P E R U

 

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

Następnego dnia bladym świtem siedzieliśmy już w busie kierującym się w stronę otaczających Arequipę wulkanów. Zanim jednak na dobre wyjechaliśmy z miasta, mieliśmy pierwszy przymusowy postój w markecie, w którym obowiązkowo – na wyraźne polecenie przewodnika - należało zakupić odpowiedni zapas liści koki. Ich żucie miało nam znacznie ułatwić oddychanie (podobno niezbędne do utrzymania funkcji życiowych) na dużych wysokościach. Po chwili wszyscy pasażerowie busa wypełnili świeżutkimi listkami usta, upychając resztę zapasów w torbach i kieszeniach. Przeżuwanie liści koki było zajęciem dość monotonnym, by nie powiedzieć że drażliwym. W całej operacji chodzi o to, by substancje aktywne w liściach przedostały się do organizmu za pośrednictwem ślinianek. Ale żeby poczuć delikatne mrowienie dziąseł w okolicach tych ślinianek, trzeba naprawdę „niejedno przeżuć”. Dużo prędzej doczekać się można bólu żuchwy, nieprzyzwyczajonej do mielenia zielska w ustach.
Liście koki (a w zasadzie krasnodrzewu pospolitego) były znane i doceniane przez tutejsze ludy od niepamiętnych czasów. Źródła podają, że tradycja korzystania z liści koki sięga 4.500 tysiąca lat wstecz, ale skąd to wiadomo – trudno ocenić. Nie ulega natomiast wątpliwości, że promocją krasnodrzewu pospolitego zajmowali się na masową skalę Inkowie, którzy roślinę tą umieścili niemalże w panteonie swych bóstw. Ludności zamieszkującej górskie rejony żucie liści koki pozwalało przezwyciężać dokładnie te same uciążliwości, z którymi dziś mierzą się turyści – trudności z oddychaniem na dużej wysokości, nudności, czy bóle głowy. Dlatego też żadna siła nie była w stanie sprawić, by zaprzestali tego procederu. A próbowali najwięksi z wielkich – w XVI wieku uprawy koki próbował zabronić kościół katolicki, zaś w XX wieku – rząd amerykański. Ci pierwsi w zamian za rezygnację z upraw zaproponowali jak zwykle nic. Ci drudzy – pomoc przy uprawie bananów. Indianie i jednych i drugich obeszli śmiechem, choć w przypadku realiów szesnastowiecznych należy raczej przypuszczać, że uprawę krasnodrzewu obronili raczej właściciele kopalni złota, dla których nie bez znaczenia pozostawał fakt zwiększonej wydajności półniewolników zatrudnianych przy wydobyciu kruszców, wynikającej z ograniczonych po spożyciu listków potrzeb w zakresie spożywania posiłków czy odpoczynku (magiczne działanie listków pozwala zapomnieć o takich głupotach jak głód czy zmęczenie). Dziś o liściach koki wiadomo znacznie więcej niż suchy fakt, że „dają kopa”. Zawierają one 14 czynnych alkaloidów, spośród których światową sławę zyskała zwłaszcza kokaina (jej stężenie waha się pomiędzy 0,5 a 1%, a więc człowiek nie byłby w stanie przeżuć wystarczającej ilości liści, by wprowadzić się w narkotyczny stan). Krótko mówiąc, żucie koki ma tyle wspólnego z braniem kokainy, co koń z koniakiem. Co nie zmienia faktu, że samą substancję działającą jako bloker białek transmitujących dopaminę (hormon przyjemności) zawierają, lecz niestety w ilościach nie pozwalających poczuć wybuch euforii czy zastrzyk energii. Zresztą to wcale nie kokaina odpowiada za pozytywne bodźce wynikające z żucia liści krasnodrzewu – naukowcy zbadali, że w reakcji ze śliną tworzy ona ekgoninę – związek kilkadziesiąt razy mniej toksyczny od kokainy i pozbawiony właściwości uzależniających. Jej działanie powoduje podniesienie ciśnienia tętniczego oraz wzrost poziomu glukozy we krwi. I to właśnie dzięki temu możliwe jest przekonanie organizmu, że nie potrzebuje odpoczynku ani jedzenia, a na wysokości 4.000 m.n.p.m. czuje się wręcz fantastycznie.
