Jedną z rzeczy, które w trakcie podróżowania po Kubie podobały mi się najbardziej było to, że każde odwiedzane przez nas miejsce było zupełnie inne od pozostałych. Niby wyspa, niby odległości niewielkie, a za każdym razem trafialiśmy do miejsca tak różniącego się od poprzednich, jak gdyby położone było na innym kontynencie. I nie piszę tutaj o jakichś nieistotnych detalach – każde miejsce było po prostu z innej bajki. Z zabytkowej Havany udaliśmy się do oddalonego o niecałe cztery godziny jazdy autobusem Viñales, podążając zresztą chyba najbardziej popularną i najczęściej uczęszczaną trasą turystyczną na Kubie. Na miejscu ponownie zostaliśmy zaskoczeni standardem kwatery zarezerwowanej za pośrednictwem serwisu Airbnb – tym razem za kwotę 446 zł za czterech na trzy noce (czyli za 37 zł za osobę za noc) otrzymaliśmy do dyspozycji dwa apartamenty z oddzielnymi wejściami i łazienkami, z dużym tarasem stanowiącym część wspólną. Co prawda, za obfite i smaczne śniadania musieliśmy dopłacić po 5 dolarów za osobę dziennie (to chyba jakaś zryczałtowana opłata na Kubie), ale jedzenia było mnóstwo, a przede wszystkim nie musieliśmy tracić rano czasu na organizację posiłków. Pod względem standardów infrastruktury turystycznej Kuba bije na głowę wszystko, co widziałem wcześniej. Jedynym mankamentem były cholerne koguty za ogrodzeniem, zaczynające nie wiedzieć czemu piać już o drugiej w nocy. I podobno komary, ale o nich za wiele nie mogę opowiedzieć, gdyż Suchy pierwszej nocy wspiął się na wyżyny przyjacielstwa, otwierając moskitierę i zamykając się w niej ze wszystkimi owadami znajdującymi się w pokoju. Dzięki temu aktowi poświęcenia przespałem noc spokojnie nie atakowany przez moskity, a cały problem znany mi jest głównie z przekleństw rzucanych o poranku przez drapiącego się po całym ciele Marcina. Gdy przypomnę sobie widok upasionych krwią insektów, to utwierdzam się w przekonaniu, że taki przyjaciel to prawdziwy skarb.

K U B A

 

K U B A

 

K U B A

          K U B A

 

 

