M A L E Z J A

M A L E Z J A

  M A L E Z J A

                       M A L E Z J A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Malezja, Kuala Lumpur

Pierwsze myśli, patrząc z boku – czysto jak w Dubaju, głośno jak Bangkoku
Słynne bliźniacze wieże Petronas Twin Towers - symbol Kuala Lumpur

Pierwsze wrażenia po wylądowaniu w stolicy Malezji były dość mieszane. Czystość lotniska budziła wątpliwości, czy aby na pewno nasz samolot wylądował w Azji Południowo – Wschodniej? Przed terminalem kłuły w oczy tabliczki informacyjne o zakazie palenia pod karą grzywny wynoszącej około…. 10 tysięcy złotych. O co tu chodzi? Czy przypadkiem nie znaleźliśmy się w Singapurze? Uspokoiło nas nieco dopiero zachowanie miejscowych, którzy stanęli obok tabliczki, wypalili po fajce i przydeptali kiepy, obojętni na groźby kierowane z metalowego znaku. Ta niepozorna sytuacja stanowiła doskonały wstęp do zrozumienia kraju, do którego właśnie co przybyliśmy. Bo ogarnięcie tematu zajęło nam parę chwil. Generalnie, gdybym miał opisać w najprostszy sposób Malezję (przynajmniej tą, z którą zetknąłem się w Kuala Lumpur) przedstawiłbym ją jako miejsce, które wygląda jakby było zarządzane przez administrację ściągniętą z Dubaju, lecz jednocześnie zamieszkiwane przez ludność przeniesioną tutaj z Bangkoku, której dodatkowo ktoś kazał zostać wyznawcami islamu (w najbardziej liberalnej wersji z możliwych). Nowoczesna, ale przede wszystkim niezniszczona infrastruktura oraz utrzymywany w przestrzeni publicznej porządek przywodzą na myśl właśnie stolicę Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Natomiast atmosfera, zwłaszcza ta po zmroku, wraz z życiem nocnym toczącym się na ulicach bardzo przypomina tą znaną z sąsiedniej Tajlandii. Wszystko to czyni stolicę Malezji doskonałym celem podróży zarówno na rodzinne wakacje z dziećmi, jak też na wypad z kolegami. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że na ulicach w centrum miasta, pomiędzy ekskluzywnymi salonami najdroższych aut na świecie znajdują się sklepy sieci 7eleven, w których za 10 złotych można się solidnie obkupić, z sytą potrawą na ciepło włącznie. Chociaż co do czystości tutejszych ulic trzeba pamiętać, że nie byliśmy w stanie obiektywnie tego ocenić. A to z tej prostej przyczyny, że do Malezji przylecieliśmy bezpośrednio z Indii, a gwarantuję, że po pobycie w Indiach czysto będzie się wydawać w każdym miejscu na świecie.

