L A O S

L A O S

L A O S

L A O S

Losy drugiej z nich – Wat Ong Teu, były podobne – świątynia również zbudowana została na początku XVI wieku przez króla Setthathiratha. Obecna budowla pochodzi z przełomu XIX i XX wieku, gdyż pierwotna świątynia została zniszczona podczas wojny z Syjamem i nazywana jest Świątynią Ciężkiego Buddy, z uwagi na niezwykle masywny kształt centralnego posągu.  Na terenie kompleksu świątynnego Wat Ong Teu trwały prace remontowe, dzięki czemu mieliśmy unikalną szansę obserwowania odzianych w tradycyjne, pomarańczowe kaszaje mnichów, skaczących zwinnie po rusztowaniach ustawionych wokół jednej z bram prowadzących do świątyni. Był to widok zupełnie abstrakcyjny, w szczególności dla przyjezdnych z Polski, gdzie – jak wiadomo – kler ustalił dla siebie nieco inne standardy, zarówno w sferze duchowej, jak i materialnej. Jest to pewnego rodzaju paradoks – w krajach buddyjskich mnisi cieszą się ogromnym szacunkiem i z pewnością apel o pomoc – czy to fizyczną, czy finansową przy realizacji prac remontowych spotkałby się z większym odzewem niż roszczenia kierowane z ambony. A może na ten szacunek mnisi zapracowali właśnie takimi postawami? Może ludziom podoba się to, że z pokorą ciężko harują na rusztowaniach w upalny dzień, a nie pławią się w luksusach wzorem kościelnych hierarchów? 

Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie zabytków Vientiane. Większość z nich znajdowała się w niewielkiej odległości od siebie (i od naszego hotelu), dzięki czemu wystarczyło poświęcić jeden dzień na spacer, podczas którego można było odwiedzić najważniejsze zabytki miasta. Dużo większą przeszkodę niż odległości pomiędzy obiektami stanowiło palące słońce, które podczas naszego pobytu w stolicy nie raczyło skryć się za chmurami nawet na moment. Poznawanie zabytków stolicy rozpoczęliśmy od wizyty w dwóch znajdujących się obok siebie świątyniach – Wat Mixai oraz Wat Ong Teu. Pierwszą z nich – Wat Mixai, pierwotnie wzniesiono w XVI wieku za panowania króla Setthathiratha, a obecny kształt zawdzięcza XX-stowiecznej przebudowie wykonanej w stylu charakterystycznym dla tajskiej architektury sakralnej. Nazwa świątyni (Świątynia Zwycięstwa) nawiązuje do szesnastowiecznej wiktorii nad birmańskimi wojskami. W głównym holu znajduje się ogromny posąg Buddy, czerwone i złote obrazy zdobią imponującej wielkości kolumny, zaś mural na suficie przedstawia sceny z życia Buddy. 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Pierwszym skojarzeniem przychodzącym mi do głowy na wspomnienie Vientianu są wszechobecnie występujące w tym mieście plątaniny kabli zwisających pomiędzy słupami elektroenergetycznymi. Oczywiście, jest to krajobraz typowy dla większości państw Azji, Afryki czy Ameryki Południowej; istnieją też z pewnością kraje, w których laotański dostawca energii elektrycznej uchodziłby za miłującego porządek pedanta, jednakże na tle państw które udało mi się odwiedzić, Laotański Pierdolnik Elektroenergetyczny jest mimo wszystko zjawiskiem unikatowym. Jestem pewien, że instalacji elektrycznych w tak makabrycznym stanie jak tutaj nie widziałem nigdzie wcześniej, na dowód czego dołączam kilka fotografii słupów oplecionych plątaniną przewodów. Z tego też względu w tytule tego wpisu dookreśliłem nazwę miasta mianem „piekła elektryków”, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę duże prawdopodobieństwo występowania na ulicach Vientiane słupów wielonapięciowych. Nie wyobrażam sobie procedury ustalania, który z tych tysięcy splecionych kabli uległ awarii albo w jaki sposób można stwierdzić, który konkretnie przewód trzeba przepiąć lub odłączyć? No bo jak to niby ustalić w tym pierdolniku? 