K U B A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Kuba, Viñales

Plaża, woda, ciemne groty, a wokół piękne mogoty
Mogoty w Dolinie Viñales - fantastyczne formy w pięknych barwach
Samo Viñales to niewielka miejscowość położona w zachodniej części wyspy, skupiona wokół kilku skrzyżowań i odchodzących od nich na boki uliczek. Przy głównym skrzyżowaniu miasteczka znajduje się rząd restauracji i barów oferujących to samo menu w tej samej cenie, a po drugiej stronie ulicy duży sklep, w którym o każdej porze dnia i nocy można było uzupełnić szybko topniejące zapasy Havana Club. Miejscowość położona jest na niewiarygodnie zielonych terenach rolniczych, gdzie na silnie kontrastującej i bardzo urodzajnej ziemi w kolorze ochry (lub miąższu czerwonego grejpfruta) uprawia się głównie tytoń, będący obok turystyki głównym źródłem dochodu miejscowej ludności. Cały obszar przecinają majestatyczne mogoty, czyli ostańcowe pagórki nadające otoczeniu nieco surrealistyczny wygląd. Większość mogotów to przypominające pociski stożkowe twory wyrastające na wysokość około 100 metrów, choć czasami występują również w grupach, tworząc ciągnący się kilometrami łańcuch. Mogoty występują w kilku miejscach na świecie, a powstały w wyniku wypiętrzenia się zgromadzonej masy wapiennych osadów złożonych z muszli i pozostałości po organizmach morskich. Ze względu na panujące na Kubie warunki atmosferyczne (wysokie temperatury oraz obfite ulewy), wapienne twory niemal natychmiast i bardzo intensywnie zaczęły ulegać erozji, co doprowadziło do powstania ogromnych podziemnych korytarzy i jaskiń. Szczyty mogotów zazwyczaj są łyse, natomiast ich strome zbocza porastają gęste, intensywnie zielone drzewa oraz krzewy, zapuszczające korzenie w każde najdrobniejsze pęknięcie w skale.
Dolina Viñales - rdzawoczerwona ziemia silnie kontrastuje z otaczającą ją intensywną zielenią
Każdy z punktów oferujących noclegi w Viñales posiada bogatą ofertę wycieczek dla turystów. Odnośnie możliwości obejrzenia samych mogotów przeważają propozycje konnych przejażdżek połączonych z wizytą na plantacji tytoniu. My z takiego rozwiązania zrezygnowaliśmy z kilku powodów. Po pierwsze żaden z nas nie jeździ konno, więc taka wycieczka wiązałaby się jedynie z bólem dupy (nie jest to oczywiście żaden argument dla organizatorów takich przejażdżek, do których nie dociera prosty fakt, że o ile w tamtych rejonach 98 procent miejscowych ludzi konno jeździ, to w Polsce mniej więcej taki sam odsetek nigdy wierzchowców nie dosiada). Po drugie, droga prowadząca do Dos Hermanas – najbardziej charakterystycznego mogota w Dolinie Viñales jest banalnie prosta, wystarczy wyjść z miasteczka asfaltową drogą i skręcić przy drogowskazie prowadzącym do innego charakterystycznego punktu – Mural de Prehistoria. Jest to żenującej formy i kształtu malowidło naniesione na pionowej ścianie mogota, którego fundatorem i pomysłodawcą był sam wielki wódz Fidel. Szczerze powiedziawszy, malowidło (do którego można podejść po uiszczeniu opłaty za wstęp) jest doskonale widoczne z drogi, więc pieniądze za bilet proponuję przeznaczyć na szklaneczkę mojito w barze na rozstaju dróg. Odbija zresztą stamtąd ścieżka wiodąca pod górę do jednego z miradorów, czyli punktów widokowych, z których podziwiać można panoramę mogotów. Wizyta na plantacji tytoniu, będąca w tym rejonie zapewne wizytą u szwagra, też nie jest atrakcją wartą ponoszenia dodatkowych opłat. My na przykład w drodze powrotnej z kilkukilometrowego spaceru, odbiliśmy z drogi w kierunku jakiejś opuszczonej chaty „za potrzebą” i nawet nie wiadomo kiedy okazało się, że wszędzie wokół rośnie tytoń, a w chatce urzęduje dziadek, który oprowadziwszy nas po poletku sprzedał nam własnoręcznie skręcane cygara, gustownie zawinięte w liściu bananowca, inkasując od nas należność w „cenie producenta” (czyli za pół darmo). Paląc te cygara żartowaliśmy później, że każdy na wyspie szuka cygar skręcanych na udach młodej Kubanki, jedynie my zadowoliliśmy się towarem skręcanym na owłosionym udzie starego rolnika…
Dolna Viñales – jedni zwiedzają, drudzy jadą do pracy