Przeżuwając kolejne liście powoli przemierzaliśmy niezwykle malownicze tereny Cordillera Volcanica, w których - jak sama nazwa wskazuje – krajobraz zdominowały majestatyczne bryły  imponujących wulkanów – Pichu Pichu (5664 m.n.p.n.), Misti (5822 m.n.p.m.) oraz Chachani (6057 m.n.p.m.).  W ramach pierwszego odpoczynku zatrzymaliśmy się w Pampa Cañahuas  (rezerwacie Wikunii andyjskich), gdzie mieliśmy okazję podglądać setki egzemplarzy tych najmniejszych chyba przedstawicieli zwierząt z gatunku lam. Andyjskie płaskowyże Peru, charakteryzujące się suchym i zimnym klimatem, stanowią naturalne środowisko dla tych sympatycznych zwierzaków, udomowionych przez górskie plemiona już około 7 tysięcy lat temu. Wikunie andyjskie mierzą średnio zaledwie 140 cm długości, ale to właśnie wizerunek przedstawiciela ich gatunku (a nie jakiejś tam lamy czy alpaki) znalazł miejsce w godle Peru.

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Peru, Arequipa/ Cañon del Colca

Tu pluje lama, tam kumpel chory, a nad głowami krążą kondory

podróże Peru Canon Colca
Do Arequipy dotarliśmy po drugiej nocy z rzędu spędzonej w fotelu na pokładzie autobusu. Pomimo, że były to fotele całkiem wygodne (w ogóle stan techniczny pojazdów oraz infrastruktura drogowa w Peru były na zaskakująco wysokim poziomie), to nogi dawały wyraźny sygnał, że chciałyby się już wyciągnąć na jakiejś pryczy. Szybko więc ogarnęliśmy jakiś hotel, w którym w końcu udało się złapać kilka godzin drzemki w pozycji poziomej.
Samo „Białe Miasto” robiło wrażenie dużo lepsze od stołecznej Limy, choć podobnie jak w stolicy na zwiedzenie jego najważniejszych zabytków wystarczyło nam jedno popołudnie. Drugie co do wielkości miasto w Peru różniło się od pierwszego w zasadzie wszystkim – począwszy od architektury, poprzez natężenie ruchu drogowego i w ogóle tempo życia, a na temperaturze powietrza i klimacie skończywszy. Miasto położone jest na wysokości 2325 m.n.p.m., w otoczeniu słynnego andyjskiego pasma Cordillera Volcanica, co przekłada się bezpośrednio na chłodniejszy klimat oraz bardziej przejrzyste powietrze.
Wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego Stare Miasto w Arequipie skupia w swym obrębie większość zabytkowych budowli polecanych przez przewodniki. Chodzi głównie o architekturę sakralną, za którą osobiście nie przepadam, lecz której obiekty przeważają jako główne atrakcje wśród kolonialnej zabudowy każdego większego miasta Ameryki Łacińskiej.
Bardziej niż styl rzeźbień w nawie bocznej katedry zapadł mi w pamięci smak kotleta z alpaki, czyli najbardziej typowego dania regionalnego w tej części Peru. Alpaka – trawożerny ssak parzystokopytny z rodziny wielbłądowatych to trochę mniejsza wersja lamy, choć z budowy ciała przypomina też nieco owcę. Hodowana jest jako źródło wełny i mięsa, które zaspakaja potrzeby żywieniowe zarówno mieszkańców, jak i przyjezdnych. A dominująca w kartach dań „alpakina” z pewnością wygrywa w regionalnych rankingach spożycia z innymi rodzajami mięs. Zasmakowawszy nowej egzotycznej potrawy, udaliśmy się w poszukiwaniu agencji turystycznej, która zechciałaby nas zabrać do słynnego kanionu Colca. Nie było z tym większego problemu, więc w chwilę później mieliśmy już wykupioną dwudniową wycieczkę w cenie 20$ od osoby.
