Kolejny poranek spędziliśmy na wzajemnym utwierdzaniu się w przekonaniu, że będąc w tak nietuzinkowym miejscu należy odwiedzić naszych nowych amigos w celu ozdobienia ciała pamiątkową dziarą. Ponieważ - jak powszechnie wiadomo – trudne decyzje najlepiej podejmować z odpowiednio dotlenioną głową, wybraliśmy się ok. 10 km za miasto, by zobaczyć kilka ciekawych kompleksów inkaskich ruin. Dojechaliśmy w okolice najdalej położonego Tambo Machay i stamtąd wyruszyliśmy w długi spacer w kierunku Cuzco, zwiedzając położone po drodze stanowiska archeologiczne.
Tambo Machay to zespół inkaskich budowli wzniesiony na trzech tarasach otoczonych murem wykonanym z wygładzonych ciosów kamiennych, przerywanych trapezoidalnymi wnękami o wysokości ok. 1,5 m. Na wysokości drugiego tarasu tryska źródło wody, której bieg Inkowie skierowali na następny taras, stąd też miejsce to zwane jest powszechnie Łaźnią Inki.
W pewnej odległości od Tambo Machay położone są ruiny inkaskiego fortu Puca Pucara, zaś nieco dalej Qenko – okrągła, kamienna budowla wzniesiona wokół megalitu zwanego intihuatana („miejsce, gdzie chwyta się słońce”). Występujące tutaj wewnętrzne nisze najprawdopodobniej były miejscem składania inkaskich mumii, zaś pobliska grota powszechnie uznawana jest za miejsce pochówku władcy Inki Pachacutiego.
Kierując się dalej w stronę miasta dotarliśmy do usytuowanej u stóp Cuzco potężnej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán (w języku quechua: Sokole Gniazdo – sokół był totemicznym zwierzęciem Inków), otoczonej potrójną, zygzakowatą linią murów obronnych. Twierdza wzniesiona została na planie głowy pumy, a 22 zygzaki murów miały symbolizować kły drapieżnika. Mury obronne twierdzy wzniesione zostały bez użycia zaprawy z megalitycznych, wielokątnych bloków kamiennych, z których największy mierzy ponad 7,5 metra i osiąga wagę przekraczającą 35 ton. Biegną one przez trzy platformy, osiągające razem wysokość ponad 18 metrów. Podobnie jak w innych miejscach w tej okolicy, megalityczne bloki były transportowane na teren budowy bez wykorzystania koła (którego Inkowie nie znali), a następnie zostały obciosane w sposób umożliwiający ich ścisłe dopasowanie, celem zapewnienia stabilności budowli. Do wnętrza konstrukcji prowadzi ciąg wykutych w murach bram, zwieńczonych monolitycznymi nadprożami. Chociaż na pierwszy rzut oka Sacsayhuamán bezdyskusyjnie wydawało się być twierdzą, w trakcie badań znaleziono dowody na to, że pierwotnie wznoszące się tutaj budowle miały charakter sakralny. Pojawiają się również głosy, że budowla mogła też pełnić funkcję obserwatorium astronomicznego. Według przekazów historycznych, w czasach panowania władcy o imieniu Pachacutec Yupanqui przy wznoszeniu twierdzy pracowało 20.000 osób, głównie niewolników. Sens podejmowania trudów takiej inwestycji najlepiej odzwierciedlają słowa władcy Huayna Capaca: „Gdybyście nie mieli żadnego zatrudnienia dla ludu, każcie mu górę przenosić na barkach z jednego miejsca na drugie. Wtedy będziecie mieli w państwie spokój”. Ta złota myśl władcy przeżyła zarządzane przez niego imperium i pozostaje nadal aktualna, będąc mottem różnej maści dyktatorów oraz politycznych awanturników – z tą różnicą, że obecnie odwracają oni uwagę publiczną od dokonywanych przekrętów nie przy pomocy megalitów, lecz mediów. Tak czy inaczej trzeba przyznać, że jest to nieco lżejsza dla społeczeństwa forma manipulacji od tej wdrażanej przez Huaynę Capaca. Twierdza Sacsayhuamán była miejscem wielu historycznych bitew, m.in. bratobójczej walki pomiędzy Atahualpą a Huáscarem oraz pięciomiesięcznego oblężenia w 1536 r., podczas antyhiszpańskiego powstania pod dowództwem Inca Manco, po upadku którego została zburzona.