Po dotarciu do asfaltowej szosy zatrzymaliśmy taksówkę, którą udaliśmy się na taras widokowy przed hotelem Los Jazmines, położonym z drugiej strony Viñales. Dzięki takiemu rozwiązaniu straciliśmy co prawda po dolarze, ale zyskaliśmy dobre dwie godziny czasu i zaoszczędziliśmy parę kilometrów w nogach, co pozwala sklasyfikować ten wydatek jako najlepszy interes w ten upalny dzień. Ze słynnego w całej okolicy tarasu widokowego rozciągała się wspaniała panorama całej Doliny Viñales, a widok zmieniających barwy w świetle zachodzącego słońca brył mogotów zapierał dech w piersiach. Jest to obowiązkowe miejsce dla każdego, kto zdecyduje się odwiedzić Viñales. Mieliśmy nieco problemów, by przedostać się z powrotem do miasteczka, bo część taksówkarzy nie chciała nas zabrać w komplecie (było nas pięciu, bo w trakcie przechadzki spotkaliśmy poznanego w Hawanie kolegę), tłumacząc się policyjnymi kontrolami. Nie przeszkadzały im one natomiast zabierać pojedynczych Kubańczyków na pakę lub – jak w jednym z widzianych przez nas przypadków – do niedomkniętego bagażnika. W końcu jednak znaleźliśmy śmiałka, który dowiózł nas do pensjonatu.
Panorama mogotów oświetlonych miękkim światłem zachodzącego słońca
Następny dzień spędziliśmy pod hasłem: „skoro jesteś na wyspie, to wypadałoby choć z raz pójść na plażę”. Co prawda samo Viñales położone jest w części pozbawionej bezpośredniego dostępu do morza, ale na wyspach zazwyczaj nie jest to problemem. Wynajęliśmy więc na cały dzień starą, krwistoczerwoną taksówkę i pojechaliśmy pobyczyć się na słynnej, aczkolwiek dość rzadko odwiedzanej plaży Cayo Jutías. Położona jest ona niecałe 60 kilometrów na północny zachód od Viñales i ciągnie się wzdłuż rajskiego półwyspu, do którego dojeżdża się groblą o długości 8 kilometrów. Końcowa część trasy przebiegała drogą o tak złym stanie technicznym, że kierowca starał się do minimum ograniczyć kontakt pojazdu z jej nawierzchnią, prowadząc samochód głównie poboczem. Pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, w której kierowca w trakcie przejazdu stara się omijać drogę. Na samo wspomnienie żal mi ludzi, którzy samodzielnie wynajęli samochód i pół dnia spędzili próbując ustalić, gdzie tu jest najbliższy wulkanizator. A można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że w tej okolicy takich turystów było równie dużo, co zakładów wulkanizacyjnych mało.
Wyschnięte konary namorzyn "zdobiące" plażę w Cayo Jutías
Sama plaża była absolutnie piękna i żadne wpisy opiewające jej urodę w internecie nie są w żadnej mierze przesadzone. Bielutki drobny piasek na porośniętej gęsto palmami kokosowymi plaży położonej nad turkusowymi wodami Morza Karaibskiego musiał zrobić wrażenie nawet na takich zadeklarowanych wrogach plaż jak my. Nie bez znaczenia pozostawał też fakt, że na plażę dojeżdża niewiele osób i bez problemu można sobie znaleźć ustronne miejsce z dala od innych turystów. Janusze nie rozstawiają parawanów, dzieciaki nie drą się w niebogłosy, stare baby nie ściągają staników – istny raj. Infrastruktura dla turystów jak to na Kubie – w pełni spełniająca oczekiwania ludzi z różnych klas społecznych. Można było zjeść zarówno wypasiony posiłek ze świeżo wyłowionych owoców morza, jak też zamówić kubek mojito u gościa stojącego ze stoliczkiem turystycznym i pojemnikiem na lód. Ceny pozwalały nam skorzystać z obu tych punktów gastronomicznych. W takich okolicznościach przyrody spędziliśmy kilka godzin, o których w zasadzie nie ma co opowiadać, bo to był czas czystego relaksu, który dzieliliśmy pomiędzy chwile spędzane w ciepłym morzu oraz chwile, gdy piliśmy ciepły rum.
Hamak w głuszy, pusta plaża, bezmiar morza o turkusowej barwie. To z tych względów ludzie przylatują tu z Europy w połowie lutego…
Na zakończenie tego lekkiego i przyjemnego dnia mieliśmy zagwarantowaną wizytę w spektakularnych jaskiniach Cueva de Santo Tomas, tworzących jeden z największych na świecie (i największy na Kubie) systemów jaskiń krasowych. Wewnątrz jaskini znajduje się 46 kilometrów korytarzy biegnących na sześciu poziomach wśród niezliczonej ilości stalaktytów i stalagmitów powyginanych w fantazyjne formy. Liczby te wydają się wręcz niewiarygodne, jednakże są potwierdzone. Oficjalnie w jaskiniach można zwiedzać tylko jeden poziom, obligatoryjnie w asyście uprawnionego przewodnika. W naszym wypadku, sprawa wyglądała następująco: na miejsce dotarliśmy około godziny 17, co już powinno zwrócić naszą uwagę, gdyż jaskinie rzekomo otwarte są do 15. Następnie jakiś miejscowy cwaniak mignął nam przed oczami jakąś plakietką i płynnym angielskim opowiedział nam skróconą historię jaskiń oraz udzielił podstawowych informacji o