Spowita smogiem, dostojna Lima - dumna stolica, choć szału ni ma…

Wychodząc z lotniska w Limie po raz kolejny w życiu wygrałem los na loterii, dostępując zaszczytu poddania się szczegółowej kontroli bagażu. W Peru, podobnie zresztą jak w Meksyku, wprowadzono wybiórczą kontrolę podróżnych; przy wyjściu z bagażami wciskało się przycisk – 100 osób trafiało na zielone światło i przechodziło swobodnie dalej, jedna (zazwyczaj ja - jeśli byłem akurat wśród przyjezdnych) trafiała na światło czerwone i podlegała dokładnej kontroli, co w praktyce oznaczało wyrzucenie przez celników wszystkich rzeczy z walizki. Sama idea, będąca elementem walki z korupcją i uniemożliwiająca kierowanie wobec służb celnych zarzutów typu: czemu akurat ja, a nie ten Pan? była zapewne słuszna, ale żeby mieć od razu takiego pecha, że każdorazowo ten system uderzał we mnie? Tak czy inaczej po drobnym zamieszaniu spowodowanym koniecznością ponownego spakowania całego bagażu, bez większych problemów dojechaliśmy do centrum miasta.

Ośmiomilionowa Lima AD 2003 była pięknym i spokojnym miastem. Panującej tu wszechobecnie ciszy nie zakłócał najmniejszy szmer, a wokoło roztaczał się cudowny zapach frezji, pieszcząc delikatnie nozdrza. Żartowałem. Peruwiańska stolica okazała się miejscem nie nadającym się na dłuższy pobyt. Harmider i zgiełk tutejszych ulic wypełniał bólem głowy, a panujący wokół smog drażnił oczy. W okolicach rzeki Rimac powyższe doznania uzupełniały różnego rodzaju wonności. Trudno mi oszacować, na ile miasto zmieniło się w ciągu 15 lat od czasu mojego pobytu, ale podczas wizyty nie byłem nim szczególnie zauroczony. Ot, taki kolejny przymusowy węzeł komunikacyjny do szybkiego zwiedzenia i odhaczenia na liście miejsc do zobaczenia przed śmiercią. Poruszając się po Limie trudno było nie odnieść wrażenia, że lokalne władze ograniczały się do utrzymania jako takiego porządku jedynie w obrębie kolonialnego centrum miasta (na które to centrum warto poświęcić jeden dzień, jeśli już się tutaj jest). Różnicę widać było na pierwszy rzut oka – wszystko poza ładnym, odrestaurowanym i miłym dla oka centrum było po prostu szare, zniszczone i brzydkie. Zdaję sobie sprawę z tego, że taka uwaga dotyczy wielu miast i to nie tylko położonych na kontynencie południowoamerykańskim. Ale opisując swoje własne wrażenia muszę być sam wobec siebie szczery i nie widzę powodu zachwycania się nad miejscem, które w rzeczywistości wcale mnie nie zachwyciło. Miasto ma zresztą dość niekorzystny klimat, a przez większą część roku unosi się tutaj smog. Do tego dochodziły niesłychanie brudne plaże, co w dużej mierze wynikało z powszechnie panującej tu mody wyrzucania śmieci do oceanu.