podróże Peru Canon Colca
Kolejny postój miał miejsce na targu w Patahuasi – pięknym punkcie widokowym u podnóży wysokich Andów, wyzwalającym zwłaszcza wśród amatorów fotografii artystyczną duszę, z uwagi na dwie widowiskowe scenerie fotograficzne - surowe krajobrazy z wysokimi, zaśnieżonymi szczytami gór w tle oraz handlujących na targu Indian ubranych w tradycyjne, wielobarwne stroje, pozwalających za cenę 1 sola „ukraść sobie duszę” pozując do obiektywu. Biorąc pod uwagę starannie dobrane, kompletne i kolorowe stroje chętnie pozujących do zdjęć dzieci sprzedawców oraz mizernie zaopatrzone stoiska handlowe należy przypuszczać, iż w rzeczywistości źródłem prawdziwego zarobku gromadzących się tutaj Indian były wpływy z pozowania do zdjęć, a nie z obrotu przywiezionym towarem. Można powiedzieć, że były to swoiste punkty handlowo – usługowe, generujące zyski głównie ze sprzedaży usług, choć należy pamiętać, że pomimo wszystko dochodziło do zmian własnościowych w zakresie duszy „fotografowanego”, przy czym nabycie duszy następowało w drodze kradzieży, a nie transakcji kupna – sprzedaży. Jak widać, operacje handlowe mające miejsce na targu były o wiele bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.  Ogarnięty „fotograficznym” amokiem, podbiegłem siłą rozpędu do stojącej obojętnie, skubiącej leniwie trawę znudzonej lamy, prosząc kolegów o jeszcze jedną fotkę. Rzeczona lama, wyrwana wyraźnie z głębokich rozmyślań nad marnością egzystencji w wysokich górach, w nagłym przypływie serdeczności postanowiła okazać mi nieco sympatii opluwając mnie obfitą porcją śliny, której woń na moje nieszczęście przypominała raczej zapachy wydobywające się zazwyczaj z drugiego końca przewodu pokarmowego. Po rozpaczliwych i nie przynoszących oczekiwanych efektów próbach usunięcia z twarzy i z ciuchów lamowego fetoru wyruszyliśmy w dalszą drogę, zatrzymując się jeszcze po drodze w Tojra Pampas – kolejnym rezerwacie z lamami, od których tym razem trzymałem się na dystans mając świeżo w pamięci i czując świeżo w nosie konsekwencje zacieśniania relacji z tym  - powiedzmy sobie szczerze – nie najmądrzejszym przedstawicielem świata zwierząt. Ostatni postój przypadł w punkcie położonym na wysokości 4.900 m.n.p.m., gdzie miałem okazję sprawdzić reakcję organizmu na wypalanego na takiej wysokości papierosa (o dziwo nie odczułem jakichś ogromnych rozbieżności w porównaniu z „paleniem nizinnym”).
Po południu dotarliśmy do celu podróży - indiańskiej wioski Chivay, będącej naszą bazą wypadową do dalszych andyjskich wędrówek. Tymczasem jeden z przyjaciół, pomimo przeżucia znacznej ilości liści koki, zaczął odczuwać objawy soroche – choroby wysokogórskiej dotykającej wiele osób przyjeżdżających w wysokie Andy. Ze względu na charakterystyczne dla tej przypadłości i niezbyt przyjemne symptomy (bóle glowy, żołądka, mięśni, ogólne zmęczenie, temperatura, dreszcze – ogólnie mówiąc: bóle wszystkiego), musiał też zrezygnować z popołudniowej wędrówki po górach i położył się w schronisku. My natomiast wyruszyliśmy na krótki trekking z cyklu „wypluj płuca w Andach”. Po drodze minęliśmy „cmentarz”, albo raczej skupisko ludzkich czaszek i kości ułożonych (a raczej rozrzuconych) w jednym miejscu, finalnie dochodząc do wodospadu Aguas Calientes. Skończyło się też rumakowanie z papieroskami – o ile po wyjściu z samochodu płuca przyjęły toksyny bez większego sprzeciwu, o tyle po dłuższym spacerze na tych wysokościach przypominały bezustannie o istnieniu nałogu, ale nie poprzez głód nikotynowy, lecz poprzez kłopoty ze złapaniem powietrza i wyrównaniem oddechu. Po krótkiej górskiej aklimatyzacji wróciliśmy do Chivay, gdzie zastaliśmy kolegę wykręconego w chińskie osiem i rozbitego na atomy. Na szczęście kilka przecznic od schroniska odnaleźliśmy czynną aptekę, w której bez żadnej recepty, zbędnych słów i niewygodnych pytań sprzedawca sprzedał nam specyfiki mające postawić kumpla na nogi. Jak się okazało, na pokonanie choroby wystarczyły 3 tabletki, którymi po zapłaceniu kilku soli pracownik apteki poczęstował mnie jak cukierkami, wydzielając mi porcję na otwartą dłoń bez żadnych zbędnych opakowań i ulotek, a także bez konieczności skonsultowania się z lekarzem lub farmaceutą. Kolega rozpoczął więc kurację, a my wieczorem udaliśmy się do miejscowego lokalu na tzw. wieczór peruwiański, na którym – jak to zazwyczaj bywa – impreza na dobre rozkręciła się po  części oficjalnej, czyli wtedy gdy bawić zaczęli się nie turyści, lecz miejscowi. Szczytowy moment rozluźniania atmosfery i zacieśniania więzi międzynarodowych nastąpił, gdy pilnujący porządku policjanci, po paru głębszych ruszyli w tany na parkiecie w pełnym rynsztunku bojowym, z pistoletami za pasem. Z perspektywy europejskich standardów nie wyglądało to może zbyt dobrze, ale człowiek mimo wszystko czuł się znacznie bezpieczniej, gdy pijany policjant - uśmiechnięty od ucha do ucha - skakał po parkiecie, niż jak stał w drzwiach z grobową miną i zerkał spode łba podejrzliwie na wszystkich wokół. Kto by zresztą wszczynał awanturę w lokalu, w którym na parkiecie wariuje uzbrojony, pijany stróż prawa?
