koszulami,  innym zaś razem – pod mundurem.
Turkusowe wody Morza Karaibskiego zalewające złote plaże w Varadero
Pobyt w Varadero to były dwa ciężkie dni, wypełnione plażowaniem, piciem rumu i kąpielami w tym nieznośnie gorącym Morzu Karaibskim. Nie było łatwo – ale cóż, w trakcie podróży niecodziennie człowiek może oddawać się przyjemnościom kilometrowych spacerów w kurzu i w pyle, czy komfortowi podróży w rozklekotanym busie bez klimatyzacji. Po dwóch nocach tej mordęgi opuściliśmy to piekło na Ziemi i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Był słoneczny sobotni ranek, nie przypuszczałem jeszcze wtedy, że następnym razem będę leżał w łóżku dopiero we wtorek wieczorem, po trzech nocach spędzonych kolejno: na lotnisku w Hawanie, w samolocie z Meksyku do Amsterdamu oraz w samochodzie, którym wróciliśmy z Holandii do Polski.
Varadero może i jest jak na warunki kubańskie nowoczesnym kurortem, ale nowinki motoryzacyjne tutaj nie docierają