Po zwiedzeniu twierdzy Sacsayhuamán ruszyliśmy w drogę powrotną ku obrzeżom Cuzco - w kierunku wzgórza, na którym usytuowano ogromny posąg Chrystusa, stanowiący nieco mniejszą kopię popularnej statuy górującej nad Rio de Janeiro. Stamtąd do centrum postanowiliśmy pójść autorską drogą „na skróty”, wytyczając trasę, którą chyba jeszcze żaden turysta przed nami nie szedł. Minęliśmy skromne lepianki, przedarliśmy się przez pola i jakieś podwórza, ale w końcu udało nam się dotrzeć do początków infrastruktury miejskiej. Po tak wyczerpującym dniu zasłużyliśmy na solidny posiłek, więc zamówiliśmy sobie popularny peruwiański rarytas – świnkę morską (bez sosu własnego). Gdy w trakcie składania zamówienia poinformowałem kelnera o tym, że nigdy wcześniej nie jedliśmy tego miłego zwierzątka i że w Polsce świnki morskie trzyma się generalnie w domu jako maskotki, kelner obdarzył nas pełnym niedowierzania spojrzeniem, po czym zniknął za drzwiami kuchni. Po chwili dobiegł nas stamtąd gromki śmiech - najwyraźniej kelner podzielił się z kucharzami zasłyszanymi przed chwilą rewelacjami o kulinarnych „dziwactwach” mieszkańców egzotycznej Polski. Na widok naszego posiłku dosłownie zbledliśmy. Choć muszę przyznać, że nie powinienem narzekać, bo mi akurat przypadł w udziale zad i łapa, podczas gdy porcja z dania Arka patrzyła się na niego martwym wzrokiem wprost z talerza. Podsumowując to specyficzne danie – spróbować można, ale pomijając kwestie estetyczno-światopoglądowe, najzwyczajniej w świecie trudno się taką świnką morską najeść, gdyż więcej w niej żył i kostek, niż mięsa.
Wieczorem odwiedziliśmy studio tatuażu Abla, gdzie Arek rozpoczął nasz cykl dziargania. My w tym czasie zbrataliśmy się ze znajomymi artysty, którzy jak się okazało, urządzili tu sobie wieczorny punkt spotkań. A ponieważ egzotyczni turyści nie trafiali się najwyraźniej tutaj na co dzień, nasza wizyta szybko przekształciła się w imprezę. Abel skończył pracę nad tatuażem i wszyscy przenieśliśmy się w plener. Nasi nowi znajomi pokazali nam najbardziej ekonomiczny sposób na spędzenie wieczoru w Cuzco – zrobiliśmy zrzutę i udaliśmy się do pobliskiego marketu, gdzie zamówiliśmy kilka butelek rumu i kilka sztuk coca-coli. Ekspedient przyniósł zamówiony towar, po czym wyciągnął z pod lady wiadro, wlał do niego całą zawartość rumu i popitki, wymieszał jakąś chochlą i zlał z powrotem do butelek. Z tak przygotowanymi drinkami poszliśmy do pobliskiego skweru, gdzie spędziliśmy wesoło czas aż do wczesnych godzin porannych.
Cuzco, położone na wysokości 3326 m.n.p.m. i otoczone wspaniałymi grzbietami Andów, jest najstarszym zamieszkanym nieprzerwanie miastem kontynentu. Po dawnym Imperium Inków zachowało się tutaj całkiem sporo budowli – jak czas pokazał, Inkowie byli jedynymi budowniczymi potrafiącymi wznosić konstrukcje opierające się licznym w tym regionie trzęsieniom ziemi, pomimo że układali oni swoje ogromne kamienne bloki bez żadnej zaprawy murarskiej. Dziś potężne inkaskie budowle zdają się drwić z technologii przywiezionych tu przez Hiszpanów, wznoszących na fundamentach inkaskich świątyń budynki, które już dawno legły w gruzach. Osiągnięcia budowlane Inków należy oceniać przede wszystkim przez pryzmat stosunkowo krótkiego istnienia ich imperium - powołanego do życia około 1400 r, by już niewiele ponad sto lat później zniknąć z kart historii po przegranej walce z hiszpańskim najeźdźcą. Szczytowy okres rozwoju Cuzco przypadł na lata panowania władców Pachacuteca (1438-1471) oraz Tupaca Yapanqui (1471-1493). Stolica w tym okresie stanowiła ogromny plac budowy, na którym przeszło 50.000 robotników transportowało ogromne głazy  przy użyciu drewnianych bali. Wielkie andezytowe bloki układano kolejno na sobie, po uprzednim ich dopasowaniu w taki sposób, by wznoszone mury pozbawione były jakichkolwiek szczelin (gdzieniegdzie bloki przylegają do siebie tak ściśle, że nie można pomiędzy nie wetknąć ostrza noża). Inkowie uregulowali też bieg dwóch pobliskich rzek i stworzyli system akweduktów dostarczających wodę do miasta.
