L A O S

L A O S

L A O S

L A O S

Po drugiej stronie Mekongu, mniej więcej na wysokości jaskiń Pak Ou, mieliśmy przerwę na lunch – zaskakująco smaczny i obfity jak na bezpłatną opcję w wycieczkowym pakiecie, serwowany w dodatku w formie bufetu, a więc bez żadnych limitów ilościowych. Dodatkowo zakupić można było lodowate piwo w zwykłej cenie barowej, co na tym odludziu zasługiwało na słowa uznania. Ze względu na wybrany przez nas „pakiet wycieczkowy” obejmujący jaskinie i wodospad nie wnikaliśmy specjalnie, w jakim miejscu wypadnie nasz postój na posiłek. Wszystko wskazuje jednak na to, że wylądowaliśmy w jednym z budzących kontrowersje rezerwatów słoni, zwłaszcza że część pasażerów naszej łodzi odłączyła się od grupy, zaś my byliśmy świadkami tej części „przejażdżki na słoniach” która pojawia się w ofertach jako „mycie słonia”. Jak się okazało, plan naszej wycieczki obejmował nawet „karmienie słoni”, co wyglądało w ten sposób, że obok kuchni, w której serwowano nam posiłki ustawiono kilka słoni, a obok rzucono stertę połamanych bambusów, które można było podawać zwierzętom do trąby. Wychodzi więc na to, że nieświadomie wsparliśmy finansowo (wykupując wycieczkę) jedną z firm wykorzystujących słonie w przemyśle pseudoturystycznym.

Po wizycie w komercyjnej wiosce Xang Hai popłynęliśmy dalej ku jaskiniom Pak Ou. Początkowo ominęliśmy je z lewej strony i odbiliśmy w jeden z dopływów Mekongu – rzekę Nam Ou, podpływając pod spektakularne wapienne góry, których zerodowane zbocza znikały w odmętach wody. Po chwili spędzonej na uwiecznianiu tych pięknych krajobrazów, wycofaliśmy się próbując przycumować do obleganego przez łodzie pomostu. Kompleks składa się z dwóch jaskiń, z których jedna – efektowniejsza z jaśniejszym wnętrzem - znajduje się tuż nad samą rzeką, zaś do drugiej trzeba odbyć dziesięciominutowy trekking wykutymi w skale schodami. Obie jaskinie wypełnione są setkami posągów Buddy wykonanych z żywicy, drewna, piaskowca lub metalu. Najmniejsze posągi mają zaledwie kilka centymetrów, najwyższe zaś około 2 metrów wysokości. Gromadzone były w jaskiniach co najmniej od 300 lat, przynajmniej taki wiek mają najstarsze z nich. W mojej ocenie jaskinie Pak Ou nie są specjalnie spektakularnym miejscem (o ile ktoś nie jest zagorzałym fanem posążków Buddy), a wędrówkę do górnej jaskini śmiało by można sobie było darować, gdyby nie fakt, że jedyną alternatywą dla wspinaczki jest stanie na przystani w oczekiwaniu na tych, którzy podjęli trud podejścia. W tej sytuacji czas mijał przyjemniej jednak podczas pokonywania setek wykutych schodów.  