Powiedzmy sobie szczerze – stolica Laosu nie jest ani najpiękniejszym, ani najciekawszym miastem Azji Południowo – Wschodniej. Ot, miasto warte zobaczenia przy okazji, gdy ma się tam coś do załatwienia. Jednakże okoliczności towarzyszące mojej wizycie w Vientianie sprawiły, że generalnie wspominam dwa dni spędzone na miejscu całkiem przyjemnie. Po pierwsze, przyleciałem tam wprost z pięknego, choć niezwykle komercyjnego Luang Prabang, gdzie Azjatę trudno było wypatrzeć w tłumie turystów zalewających posprzątane ulice, co było dla mnie trudne do zaakceptowania po przyjeździe wprost z birmańskiego bałaganu. Chyba po prostu w Luang Prabang zastałem zbyt mało Azji w Azji i tęskniąc za rozpierduchą z ulic Birmy ucieszyłem się, że Vienetiane oferuje choć trochę zbliżoną atmosferę. Po drugie, nie chciałem krótkiej wizyty w Laosie ograniczać jedynie do okolic Luang Prabang, w związku z czym ostatnie dnie azjatyckiej wyprawy postanowiłem poświęcić na zwiedzanie laotańskiej stolicy.  

Laos, Vientiane

Piekło elektryków, raj miłośników podrabianych Rolexów 
Vientiane, Wat Pha That Luang - najważniejsza stupa w kraju i symbol laotańskiej państwowości
Vientiane - krajobraz stolicy Laosu zdominowany jest przez wszechobecne, splątane kable niskiego, średniego i wysokiego napięcia
Vientiane - niedrogie bary serwują rybki prosto z Mekongu

Do Vientiane przylecieliśmy w nadzwyczaj upalne popołudnie – żar lejący się z nieba dawał się tego dnia we znaki do tego stopnia, że po przejściu kilkudziesięciu metrów z taksówki do hotelu ociekaliśmy potem. W tych okolicznościach postanowiliśmy przeczekać do zmroku, popijając zimne Beerlao w hotelowym basenie.  

Wieczorem życie miasta skupia się wokół nocnego marketu znajdującego się w parku Chao Anouvong, ograniczonego od strony Mekongu całkiem ładną promenadą, zaś od strony centrum ulicą Quai Fa Ngum, przy której na pewnym odcinku znajdują się w zasadzie same bary i restauracje (stosunkowo niedrogie). Na dużych rusztach ustawionych przy samej drodze smażą się kiełbasy i szaszłyki, a największym głodomorom oferuje się ogromne ryby z Mekongu, co chwilę eksplodujące na grillach żywym ogniem. Jeśli komuś nadal byłoby mało, przy promenadzie handlarze sprzedają ze swoich mobilnych straganów przekąski oraz owoce. Nad Mekongiem góruje w tym miejscu dumnie na cokole pomnika króla Chou Anouvonga (1767-1829), który przeszedł do historii Laosu jako inicjator powstania przeciwko Tajom w 1827 roku. Chociaż władca został przedstawiony w taki sposób, jak gdyby wyciągał rękę „na zgodę” w kierunku Tajlandii, gest ten z perspektywy na wprost monumentu sprawia wrażenie bardziej szyderczego niźli pojednawczego. Ale wszystko się zgadza, z boku już dłoń wyraźnie wyciągnięta jest w pojednawczej pozie. Na terenie parku znajduje się sporo ławeczek usytuowanych w zacisznych miejscach, gdzie spokojnie można podyskutować przy uprzednio spreparowanym drinku (chociaż muszę uczciwie przyznać, że w tym miejscu podjechał do nas na motocyklu policyjny patrol – niby sprawdzić, czy wszystko u nas w porządku, ale gdyby poczuli trawkę mogłoby być pewnie różnie). Centralną część parku zajmują duże namioty rozstawione ponad straganami handlarzy wystawiających swoje towary na nocnym markecie (słowo „nocny” należy traktować umownie, pomiędzy 22 a 23 stoiska pustoszeją). Można tam kupić całe tony chińskiego badziewia, w tym słabe podróbki wyrobów renomowanych firm, ale jeśli komuś potrzebny jest plecak lub t-shirt na kilka dni, to prawdopodobnie nigdzie taniej niż na nocnym bazarze go nie kupi. Ofertę uzupełniają towary luksusowe – zegarki Rolexa wystawione były w cenie 3 dolarów (trudno przy takiej cenie wywoławczej targować się o „Rolexa”). Za podróbkę G-Shocka z górnej półki trzeba było zapłacić równowartość 10 dolarów, ale w zamian otrzymywało się produkt w oryginalnym, blaszanym pudełku. Podsumowując – nocny market jest idealnym miejscem, aby kupić prezenty „dla jaj”, ale robiąc zakupy warto mieć świadomość, że osoba pozbawiona poczucia humoru może poczuć się urażona jakością towarów zakupionych w tym miejscu.  