Z miejsca urzekli mnie za to Peruwiańczycy, którzy okazali się ludźmi niezmiernie uprzejmymi oraz kontaktowymi. Nie zdążyliśmy dobrze rozejrzeć się wokół głównego placu, a już siedzieliśmy na ławce z Virginią i Chavi – pracownicami pobliskiego banku, spędzającymi tu swoją przerwę na lunch. Z nimi też skonsultowaliśmy kwestie bezpieczeństwa zakupów u spacerującego po placu sprzedawcy – pierwsze sole wydaliśmy bowiem na jeden z najsłynniejszych peruwiańskich towarów eksportowych, a mianowicie na liście koki oraz herbatę z tych liści. Nie wiem jak teraz, ale w owym czasie było to zupełnie legalne, a stoiska straganów ozdabiały koszulki z rysunkiem liścia, opatrzone napisem: „la oja de coca no es droga” (liść koki to nie narkotyk). Przekaz ten dawał świadectwo temu, że miejscowa ludność potrafiła w pełni wykorzystywać potencjał magicznych liści – zarówno w aspekcie duchowym, związanym z wielowiekową tradycją ich spożywania, jak też w aspekcie materialnym, poprzez masową sprzedaż pamiątek związanych ze świętym liściem (wykorzystując popyt turystów, związany przecież nie z samymi liśćmi, lecz z produktem finalnym procesu ich chemicznej obróbki, czyli kokainą). Pokrzepieni zakupami niespiesznie obeszliśmy wszystkie główne atrakcje zabytkowego centrum kolonialnej stolicy i usiedliśmy na zacienionym restauracyjnym patio, by spróbować pierwszego lomo saltado na peruwiańskiej ziemi. Jest to niezmiernie popularne danie kuchni peruwiańskiej (choć z wyglądu typowy „chińczyk”), którego głównym składnikiem są paski wołowiny smażone na głębokim oleju z dodatkiem sosu sojowego, ostrych papryczek, pomidorów i cebuli, tradycyjnie serwowane z białym ryżem.

Po posiłku udaliśmy się na górujące nad miastem wzgórze – Cerro San Cristóbal, skąd roztaczała się przyjemna panorama peruwiańskiej stolicy. Droga na szczyt prowadziła poprzez zbocze zabudowane w dużej części kolorowymi chatkami jednego z wielu slumsów. Dzielnice nędzy w Limie to temat rzeka. Przechadzając się pomiędzy odrestaurowanymi kolonialnymi zabytkami porozrzucanymi pośród zadbanych uliczek ścisłego centrum miasta, trudno było sobie nawet wyobrazić, że w odległości zaledwie kilku kilometrów Limę otaczał pierścień slumsów, wspinających się z braku miejsca po zboczach Andów. W trakcie naszego pobytu w Peru statystyki mówiły, że dzielnice nędzy zamieszkiwało około 4 milionów ludzi. I stale się one rozrastały wraz z nieustającą migracją biedoty z obszarów wiejskich w poszukiwaniu pracy, chleba i lepszego życia. Ale o pracę w Limie było i jest trudno, więc wielu przybyłych musiało zamieszkać w otaczających miasto pueblos jovenes, czyli pozbawionych wody, elektryczności i podstawowych warunków sanitarnych slumsach.