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Zgodnie z planem, około godziny 8 rano zostaliśmy zabrani sprzed hotelu przez kierowcę busa i dowiezieni wraz z innymi uczestnikami wycieczki na przystań, z której odpływała nasza łódź. Była to długa i wąska łódź motorowa, z podwójnymi siedzeniami przedzielonymi przejściem, dzięki czemu każda osoba mogła podziwiać Mekong z miejsca przy burcie. Łódź była zadaszona, co znacznie ułatwiało przyjemne żeglowanie w palących promieniach słońca. Wypłynęliśmy w górę Mekongu, w kierunku oddalonych o 25 kilometrów od Luang Prabang jaskiń Pak Ou, podziwiając po drodze porośnięte gęstym lasem brzegi Mekongu, z majaczącymi w oddali wzgórzami. Gdzieniegdzie mogliśmy obserwować surowe warunki codziennego życia mieszkańców dorzecza, a nawet proces budowy mostu, realizowany przez koncern z zaprzyjaźnionych Chin. Po jakimś czasie krajobraz wokół zrobił się bardziej górzysty, a piękne wapienne skały coraz częściej pojawiały się na horyzoncie. Pierwszy postój miał charakter typowo komercyjny – zatrzymaliśmy się w wiosce Xang Hai (Sang Ha lub potocznie – ‘Whisky Village”), pod pozorem odwiedzin miejsca słynącego z lokalnego przemysłu spirytowego. W rzeczywistości był to kolejny bazar, na którym można było kupić dokładnie te same artykuły co w Luang Prabang, tylko rzekomo za niższą cenę. Mam taki zwyczaj, że gdy ktoś przywozi mnie w takie miejsca niejako podstępem, to specjalnie nic nie kupuję. Chociaż w tym przypadku musiałem nieco nagiąć własne zasady, bo po utargowaniu ceny za ładnie zdobioną, ceramiczną fajkę do 10 dolarów (początkowa cena to 50), żal mi jej było sobie odmówić. W centralnej części wioski znajduje się klasztor – z architektonicznego punktu widzenia nie wart specjalnej uwagi. Ponieważ jednak „Sangha” to nie tylko nazwa wioski lecz również miano jednego z odłamów Buddyzmu, nie można wykluczyć że świątynie ta odgrywa istotną rolę dla wyznawców tejże wspólnoty.  

Luang Prabang przyciąga rzesze turystów (wśród których miejscowa ludność ginie w tłumie) nie tylko bogato zdobionymi fasadami zabytkowych świątyń, lecz przede wszystkim jako dogodna baza wypadowa do wielu atrakcyjnych miejsc dostępnych w trakcie kilkugodzinnej podróży z dawnej stolicy. Oferta prezentowana przez wiele lokalnych biur jest naprawdę bogata, a my sami dość długo nie mogliśmy zdecydować, czy jako cel podróży wybrać piękny wodospad Kuang Si, czy też jaskinie Pak Ou, które same w sobie jakąś wielką atrakcją nie są, lecz podróż do nich jest nierozerwalnie złączona z przyjemnością odbycia rejsu po Mekongu. „Nie cel jest ważny, a droga” – ten popularny cytat, którego autorstwo przypisywało już sobie tyle osób, że nikt nie pamięta, kto naprawdę powiedział te słowa – w przypadku wycieczki do jaskiń Pak Ou pozwala zrozumieć najgłębszy sens tego zdania, gdyż o ile same świątynie nie powalają, o tyle spływ Mekongiem jest niezapomnianym doznaniem. Mając do dyspozycji tylko jeden wolny dzień, stanąwszy przed powyższym dylematem postanowiliśmy zrzucić z siebie jarzmo konieczności dokonywania wyboru i zdecydowaliśmy się na pakiet obejmujący zarówno rejs Mekongiem, jak też odwiedzenie wodospadów. Oferta lokalnego biura była całkiem uczciwa – wycieczka kosztowała 40 dolarów od osoby, a cena zawierała wszystkie atrakcje oraz lunch. Poruszając się na własną rękę dużo byśmy więc nie zaoszczędzili, a realizacja programu byłaby zapewne niewykonalna w ciągu jednego dnia.  

Laos, okolice Luang Prabang

Jaskinie, wodospady oraz wódka z kobry – by pływać po Mekongu każdy dzień jest dobry 
Wodospad Kuang Si – jedno z najpiękniejszych miejsc w Laosie, a być może nawet w całej Azji Południowo – Wschodniej
Spokojne wody Mekongu o poranku
Wizytę w wiosce Xang Hai, zwanej „whisky village” rozpoczęliśmy od degustacji nalewek przechowywanych w butelkach z kobrami i skorpionami