Vientiane, kolorowa fasada świątyni Wat Mixai
Vientiane, pięknie zdobiona świątynia Wat Ong Teu

Następnie ruszyliśmy jedną z głównych dróg prowadzących w kierunku Pałacu Prezydenckiego (zamkniętego dla zwiedzających), odbijając po drodze nieco w lewo ku rondu, wewnątrz którego wznosi się That Dam, zwana popularnie Czarną Stupą. Laotańska nazwa nawiązuje do kształtu budowli – „that” w tutejszym języku odnosi się do odwróconego kształtu dzwonka (lub nieotwieranego kwiatu lotosu), gdzie zazwyczaj skrywane są relikty Buddy. Niegdyś stupa pokryta była szczerym złotem, które jednak zostało zrabowane przez armię syjamską w 1828 roku i od tej pory nosi przydomek „czarna”. Ponieważ ponowne pokrycie je cennym kruszcem przekraczało możliwości finansowe rządu, odarta ze złotych ozdób stupa nieustannie przypomina Laotańczykom o tych smutnych wydarzeniach. Na pocieszenie zostało im głęboko zakorzenione przekonanie, że stupę zamieszkuje duch opiekuńczy miasta (chociaż złotem zaopiekować się nie potrafił).  

Vientiane - That Dam, czyli Czarna Stupa

Chwilę później dotarliśmy do najstarszej zachowanej w oryginalnej postaci świątyni Vientiane, czyli do zbudowanej w 1818 roku świątyni Wat Si Saket. Co ciekawe, budowle wzniesiono w stylu nawiązującym do architektury sakralnej typowej dla Bangkoku, więc jej cudowne ocalenie podczas najazdu wojsk syjamskich nie jest z pewnością dziełem przypadku. Najcenniejszą atrakcją świątyni jest kryta galeria otaczająca centralny sim, z dwoma tysiącami podobizn Buddy umieszczonymi na ścianach. Odniosłem wrażenie, że kompleks świątynny wymaga pilnych prac restauracyjnych. Być może dlatego, że po cofnięciu spoconej dłoni, którą oparłem o murek na dziedzińcu ujrzałem przyklejony do niej potężny płat tynku. Po drugiej stronie ruchliwego skrzyżowania znajduje się dawna królewska świątynia Wat Pha Kaew, zniszczona – a jakże! – w 1827 roku przez tajskie wojska. Świątynie wzniesiono specjalnie, by umieścić w niej cenny posąg Szmaragdowego Buddy, zrabowany przez Tajów i obecnie znajdujący się w Świątyni Szmaragdowego Buddy, będącej jedną z największych atrakcji Bangkoku. Budynek Wat Pha Kaew, pomimo zrabowania relikwii dla której go wzniesiono, został odbudowany. Obecnie znajduje się w nim cenna kolekcja sztuki buddyjskiej, zawierająca głównie wspaniałe rzeźby Buddy.  

Vientiane, Wat Si Saket - najstarsza zachowana w oryginalnej postaci świątynia w Vientiane

Jak się okazało, nie wszyscy kierowcy motorikszy należą do gangu naciągaczy – w drodze powrotnej zatrzymaliśmy pojazd, którego kierowca podwiózł nas za wynegocjowaną, racjonalną stawkę, bez wyciągania żadnych „oficjalnych cenników”. Wysiedliśmy przy Patuxai – budowli wyglądającej jak azjatycka wersja (celowo nieco wyższa) paryskiego Łuku Triumfalnego. Z budowlą tą wiąże się imponująca historia: łuk powstał w 1969 r jako hołd złożony pamięci ofiar wojny domowej w Laosie, zaś na jego budowę wydano środki pieniężne podarowane przez Amerykanów na budowę lotniska. Tak się robi interesy z USA! Obejrzawszy niebrzydki zachód słońca oraz paskudną, wykonaną z czegoś przypominającego włóczkę, kilkumetrową makietę stupy z czterema słoniami w rogach udaliśmy się na ostatni spacer po mieście, zapuszczając się w opustoszałe uliczki i podziwiając nowoczesne instalacje artystyczne w postaci tysięcy kabli oplatających słupy elektroenergetyczne. 