Cuzco stanowiło ceremonialne, polityczne i administracyjne serce Imperium Inków. Okazałe rezydencje przeznaczone były na użytek Sapa Inki – jedynego władcy oraz jego rodziny i najwyższych kapłanów. W stolicy swoje kwatery posiadali również gubernatorzy prowincji. Miasto podzielone było na dwie części: Hanan Cuzco (miasto górne) oraz Hurin Cuzco (miasto dolne). W centralnej części miasta znajdował się główny ośrodek ceremonialny, usytuowany w obrębie ogromnego placu - dziś w tym miejscu wznosi się główny plac współczesnego miasta, Plaza de Armas. Pałace królewskie, rezydencje kapłańskie i najważniejsze świątynie wzniesiono w centralnej części miasta, w bezpośredniej okolicy głównego placu ceremonialnego, z którego rozpoczynały również swój bieg cztery główne drogi dzielące imperium Tawantisuyu na cztery części. Każdy kolejny władca miał w zwyczaju lansować się  nowym pałacem, przyćmiewającym przepychem budowlę poprzednika. W mieście wznoszono też sporo budynków użyteczności publicznej, takich jak Dom Wiedzy (kształcono tam potomków możnowładców), czy Dom Wybranych Kobiet, do którego trafiały branki przywożone z wypraw wojennych, zapewne po uprzedniej selekcji pod kątem posiadanych walorów. Jedną z najwspanialszych budowli, których opis zachował się w hiszpańskich kronikach była świątynia Coricanchy, poświęcona Bogu Słońca oraz Gwiazdom. Jej nazwa wywodziła się z języka quechua i oznaczała Złote (cori) zamknięte mury (cancha). Według zachowanych relacji, ściany świątyni istotnie były pokryte złotą blachą, co po odkryciu tego faktu przez Pizarra było dla budowli równoznaczne z „wyrokiem śmierci przez splądrowanie”. Na jej fundamentach Hiszpanie wznieśli klasztor Santo Domingo, wewnątrz którego zachowały się całkiem pokaźnych rozmiarów fragmenty pierwotnej budowli.
Zwiedzić można ją było korzystając z oferty pakietowej dla turystów, w ramach której za równowartość 10 USD nabywało się bilet uprawniający do wstępu na teren 15 zabytkowych obiektów w Cuzco. Wejściówka ta uprawniała do zwiedzenia najważniejszych cuzceńskich zabytków, m.in. kościoła jezuitów La Compañia z bogato zdobioną barokową fasadą, zbudowanego na fundamentach pałacu władcy Inków Huayna Capaca oraz Convento Santo Domingo (wzniesionego na gruzach głównej inkaskiej świątyni - Świątyni Słońca), w którym zachowały się kapliczki poświęcone Księżycowi i Gwiazdom.
Wieczór spędziliśmy na Plaza de Armas, który nocą zmieniał się w centrum rozrywki z licznymi klubami zlokalizowanymi w budynkach wokół placu. Można tu było dość ekonomicznie się zabawić, bowiem przed każdym klubem młode dziewczyny rozdawały zaproszenia obejmujące drinka gratis (a więc obchodząc wszystkie kluby wokół placu można było wypić kilka darmowych koktajli), poza tym wszędzie akurat trwał „happy hours”. W jednym z klubów trafiliśmy na prezentację umiejętności lokalnego tatuażysty – w niewielkiej salce Abel, o którym będzie jeszcze mowa, promował swoje usługi wykonując publicznie tatuaż jednej z koleżanek. Jego warsztat artystyczny przypadł nam do gustu na tyle, że na wszelki wypadek nawiązaliśmy z nim kontakt i wzięliśmy namiar na studio.