Katedra na Plaza de Armas w Arequipie
Malowniczy krajobraz Cordillera Volcanica w drodze do Cañon del Colca
Młode Indianki na targu w Patahuasi, w drodze do Cañon del Colca
podróże Peru Canon Colca
podróże Peru Canon Colca
Cañon del Colca - imponujące dzieło natury
Skoro świt wyruszyliśmy do Cañon del Colca – według niektórych źródeł – najgłębszego kanionu na świecie. Imponujący wąwóz, którego ściany pną się w górę na wysokość 3200 m z jednej strony i 4200 m z drugiej,  jest pozostałością po prastarej rzece. Spory na tle przyznania mu światowego prymatu w zakresie głębokości wynikają z porównywania go z kanionem Cotahuasi i są związane z tym, że ten drugi ma głębokość 3535 metrów w pobliżu Ninancocha, a wiec biorąc pod uwagę wysokość lewej ściany Colca można uznać, że to właśnie Cotahuasi jest najgłębszy. Tak czy inaczej, oba kaniony głębokością dwukrotnie biją słynny kanion Kolorado (lecz są od niego znacznie węższe). Cañon del Colca ma około 120 km długości, a różnica poziomów pomiędzy wlotem i wylotem wynosi 2 km. Przepływająca przez kanion rzeka o tej samej nazwie ma tak niespokojny nurt, że przez wiele lat uważano ją za niemożliwą do pokonania. Po dziś dzień dokonało tego zaledwie kilku śmiałków, spośród których pierwszymi byli Polacy z krakowskiego klubu kajakowego - członkowie ekipy uczestniczącej w wyprawie kajakowej Canoandes 79 pokonali nurt w 1981 roku.
Pomijając sprawy rekordów, potęga masywnych ścian kanionu zamykających się dość wąsko nad przepływającą w dole rzeką wywierała na obserwatorze niesamowite wrażenie. Dodatkową zaś atrakcję stanowiła możliwość obserwacji kondorów w ich naturalnym środowisku. W tym właśnie celu przed godziną ósmą dotarliśmy do skalnego urwiska zwanego Cruz del Condor – ponoć najlepszego miejsca na świecie do obserwacji tych ogromnych ptaszysk. Mówiąc szczerze podchodziłem do tych informacji dość sceptycznie, spodziewałem się raczej jednego z poniższych scenariuszy: „widzieliście ten mały punkcik?” – „Tak!” – „O! To był kondor” albo „słyszeliście ten pisk? – To kondory, nigdzie ich tak dobrze nie słychać jak tu...” lub nawet „niestety, nie mamy szczęścia, kondory są tu prawie zawsze, lecz nie dziś...”. Nic z tych rzeczy, po kilkunastu minutach spoglądania w niebo wyłoniła się w majestatycznym locie sylwetka kondora. Potem nadleciał drugi, trzeci, następny... w sumie siedem. Wszystkie widoczne jak na dłoni, to wznoszące się w przestworza, to znów opadające spokojnie w bezruchu. Trzeba przyznać, że obserwacja tych ogromnych ptaków na tle surowych, wysokich Andów była jednym z najfantastyczniejszych przeżyć tego wyjazdu. I podobno rzeczywiście można je oglądać w tym miejscu codziennie w godzinach porannych, gdyż właśnie wtedy wyruszają na poranny żer. Ile w tym prawdy, trudno ocenić – nam się w każdym razie udało. Z Cruz del Condor wyruszyliśmy na długą wycieczkę wzdłuż stromych ścian kanionu, podziwiając malownicze widoki poprzecinanych wąwozem górskich formacji. Po powrocie opuściliśmy Chivay, udając się w kilkugodzinną drogę powrotną do Arequipy i zatrzymując po drodze w kilku ciekawych wioskach oraz przy tzw. „wiszących grobowcach”, wykutych w przydrożnych skałach.