Kuala Lumpur - wznoszące się wysoko ku niebu wieże Petronas Twin Towers

Kolejną rzeczą, co do której trudno się nam było jednoznacznie określić, była pogoda. W trakcie przejazdu taksówką z lotniska, błękitne niebo zdążyło pokryć się gęstymi czarnymi chmurami wypuszczającymi obfite potoki deszczu, by po chwili znów oświetlać wszystko wokół oślepiającymi promieniami słońca, które nie wiadomo kiedy znikało za całunem chmur. I tak przez cały czas-raz palące słońce na bezchmurnym niebie, raz ulewa z granatowoszarych, deszczowych chmur, które ni stąd ni zowąd pojawiały się, ponuro wisząc nad miastem. W takich okolicznościach dotarliśmy do naszego eleganckiego, przestronnego apartamentu, zlokalizowanego o kwadrans piechotą od słynnych bliźniaczych wież Petronas. Bilet upoważniający do wjazdu na wieże zakupiliśmy ze znacznym wyprzedzeniem, trzeba za godzinę wychodzić, a tu leje rzęsisty deszcz. Wychodzimy po godzinie - ani śladu chmur, a oddychać trzeba parnym, gorącym powietrzem. Klimat tego miejsca był przedziwny - nie było dnia, żeby nie padało, ale jednocześnie nie było dnia ze złą pogodą. Podobnie jak w przypadku wieżowca Burj Khalify w Dubaju, aby dostać się do wind wjeżdżających na szczyt wieży Petronas trzeba przejść przez ogromne, nowoczesne centrum handlowe wypełnione butikami sprzedającymi najpopularniejsze i najdroższe marki na świecie. Podobnie też jak w Dubaju, całą obsługę ruchu turystycznego przy zwiedzaniu wież wykonują kobiety w hidżabach (muzułmańska chusta zasłaniająca włosy, uszy i szyję). Podobnie jak w Dubaju nikt się nie wygłupia z chodzeniem w burkach czy nikabach (zasłaniających całą twarz). I tyle o podobieństwach. Różnice są takie, że malezyjskie twarze pod hidżabami są uśmiechnięte, a ich właścicielki sprawiają wrażenie wyluzowanych, tolerancyjnych kobiet, których nie obchodzi czy jakiś blondyn z Polski podziela ich system wartości oraz standardy obyczajowe, czy też nie. W Dubaju oczywiście też nie ma z tym większych problemów, jednakże wodząc wzrokiem po pasażach centrum handlowego, proporcje pomiędzy skromnie ubranymi dziewczętami w hidżabach a tłumami wylaszczonych dziewczyn w miniówach są w Malezji odwrotne niż w Emiratach. Zdecydowanie więcej odkrytego ciała można podziwiać w Malezji. Najważniejsze jest jednak to, że i skromne Muzułmanki i roznegliżowane hedonistki nie mają żadnego problemu z tym, żeby współistnieć obok siebie. Nie mam żadnych wątpliwości, że malezyjski islam w swej otwartości oraz tolerancji znacznie przewyższa swym standardem zjawisko polskiego katocebulizmu.

Kuala Lumpur - wnoszące się na wysokość 452 metrów wieże Petronas Twin Towers

Wieczorem wjechaliśmy na słynne 88-piętrowe wieże–międzynarodową inwestycję koreańskiego Samsunga i japońskiej Hazama Corporation, wznoszące się na wysokość 452 m. Do 2004 r. były najwyższym budynkiem na świecie, nadal zaś pozostają najwyższą bliźniaczą budowlą na Ziemi. Zgodnie z porządkiem zwiedzania, na początek wjechaliśmy windami na taras widokowy (tzw. Sky Bridge), zlokalizowany na moście o długości 58,5 m, łączący obie wieże pomiędzy 41 a 42 piętrem - na wysokości 170 m. Później wjeżdża się jeszcze wyżej - na wysokość, z której można podziwiać kopułę drugiej wieży bez zadzierania głowy do góry. Z ciekawostek można wskazać, że obie wieże mają łącznie 76 wind, do transportu używanych jest 29 dwupoziomowych wind i 10 ruchomych schodów. Przy budowie wież pracowało do siedmiu tysięcy robotników jednocześnie, którzy zużyli 160 tys. m³ betonu, 77 tys. m³ nierdzewnej stali, 208 pali długości 208 m każdy, pokrytych płytą żelbetową o grubości 4,5 m. Budynki posiadają łącznie 65 tys. m² szyb, co daje liczbę 32 000 okien. Aby umyć każdą wieżę tylko raz, potrzeba około miesiąca.

U podnóża Petronas Twin Towers znajduje się park. Z mostku w tym parku można zrobić zdjęcie wież w całości. Nieopodal, codziennie wieczorem odbywa się widowisko „światło i dźwięk”, czyli wodne pląsy do dźwięków największych muzycznych szlagierów. Przy imponujących wieżach Petronas spędziliśmy w sumie połowę wieczoru. Następnie udaliśmy się w kierunku centrum, do którego z rejonu wież prowadził … oszklony, klimatyzowany tunel nadziemny o długości 1 km i szerokości 5 m łączący centrum targowe KLCC z centrum handlowym Pavillion. Następnie zagłębiliśmy się w labirynt wąskich uliczek, by po jakimś czasie dotrzeć do dzielnicy barowej, w której większość przestrzeni zajmowały stoliki zastawione kuflami z zimnym piwem. Malezyjczycy to Muzułmanie i alkoholu nie piją. Natomiast zupełnie nie przeszkadza im to, że nie-muzułmanie lubią trachnąć browara i alkohol (choć nietani) kupić można wszędzie. A chętnych nie brakowało. Takie podejście do sprawy bardzo ułatwia życie i wydaje mi się być najbardziej racjonalnym rozwiązaniem problemu różnic obyczajowych na tle religijnym. Na ulicy Jalan Aloor, słynącej z najsmaczniejszego jedzenia w mieście, spożyliśmy obfity posiłek, a następnie spokojnym krokiem wróciliśmy do naszego apartamentu. Chcieliśmy jeszcze zajrzeć do znajdującego się po drugiej stronie ulicy klubu, wewnątrz którego znikały podjeżdżające długimi limuzynami kobiety z jeszcze dłuższymi nogami, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy, bowiem wejście było co prawda za darmo, ale trzeba było zamówić coś do picia. A najtańsza pozycja w karcie, czyli małe piwo, kosztowało 45 dolarów. Przenieśliśmy się więc na położony 20 metrów od wejścia do klubu krawężnik, przy którym sprzedawano z wózka kiełbasy na patyku, w atrakcyjnej cenie 0,5 dolara. Pokrzepieni świadomością, że są w centrum miasta lokale, na które nas stać, udaliśmy się na wieczornego drinka do naszego luksusowego apartamentu.