Cuzco jest dla mnie miastem wyjątkowym – gdybym miał wybierać, w którym mieście Ameryki Południowej chciałbym mieszkać, wskazałbym właśnie to miejsce (lub Buenos Aires). To tam zrobiłem sobie pierwszy tatuaż i zjadłem pierwszą świnkę morską (zarazem ostatnią). To miasto wypełnione wieloma pięknymi i cennymi zabytkami, ale przede wszystkim wyjątkową atmosferą. To miejsce, w którym siedząc na ławce chłonie się emocje zamiast spalin. To miasto, które oferuje wiele atrakcji do zwiedzania w dzień i jeszcze więcej miejsc, w których można spędzić czas do rana.
Przepiękne, zabytkowe, kolorowe Cuzco od lat pozostaje kulturalną stolicą Ameryki Południowej. Miasto jest dla kontynentu południowoamerykańskiego tym, czym dla Europy jest Rzym. To tutaj swoją stolicę wznieśli Inkowie (w osobie legendarnego Manco Capaca), kontrolujący imperium rozciągające się na długości ponad czterech tysięcy kilometrów i zamieszkane przez kilkanaście milionów osób. Gdy Pizarro wraz z garstką towarzyszących mu bandziorów rozprawiał się z ostatnim inkaskim władcą, tereny wchodzące w skład państwa Inków obejmowały obszar o powierzchni około półtora miliona kilometrów kwadratowych, na ziemiach znajdujących się dziś w granicach administracyjnych Kolumbii, Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile i Argentyny. Choć Inkowie podporządkowali sobie tak ogromny obszar głównie za sprawą swojej potęgi militarnej, ich imperium przeszło do historii wcale nie jako krwawa dyktatura sprawowana na okupowanych ziemiach, lecz raczej jako podziwiany po dziś utopijny eksperyment ustrojowy, w którym niektórzy doszukują się nawet czegoś na kształt idealnego komunizmu. Ludność zamieszkująca tereny wcielone w skład imperium otrzymała od Inków nie tylko nowe myta i podatki, lecz przede wszystkim przecinające cały kraj wzdłuż i wszerz drogi, budowane wszędzie tarasowe systemy irygacyjne, a nawet instytucję poczty, która ponoć potrafiła za pośrednictwem biegających przez Andy pomiędzy poszczególnymi placówkami pocztowymi kurierów doręczyć przesyłkę z Cuzco do Quito (obecnie stolicy Ekwadoru) w czasie krótszym, niż dokonuje tego współczesna poczta peruwiańska. A wszystkim tym zarządzał przy pomocy rozbudowanego aparatu administracyjnego inkaski władca (piastujący jednocześnie urząd Boga) z centrali w Cuzco. Wszystkie wytyczne dotyczące religijnych dogmatów, nakładanych danin publicznych, redystrybucji dóbr, czy masowych przesiedleń podbitych ludów płynęły ze stołecznego pałacu.
Akurat tak się złożyło, że w podróży do Cuzco spędziliśmy niedzielę Wielkanocną, a na miejsce  dotarliśmy o godz. 4.30 rano w lany poniedziałek. Z boliwijskiej Copacabany musieliśmy przemieścić się z przesiadką w Puno i długo zastanawialiśmy się, czy ruszanie w ciemno w okresie świątecznym nie niesie ze sobą zbyt dużego ryzyka utknięcia gdzieś „po trasie”. Szybko okazało się jednak, że nasze obawy były zupełnie bezpodstawne, a autobusy na obu odcinkach trasy kursowały ze zwykłą częstotliwością. Ba, kierowca wiozący nas z Puno był tak obrotny, że w trakcie przejazdu zorganizował nam nawet noclegi (choć zapewne u szwagra – ale co mi za różnica, przecież to nie mój szwagier). Opuszczając pokład autokaru o godzinie 4.30 w nocy zostaliśmy mile zaskoczeni przez pracowników powiadomionego telefonicznie przez kierowcę Euro Hostalu, którzy oczekiwali nas na przystanku. Byliśmy przygotowani na konieczność krążenia w środku nocy wąskimi uliczkami starego miasta w poszukiwaniu właściwego adresu – a tu taka miła niespodzianka. Chociaż trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czy to powitanie było efektem troski o to, żebyśmy nie chodzili z plecakami w poszukiwaniu hotelu, czy też troski o to, żebyśmy przypadkiem nie znaleźli w tym ultraturystycznym mieście jakiegoś innego, czyli „niewłaściwego” hotelu. Okazało się, że nasz hostal położony był zaledwie dwie przecznice od głównego placu miasta – Plaza Mayor (choć ze względu na nieregularność starych, kamiennych, pnących się ku górze ulic tak naprawdę określenie tej odległości w przecznicach było dość trudne), a więc kwota sześciu dolarów od osoby za noc nie wydawała nam się zbyt wygórowana.