Trudno jest jednoznacznie ocenić, czy poruszanie się po takich dzielnicach jest bezpieczne, a raczej określić stopień ryzyka towarzyszący zapuszczaniu się w takie miejsca. My w drodze powrotnej z Cerro San Cristóbal nie czuliśmy się zbyt komfortowo. A zakładam, że ze względu na lokalizację slumsu na zboczu popularnej atrakcji turystycznej był to raczej slums jak na tutejsze warunki pięciogwiazdkowy. I nie chodziło o to, że ktoś nas zaczepiał. Nie chodziło nawet o to, że mieszkańcy slumsów przyglądali się nam jakoś specjalnie złowrogo. Oni przyglądali się nam nieufnie – chociaż nie stanowiliśmy dla nich żadnego zagrożenia, to nie chcieli nas widzieć na swoim terytorium. Być może obawiali się tego, że jeśli spotkamy na swojej drodze złych ludzi i coś nam się stanie, to konsekwencje mogą dotknąć całą społeczność slumsu. Nie sądzę, by martwili się o nas - ale być może martwili się o siebie. W każdym razie w pewnym momencie poczuliśmy się na tyle nieprzyjemnie, że z ulgą przyjęliśmy widok przejeżdżającej taksówki i chętnie skorzystaliśmy z tego środka transportu w drodze powrotnej do hotelu. Chociaż w mieście takim jak Lima nawet zwykły przejazd taksówką był czymś więcej niż tylko skorzystaniem z usług transportowych. Wyznaczone na głównych arteriach miasta trzy pasy ruchu w każdym kierunku oznaczały tutaj zezwolenie na poruszanie się pojazdów w pięciu kolumnach jednocześnie. W zatłoczonym centrum nikt nie zwracał uwagi na namalowane na drodze pasy, a kierowcy zachowywali się tak, jak gdyby nie byli uczestnikami ruchu drogowego, lecz przyszli z kumplami pojeździć sobie gokartami po pijaku. Na szczęście, w większości pojazdów w pełni sprawnymi urządzeniami były jedynie: klakson, kierownica i pedał gazu, toteż prowadzenie tych wehikułów nie wymagało zbytniej koncentracji na wykonywanych czynnościach. Zaobserwowałem dwie szkoły prowadzenia pojazdów mechanicznych: pierwsza zakładała wciśnięcie gazu po uprzednim oznajmieniu swoich planów innym uczestnikom ruchu za pomocą klaksonu. Drugi rodzaj kierowców wprost przeciwnie – najpierw nieoczekiwanie wciskał gaz do dechy, a klaksonu używał jedynie w ostateczności, kiedy inni kierowcy nie byli na tyle domyślni, by samoistnie zorientować się w zamiarach szarżującego szaleńca. W każdym razie, w cenie przejazdu taksówką otrzymaliśmy w zupełnym gratisie możliwość uczestniczenia w tym spektaklu. Dodam tylko, że bilans naszej półgodzinnej przejażdżki to jedna obcierka i kilka gwałtownych hamowań „w ostatniej chwili”. Co ciekawe, po zaliczeniu przytarcia nie przyszło nawet nikomu do głowy, by zjechać na bok lub chociaż lekko przyhamować. Zarówno nasz kierowca, jak i kierujący drugim pojazdem zatrąbili tylko wzajemnie na siebie, pokrzyczeli coś sobie przez okno i pojechali – każdy w swoją stronę. Po chwili przejeżdżaliśmy obok stadionu, na którym akurat reprezentacja Peru prowadziła z Chile trzy do zera. Pod stadionem trwała fiesta kibiców, którzy nie dostali się na mecz, a w całym mieście biedniejsza część społeczeństwa zaglądała przez szyby do sklepów lub barów i tańczyła na środku chodnika po każdej udanej akcji gospodarzy. Nie dało się chłonąć zmysłami tego całego panującego wokół rwetesu – zdawałoby się zresztą, że nikt tutaj nie panował nad niczym i wszystko już dawno wymknęło się spod kontroli.

Następnego ranka wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że z pewnością istnieją miejsca, które przypadną nam do gustu bardziej niż Lima. Pojechaliśmy więc z całym dobytkiem na jakiś położony na kompletnym odludziu dworzec autobusowy, gdzie zostawiliśmy swoje plecaki i złapaliśmy bus colectivos do Pachacámac – ważnego miejsca kultu i powszechnie uznawanej wyroczni w państwie Huari. Zanim opuściliśmy administracyjne granice Limy, nasz bus zatrzymywał się jeszcze kilkakrotnie przy ulicach biegnących w obrębie otaczających miasto slumsów. Podczas jednego z takich postojów jakiś młokos zajrzał do wnętrza busa, po czym błyskawicznym ruchem próbował pozbawić jednego z kolegów okularów. Arek okazał się jednak szybszy od napastnika i zdążył strącić zmierzającą w jego kierunku rękę, dzięki czemu w dalszej części podróży mógł nadal cieszyć się ochroną oczu przed szkodliwym promieniowaniem ultrafioletowym. Napastnik zbiegł, a morał z tej historii jest taki, że w tego rodzaju dzielnicach człowiek zawsze jest inwigilowany przez miejscowych. Niezależnie od tego, czy siedzi się wewnątrz pojazdu, czy też spaceruje pozornie pustą ulicą – można być pewnym, że jest się przez kogoś obserwowanym.