Kuala Lumpur - wejścia do jaskiń Batu pilnuje 42-metrowy posąg boga wojny - Murugana

Następnego dnie nieco zaspaliśmy, więc po szybkim prysznicu złapaliśmy taksówkę do położonych kilkanaście kilometrów od centrum jaskiń Batu. Są to wapienne jaskinie stanowiące najważniejsze miejsce kultu religijnego dla hinduistów w rejonie Azji Południowo – Wschodniej. Przy wejściu do świątyni znajduje się imponujący, 42-metrowy posąg Murugana–boga wojny i patrona jaskiń–drugi pod względem wielkości posąg hinduistyczny na świecie. Do jego budowy zużyto 250 ton stali, 1500 m² betonu i 300 litrów złotej farby. Do głównej jaskini zwanej Katedralną prowadzą schody o 272 stopniach. We wnętrzu umieszczone są posągi przedstawiające postaci z mitologii hinduskiej. Co roku, podczas święta Thaipusam, do jaskiń Batu pielgrzymują miliony wiernych z całej Azji Południowo – Wschodniej, pragnących podziękować za otrzymane łaski. Tradycyjnie pątnicy maszerują boso z Kuala Lumpur, trzymając na głowie dzban z mlekiem, który ofiarowują bogom w głównej świątyni. Praktykują także obrzęd „kavadi” - samookaleczania ciała poprzez przebijanie metalowym prętem języka i policzków, wbijanie haków w plecy itp. Niestety to widowiskowe święto w 2017 r. wypadało 9 lutego, a więc miesiąc przed naszą wizytą.

Chinatown - chińska dzielnica w Kuala Lumpur

Ponieważ Łukaszowi i Jarkowi jaskinie przypadły do gustu (zapewne ze względu na panujący wewnątrz chłód, zapewniający optymalne warunki do życia dla osób, które poprzedniego dnia przedawkowały rum), postanowili oni wyruszyć na spotkanie z pierwotnymi formami życia w Jaskini Ciemnej. Ja z Marcinem postanowiliśmy zaoszczędzić trochę grosza i wrócić do miasta kolejką, przez co straciliśmy ładnych kilka godzin. Po zjedzeniu posiłku, zostaliśmy zmuszeni do schowania się w ulicznym lokalu przed kolejną niespodziewaną ulewą. Deszcz przeczekaliśmy przy barze, popijając piwo i oglądając na służbowym komputerze barmana skróty Ligi Mistrzów. Gdy w końcu się rozjaśniło, okazało się że zaraz się ściemni. Wskoczyliśmy zatem w gąszcz uliczek Chinatown, które w zasadzie zagospodarowane zostały jako jeden wielki bazar, korzystając z okazji na nabycie niedrogich pamiątek. Przy okazji dowiedziałem się od handlującego koszulkami Chińczyka, gdzie mogę kupić prawdziwy malajski latawiec. Za jego wskazówkami udaliśmy się do nieodległego Central Marketu i tam też umówiliśmy się z chłopakami. Czekaliśmy na nich około godziny, pomimo że zapewniali nas, że są tuż obok. Po godzinie znowu zaczął padać deszcz, więc złapaliśmy taksówkę, wewnątrz której wypatrzyli nas nasi zagubieni przyjaciele. Po dziś dzień nie mogę pojąć, jak doszło do tego, że przez godzinę nie mogliśmy się spotkać w umówionym – konkretnym i charakterystycznym miejscu, a udało im się nas wypatrzyć w przejeżdżającej taksówce.