Zerwaliśmy się skoro świt o jedenastej i wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta, które oferuje o wiele więcej niż samą obecność wspaniałych zabytków na każdym kroku. Wokół odczuwało się jakąś magię, jakąś niezwykłą, cudowną atmosferę przepełniającą duszę radością. Cuzco należy do takich miast, w których wystarczy usiąść na chwilę na ławce przy głównym placu, by zrozumieć, że przyjazd tutaj był świetną decyzją. To takie miejsce, którego nie ocenia się wyłącznie poprzez pryzmat atrakcji i zabytków (choć jest ich tu całe mnóstwo), ale poprzez atmosferę, którą to miasto potrafi oczarować i którą wręcz przybysza uwodzi. Nie ocenia się tego, co można zobaczyć, lecz raczej to, co można poczuć. Jest to jedno z tych miast, które zachowały swój urok pomimo upływu czasu. Których okres świetności nie przeminął, lecz wydaje się nadal trwać

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

W Cuzco spędziliśmy jeszcze kilka dni po powrocie z ruin słynnego zaginionego miasta Inków - Machu Picchu. Poddaliśmy się niesamowitej atmosferze tego miejsca i spędzaliśmy czas włócząc się za dnia zaułkami kolonialnej starówki, noce zaś spędzając w studio tatuażu, gdzie kolejno ozdobiliśmy swoje ciała prekolumbijskimi wzorami. A że było to miejsce, gdzie nasi peruwiańscy przyjaciele robili sobie beforek przed wieczornym wyjściem w miasto, na ogół szliśmy razem z nimi i rozstawaliśmy się dopiero nad ranem. Nadszedł jednak moment, w którym musieliśmy wyruszyć w drogę powrotną do Limy. Zostawiliśmy więc bagaże w przechowalni i wyruszyliśmy na ostatni spacer po mieście, zaliczając odpoczynek w jednym ze sklepów, który po chwili rozmowy ze sprzedawcą przeistoczył się w bar. Po prostu - kupiliśmy trzy piwa, sprzedawca spytał skąd jesteśmy, po czym przyniósł krzesełka, udostępnił stolik i usiadł z nami na pogawędkę. Pochwalił się znajomością obowiązkowej listy „słynnych Polaków”, na której oprócz papieża zagwarantowane pozycję mają Gziegoź Lato i Leć Walesa. Dowiedzieliśmy się też, że Jan Paweł II zaskarbił sobie sympatię mieszkańców Cuzco odprawiając na terenie dawnej twierdzy Sacsayhuamán mszę w języku quechua. Czyli jednym słowem - zyskał szacunek w zamian za okazanie szacunku wciąż żywym w tym miejscu wartościom. Albo inaczej, zyskał szacunek potomków krwawo schrystianizowanych Indian, odprawiając mszę (czyli jeden z narzuconych obyczajów ku czci narzuconego Boga) w języku ich przodków, którzy oddali życie broniąc swojego świata i swoich wartości przed ludźmi reprezentującymi tego właśnie Boga. Świat jest jednak szalenie skomplikowanym miejscem. Na pożegnanie dostaliśmy jeszcze od właściciela sklepu po kalendarzyku, przedstawiającym roznegliżowaną Peruwiankę reklamującą piwo Cuzceña, czyli patrząc z punktu widzenia mężczyzny dostaliśmy obrazki z atrybutami mającymi niemalże rangę symboli religijnych, po czym wsiedliśmy w autobus i odjechaliśmy w kierunku Limy.

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Peru, Cuzco

Świnkę morską należy popić rumem z wiadra

podróże Peru Cuzco zwiedzanie
podróże Peru Cuzco zwiedzanie
Cuzco, widok na Plaza de Armas
podróże Peru Cuzco zwiedzanie
Cuzco, ruiny potężnej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán
Cuzco, świątynia Coricanchy, poświęcona bogu Słońca oraz Gwiazdom
podróże Peru Cuzco zwiedzanie
Cuzco, kolorowy mural przy jednej z ulic w centrum miasta