Nieopodal przystani faktycznie kwitnie handel alkoholem – spodziewałem się jednak spotkać na miejscu handlarzy nielegalnym bimbrem, tymczasem ekspozycja obejmowała elegancko zabutelkowane egzemplarze „wężówek” i „skorpionówek”. Generalnie, oferowane alkohole - niezależnie od tego czyje truchło pozostawało w butelce - można było podzielić na dwie kategorie: lżejsza wódka czerwona, przypominająca nieco w smaku popularne u nas wódki kolorowe typu „Lubelska” oraz wódki żółte – zdecydowanie mocniejsze, charakteryzujące się smakiem tequili zmieszanej z bimbrem. Prezent w postaci zwiniętej kobry, umieszczonej wewnątrz butelki i zalanej kilkudziesięcioprocentowym alkoholem ucieszyłby z pewnością wielu moich kolegów, więc w pierwszym odruchu pieniądze same wyskakiwały z portfela na widok tych nietypowych flaszek. Po głębszej analizie doszliśmy jednak do wniosku, że z pewnością wwożenie na teren Unii Europejskiej „nalewki na kobrze” nie jest dozwolone, pomimo że przewozimy zwierzę martwe. I rzeczywiście, na teren UE nie wolno wwozić nie tylko produktów wykonanych ze skóry gatunków pozostających pod ochroną, lecz również przedmiotów, do wykonania których użyto elementów pochodzenia zwierzęcego. W tym ostatnim pojęciu mieści się również „nalewka na kobrze”. Nie wykluczam, że część osób podejmuje takie próby i że mogą to być próby zakończone sukcesem. Niemniej jednak w razie wpadki ryzykuje się nie tylko konfiskatą takich przedmiotów, lecz (w teorii) również wysoką grzywną, a w niektórych przypadkach nawet więzieniem. Nie twierdzę, że akurat rząd Laosu byłby zainteresowany osadzeniem w celi turysty za próbę wywiezienia butelki wódki ze zdechłym wężem, niemniej jednak zgodnie z prawem obowiązującym w Unii Europejskiej próba przewiezienia wyżej wymienionych produktów jest przestępstwem, zagrożonym karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Czy i jak to prawo jest egzekwowane to zupełnie inna sprawa – ważne, żeby o tym wiedzieć i nie opierać się jedynie na relacji kogoś, komu taki towar udało się przewieźć i wypisuje teraz w internecie, że nikt tego nie sprawdza. Tym, którzy mają fart – rzeczywiście nikt tego nie sprawdza, ale osoby mające pecha muszą się liczyć z nieprzyjemnymi konsekwencjami. Nie ma natomiast żadnych przeszkód, aby amatorzy mocnych trunków wypili zakupione „wężówki” w Laosie. W tym celu nie trzeba wcale odwiedzać Whisky Village – ten sam asortyment dostępny jest na nocnym targu w Luang Prabang. 

Kolorowe łodzie zacumowane przy wejściu do jaskiń Pak Ou
Mekong, wzgórza w okolicy jaskiń Pak Ou

Pomimo coraz częstszych głosów krytyki ze strony obrońców zwierząt, przejażdżki na słoniach nadal cieszą się dużą popularnością wśród turystów odwiedzających kraje Azji Południowo – Wschodniej i pomimo coraz częstszych kampanii piętnujących wykorzystywanie zwierząt nic nie wskazuje na to, by tego rodzaju „atrakcje” miały zniknąć z katalogu ofert tutejszych agencji turystycznych. Osobiście popieram idee głoszone przez organizacje zajmujące się prawami zwierząt, choć z drugiej strony nigdy nie będę w tym temacie fundamentalistą domagającym się zupełnego zakazu kontaktów na linii człowiek – słoń. O ile postrzegam jako problem dosiadanie zwierzęcia przez dwóch stukilogramowych turystów, o tyle nie zauważyłem żeby słonie oddelegowane do przyjmowania pożywienia z rąk uczestników wycieczki cierpiały w jakiś szczególnie okrutny sposób. Wręcz przeciwnie – sprawiały wrażenie zadowolonych z okazji do pochrupania zdrewniałych bambusowych łodyg. Oczywiście, wszystko zależy od osobistej wrażliwości obserwatora, lecz moim zdaniem należy wyraźnie odróżnić aktywności będące dla zwierząt męką, od zwykłych kontaktów mających za zadanie zaspokojenie ludzkiej ciekawości w bezpośredniej interakcji ze zwierzęciem. Pewnie nie zawsze da się te dwie sprawy rozgraniczyć, jednak zawsze warto spróbować.  