Vientiane - fontanna na tyłach Patuxai o zachodzie słońca

Następnego dnia taksówka wioząca nas na lotnisko pokonała trasę w zadziwiającym tempie, więc zmuszony byłem wysiąść z opróżnioną zaledwie do połowy butelką piwa. Traf chciał, że taksówkarz zatrzymał auto akurat na wprost posterunku policji. Na mój widok siedzący w nim policjant wyskoczył na zewnątrz i pokazując palcem na butelkę zapytał ze zdziwieniem na twarzy: „Beerlao?”, po czym podszedł przyjrzeć się butelce z bliska. „Tak, Beerlao” – odparłem wnioskując, iż w tych okolicznościach wypieranie się trzymanego w rękach piwa nie ma najmniejszego sensu. Ech, pomyślałem - stary chłop, a głupi. Przecież wiadomo, że na lotniskach nie wolno spożywać napojów alkoholowych, a ja wpadłem jak głupi szczeniak. No, cóż…. Nie zdążyłem pomyśleć o niczym więcej, gdyż w tym momencie policjant zakończył oględziny trzymanej przeze mnie butelki z niedopitym piwem i unosząc w górę uśmiechniętą twarz, poklepał mnie po ramieniu krzycząc: „haha! Beerlao, good”, po czym pokazał mi gest „okejki” i wrócił zadowolony na posterunek. Właśnie przez takie sytuacje trudno jest nie kochać mieszkańców Azji Południowo – Wschodniej. 

Dwie godziny później wystartowaliśmy w trwającą ponad 50 godzin podróż powrotną do Mińska Mazowieckiego. Po drodze mieliśmy kilkugodzinną przesiadkę w Bangkoku (w sam raz, żeby wypić Changa i tanie tajskie wino pod 7/11, pojechać na nocny market i zjeść pad thaia), kilkugodzinne postoje w Ammanie, kilkugodzinną przerwę w Kopenhadze, by finalnie odpłynąć następnego dnia wieczorem z Ystad do Świnoujścia, skąd dotarliśmy busem do Szczecina, aby kontynuować podróż pociągiem do Warszawy. 

Vientiane - można odnieść wrażenie, że cały ten kablowy bałagan zaczyna się właśnie tutaj...

Świątynia Wat Pha That Luang to najbardziej czczona stupa w kraju. Jej rangę podkreśla obecność budowli na laotańskich banknotach, przez co śmiało można stwierdzić, iż jest jedną z ikon symbolizujących państwo. Obecna świątynia pochodzi z 1566 roku, choć od tamtego czasu była wielokrotnie niszczona i odbudowywana. Odrestaurowywano ją chyba na tyle często, że tutejszy konserwator zabytków uznał, iż nie ma sensu zbytnio się starać. Wniosek taki wyciągnąłem oglądając posągi Buddy umieszczone na pustakach, na których naklejono kartki papieru ze szkicami oryginalnych podestów (trochę obciachowo to jednak wyglądało). Obiekt mierzy 45 metrów wysokości i otoczona jest przez dwie świątynie: Wat That Luang Neua oraz Wat That Luang Tai. Złocona budowla, zamknięta w obrębie ozdobnego muru, wspaniale błyszczała w świetle popołudniowego słońca. Przed głównym wejściem znajduje się pomnik króla Setthathiratha, siedzącego na tronie z charakterystycznym laotańskim mieczem opartym na kolanach. Nieopodal murów świątynnych znajduje się także ogromny pozłacany posąg leżącego Buddy, często wykorzystywany w materiałach promujących stolicę Laosu. 

Vientiane, na tyłach świątyni Wat Pha That Luang znajduje się ogromny posąg leżącego Buddy