nich, przerzucając w międzyczasie zdjęcia najbardziej spektakularnych miejsc. Nadszedł czas wyboru, czy chcemy iść na krótką wycieczkę po 10 dolarów, czy na długą (ale oczywiście dużo lepszą), za którą trzeba już było zapłacić po 15. No to wzięliśmy oczywiście tą „dużo lepszą”, płacąc żądaną stawkę bezpośrednio do ręki cwaniaka z plakietką i nie otrzymując żadnego biletu czy pokwitowania. Po chwili pojawił się wśród nas nie wiadomo skąd gość z zabytkowymi latarkami czołowymi w ręku. Był to nasz przewodnik, który poprowadził nas polną ścieżką w stronę wznoszących się nieopodal mogotów. W pewnym momencie musieliśmy pokonać naturalną przeszkodę w postaci wznoszącego się w lesie ogrodzenia, co wydało nam się dość dziwne. Po krótkiej wspinaczce dotarliśmy do wejścia do groty. Jaskinie jedne z większych na świecie, człowiek spodziewałby się przy wejściu jeśli nie ogromnego parkingu i stoisk z pamiątkami, to chociaż jakiegoś kontrolera z biletami. Ale nic z tych rzeczy – nasz przewodnik wyjął jedynie telefon i zameldował komuś, że zamierza wejść do jaskiń z pięcioma Polakami.  Kolejno więc przekroczyliśmy otwór wejściowy, po czym zeszliśmy kilkanaście metrów w dół po zwalisku głazów, które z pewnością nie stanowiło oficjalnie wyznaczonego szlaku. Na dole ruszyliśmy naprzód pogrążonym w całkowitym mroku korytarzem. Dobrą wiadomością było to, że późna godzina wejścia nie miała najmniejszego znaczenia – w tych ciemnościach było wszystko jedno, czy na zewnątrz był dzień, czy noc. Przewodnik generalnie przygotowany był bardzo dobrze – robił postoje przy najciekawszych formacjach, udzielając obszernych informacji na temat podziwianych obiektów. Ilość stalaktytów, stalagmitów, stalagnatów i innych przepięknie mieniących się jakby gwiezdnym pyłem form była rzeczywiście imponująca i pod żadnym pozorem nie mogliśmy się czuć oszukani. Gdy jednakże doszliśmy do podziemnego jeziora, okazało się ono zaledwie dużą kałużą. W tym momencie dopadł mnie pierwszy kryzys kubański. Skończyła nam się woda, ślina zaschła mi w ustach, a organizm zaczął doznawać samopoczucie będącego jakąś hybrydą udaru słonecznego i kaca. Nieprzypadkowo zresztą przytaczam akurat te dwie dolegliwości – w końcu w ostatnich dniach było i słońca dużo, i rumu niemało. Ale cóż było zrobić, trzeba było zebrać się w garść i wpiąć się na kolejny poziom, na którym wydrążone przez tysiąclecia skalne formy były jeszcze piękniejsze niż na dole. W drodze powrotnej, wspinając się po większych głazach straciłem równowagę i utknąłem w miejscu zapierając się rękoma i nogami o jakieś szczeliny. Próbując przedostać się dalej poślizgnąłem się i w przypływie ataku paniki uderzyłem całym ciałem ścierając spore połacie skóry na obu kolanach i jednym łokciu. Oczywiście nie przesadzajmy - sytuacja jakaś specjalnie dramatyczna nie była, bo chłopaki przez następne kilka dni naśmiewali się ze mnie, że zawisnąłem na 15 cm. Problemem jednak było to, że na dole była jedynie bardzo wąska szczelina (którą właśnie omijaliśmy górą) i w razie próby zeskoku mogłem łatwo skręcić sobie kostkę, co już takie zabawne z perspektywy planów na najbliższe dwa tygodnie nie było. Koniec końców udało mi się jakoś stamtąd zejść przy pomocy Łukasza, ale rany nie chciały zagoić się do końca wyjazdu. Poza tym jednym nieprzyjemnym zdarzeniem wycieczkę do jaskiń uważam za niezwykle ciekawe doświadczenie. Pomimo dość oczywistego faktu, że o naszym wejściu wiedziała może i cała Dolina Viñales, lecz z pewnością nie miały o niej pojęcia oficjalne władze zarządzające jaskinią. Trudno bowiem zakładać, że szlak prowadzący do jednej z głównych atrakcji regionu prowadzi przez dom cwaniaka, ogrodzenie w lesie oraz dziurę, za którą znajdowało się wielkie zwalisko kamieni, omijając takie elementy infrastrukturalne jak chociażby kasa biletowa czy jakiekolwiek oznaczone wejście do obiektu. Najlepszym zresztą dowodem na to, że nasz przewodnik działał na tym terenie „z partyzanta” był fakt, że gdy wsiedliśmy do oczekującego na nas przy drodze samochodu, szofer po chwili przyprowadził jaskiniowego przewodnika, który wyruszył wraz z nami (co prawda w bagażniku, ale za to gratis) w drogę powrotną do Viñales, gdzie okazało się, że mieszka w domu obok posesji, w której wynajęliśmy pokoje. Zaiste – zaskakujący zbieg okoliczności...
Fantazyjne formy stalagtytów, stalagmitów i stalagnatów w jaskiniach Cuevo de Santo Tomas