Rezerwat słoni w pobliżu jaskiń Pak Ou

W podróż do ostatniego celu naszej wycieczki – wodospadów Kuang Si, udaliśmy się drogą lądową, w dwóch grupach rozłożonych na dwa busy. Samochody przemierzające drogę ciągnącą się wzdłuż Mekongu pokonywały ją z dużo większą prędkością od tej, której doświadczyliśmy wcześniej korzystając z transportu rzecznego. Cel podróży znajdował się ok. 30 km na południe od Luang Prabang, przez które przejeżdżaliśmy mniej więcej w połowie drogi. Na parking przy wejściu na teren wodospadów dotarliśmy około godziny 16 – ilość samochodów zastana na miejscu wskazywała wyraźnie, że nie będziemy czuć się osamotnieni w drodze do kaskad. Szczęśliwie o tej porze więcej turystów „wracało z” niż „szło nad” wodospad, chociaż kilku chińskich wycieczek nie dało się uniknąć.  Do kaskad prowadzi dość krótki, wygodny szlak wytyczony przez tropikalny las zachwycający swą intensywnie zieloną roślinnością. Po przekroczeniu bram parku nie sposób ominąć Centrum Ratowania Niedźwiedzi – miejsca, w którym umieszczono kilka egzemplarzy będącego praktycznie na granicy wyginięcia gatunku czarnego niedźwiedzia azjatyckiego. Organizacja, która podjęła próbę ochrony tego gatunku umieściła uratowane z rąk kłusowników osobniki na terenie strzeżonego parku, zapewniając im najlepszą możliwą ochronę poprzez odcięcie ich od jakichkolwiek kontaktów z przestępcami zabijającymi te zwierzęta dla pozyskania chodliwego towaru, jakim jest produkowana przez nie żółć oraz ich pazury. Obok odgrodzonych zwierzaków ustawiono budkę informacyjną, w której można zapoznać się z obecną sytuacją niedźwiedzi azjatyckich oraz wesprzeć ideę ochrony tego gatunku poprzez zakup koszulki lub innego gadżetu z podobizną niedźwiadka.

Kuang Si - woda spływająca z kolejnych niskich uskoków zasila oczka wodne znajdujące się po drodze do wodospadu

Dalej szlak prowadzi w głąb lasu, gdzie po chwili natrafia się na system coraz większych kaskad spływających do szmaragdowo – turkusowych oczek wodnych, wyznaczonych jako miejsca kąpielowe. Temperatura wody spełnia oczekiwania miłośników kąpieli w górskich strumieniach, lecz nie powinno stanowić to większego problemu – najlepszym rozwiązaniem na zachowanie ciepła ciała jest stałe rozgrzewanie mięśni w trakcie pływania – zalecanego po pierwsze ze względu na zalegające na dnie śliskie kamienie, zaś po drugie ze względu na permanentne uczucie podgryzania przez małe rybki (lub pijawki) w momentach stania w bezruchu, szczególnie w miejscach obtartej lub zranionej skóry.

Kuang Si - turkusowe oczka wodne to znakomite miejsca do kąpieli w upalny dzień. Pomimo niewiarygodnie śliskich kamieni na dnie i małych rybek podskubujących skórę

Minąwszy kilka takich turkusowych basenów, otoczonych coraz to wyższymi systemami kaskad, dochodzi się w końcu do głównej atrakcji parku – spektakularnego wodospadu Kuang Si, spadającego z hukiem z wysokości 60 metrów do przepięknego naturalnego zbiornika wypełnionego turkusową wodą. Opadająca woda rozbija się po drodze o liczne wystające skały, co potęguje końcowy efekt wizualny, zaś główny plan otacza zielona roślinność, świetnie współgrająca z odcieniami wody gromadzącej się u stóp wodospadu. Doskonałym pomysłem było zbudowanie na wprost katarakty kładki, umożliwiającej obserwowanie i fotografowanie kaskad z różnych perspektyw, bez konieczności walczenia z pozostałymi przybyszami o każdy metr wolnej przestrzeni. Fotograficzną zaletą tego rozwiązania jest również możliwość wykonania pamiątkowego zdjęcia bez dwudziestu „mistrzów drugiego planu” na ekspozycji.  

Po odwiedzeniu wodospadów Kuang Si wyruszyliśmy w podróż powrotną do Luang Prabang, gdzie spędziliśmy miło wieczór popijając owocowe koktajle z lokalną wódką oraz kupując lichej jakości pamiątki na nocnym bazarze (sugeruję zachować tą kolejność).  

Przepiękny wodospad Kuang Si – główna atrakcja parku. Aż szkoda, że zasłoniłem