Wybierając się pieszo na zwiedzanie powyższych zabytków warto pamiętać, że są one zlokalizowane w dość specyficznym rejonie miasta. Na długim odcinku trasy spaceru po jednej stronie ciągnie się park, a po drugiej tylne mury ogradzające siedzibę Pałacu Prezydenckiego oraz graniczącej z nim ambasady Brunei (sułtan Brunei zadbał o to, żeby przepych gmachu ambasady przyćmił sąsiadującą z nim siedzibę Prezydenta Laosu). Z uwagi na takie zagospodarowanie terenu, przez długą część trasy nie ma możliwości kupienia napoju lub czegoś do jedzenia, ponieważ nie ma w tej okolicy żadnego sklepu lub baru. Za parkiem, mniej więcej naprzeciwko szpitala, znajduje się publiczny szalet. Zatrudniona tam babcia klozetowa (choć nie jest to określenie zbyt fortunne, gdyż pracownica nie miała więcej niż 20 lat) rozstawiła stoliczek turystyczny, przy którym prowadziła sprzedaż napojów oraz miejscowych papierosów, inkasując jednocześnie opłaty od klientów szaletu.  „Zapytaj jej, może ma browar?” – przytomnie zauważył Jarek. „Masz może piwo?” spytałem, bezpośrednio podejmując temat. „Tak” – odpowiedziała dziewczyna, zawierając w tej krótkiej informacji całą istotę zagadnienia. „A możemy tutaj wypić?” – zapytałem, patrząc z nadzieją na deski zbite ze sobą na kształt przypominający ławkę. „Jak chcecie” – powiedziała dziewczyna tonem pozbawionym emocji, po czym powróciła do obierania jakiegoś miejscowego owocu. My zaś spędziliśmy miłe chwile, popijając zimne piwo w szalecie miejskim w centrum Vientiane. Po tym krótkim odpoczynku dziarsko wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie miasta. Ponieważ kolejne zabytki oddalone były od miejsca naszego pobytu o ładnych kilka kilometrów, a jeszcze musieliśmy zgarnąć trzeciego kompana, który czekał na nas w hotelu znajdującym się niezupełnie po drodze, udaliśmy się na postój motoriksz by negocjować warunki przejazdu. Kierowcy motoriksz krzyknęli nam za przejazd jakąś zaporową cenę – bodajże w granicach 10 dolarów, co stanowiło bądź co bądź równowartość 3 Rolexów na nocnym bazarze. Argumentem uzasadniającym żądaną za przejazd cenę miała być laminowana kartka zawierająca w rubrykach tzw „official price”. Rozmowa się nie kleiła, a do kierowców nie trafiały nasze argumenty, że: po pierwsze - taką kartkę to sobie każdy może wydrukować w domu i nie jest to dla nas żaden „official price”; po drugie – stoją na zatłoczonym parkingu, bo nikt nie chce jechać za takie stawki oraz po trzecie, że tyle to kosztuje taksówka z lotniska albo 3 zegarki słynnego producenta. Odeszliśmy więc kawałek dalej, zaczepiając kilku pojedynczo czekających kierowców. Stawki jednak wszędzie były takie same i obowiązywały na podstawie kartki zawierającej „official prices”. Z tego schematu wyłamał się jedynie jeden nieco podpity rikszarz, który pokazał nam wypity do połowy browar po czym oznajmił, że „nigdzie teraz nie jedzie, bo pije piwo”, co wszak nie rozwiązywało naszego problemu. Umówiliśmy się więc z Suchym w sklepie spożywczym znajdującym się w połowie drogi pomiędzy naszą lokalizacją, a hotelem. Tam postanowiliśmy zastanowić się przy piwie, co robić dalej. Podałem kasjerowi trzy duże butelki Beerlao, dyskretnie pytając, gdzie możemy je wypić? „Jak to gdzie? Tutaj” – odparł zdziwiony kasjer, a po chwili jego kolega przyniósł nam trzy barowe krzesła i posadził przy stojakach z brelokami, magnesami oraz innymi pierdółkami. Był to doskonały chwyt marketingowy, bo pewnie nawet byśmy tych stojaków nie zauważyli, a po wypiciu piwa w tych okolicznościach opuściliśmy sklep z całą reklamówką pamiątek. Zdecydowaliśmy się też, chociaż niechętnie, ulec żądaniom rikszarskiej mafii uiszczając wygórowaną kwotę za przejazd do świątyni Wat Pha That Luang. Stwierdziliśmy po prostu, że odpuszczenie najważniejszej świątyni w Vientiane by oszczędzić 13 złotych na osobę to nie jest dobry interes. Chociaż, jak to bywa w takich przypadkach, bardziej niż o pieniądze chodziło o godność, która zawsze zostaje podeptana, gdy płaci się frajerskie stawki za jakąś usługę, będąc tego świadomym. 

Vientiane, Wat Pha Kaew – dawna królewska świątynia z bogatą kolekcją sztuki buddyjskiej