Pachacámac był dla obszaru dawnego Peru mniej więcej tym samym, czym dla mieszkańców rejonów pozostających pod wpływem kultury starożytnej Grecji były Delfy. Krótko mówiąc – była to jedyna powszechnie uznawana i oddziałująca na ogromne terytorium wyrocznia. Pachacámac – Władca Świata, był huariańską wersją Wirakoczy z Tiahuanaco. Lud Huari widział w nim „tego, który decyduje o porządku wszechrzeczy i o prawach rządzących ziemią i kosmosem”, zaś jego kapłani interpretowali wolę bóstwa oraz tłumaczyli wróżby. Interes ten musiał kręcić się całkiem nieźle, bo do Pachacámac z czasem ściągali pielgrzymi z najodleglejszych zakątków kraju, przynosząc wraz z sobą drogocenne dary, w tym mnóstwo złota i srebra. Popularność, jaką cieszył się ośrodek wśród pielgrzymów sprawiła, że Pachacámac w krótkim czasie stało się jednym z najważniejszych miast w dawnym Peru. W centralnym punkcie świątyni ustawiony został święty krąg z wyrocznią zawierającą duży drewniany posąg bóstwa oraz wyobrażenia ryb, psów i lisów.

Aby zwielokrotnić zyski bez nadstawiania karku, kapłani przeforsowali pomysł, aby z uwagi na swoją uprzywilejowaną pozycję Pachacámac pozostawało terenem neutralnym. Mogli więc tutaj przebywać bez żadnych obaw nawet pielgrzymi z regionów walczących z państwem Huari, zapewne o ile przynieśli odpowiednią ilość darów wotywnych. Ośrodek z czasem stał się tak silny, że zdołał wywalczyć sobie odpowiednią pozycję w Imperium Inków, w którym respektowano jego status, zaś samo bóstwo przyjęto do własnego panteonu.

Na własne nieszczęście, prekolumbijskie ludy zbyt późno zorientowały się, że bóstwo bierze drogo, a wróży dość kiepsko. Ostatni władca Inków, Atahualpa, przebywając już w niewoli spotkał podobno kapłanów Pachacámac, po czym splunął na bóstwo i odezwał się słowami: „Wasz Pan, o słudzy boga Pachacámac, wcale nie jest prawdziwym bogiem. To kłamca. Gdy walczyłem o władzę z moim bratem, brat zapytał waszego boga, kto zwycięży. Bóg powiedział, że on. Lecz zwyciężyłem ja. A gdy teraz przybył do naszego kraju z dalekich stron Pizarro, jam spytał, kto zwycięży. Wróżba mówiła, że ja! Tymczasem jednak zwyciężają oni...”

Po podboju Imperium Inków Pizarro założył, zresztą całkiem słusznie, że poza Cuzco najwięcej cennego kruszcu można będzie znaleźć w mieście – wyroczni. Nie mylił się i odnalazł tu 650 kilogramów przedmiotów ze złota. Podobno jednak główną część skarbu Pachacámac zdołali zakopać poinformowani o zamiarach Pizarra kapłani. Jak wieść niesie, zakopany na pustyni skarb składał się z przeszło 25 ton przedmiotów ze szlachetnych metali.

W Pachacámac nie było prawie żadnych turystów, to też niezmiernie ucieszył nas fakt, że jednymi z nielicznych których spotkaliśmy na miejscu byli Polacy. W dodatku przyjechali tu wynajętym samochodem, co pozwoliło nam uniknąć kolejnej romantycznej wycieczki busem przez okalające Limę slumsy. Pojechaliśmy za to do Museo del Oro (Muzeum Złota), gdzie dla odmiany spotkaliśmy polskich marynarzy, spędzających swój wolny czas na eksploracji peruwiańskiej stolicy. W krótkiej rozmowie zburzyli mi oni wyniesiony z dzieciństwa etos marynarza, zadając kłam obiegowej opinii, że taki marynarz to ma w każdym porcie dziewczynę. „Tak to może było kiedyś, kolego. Teraz to co najwyżej mamy w każdym porcie zapierdol” – podsumował realia wykonywanego zawodu jeden z morskich wilków.

Bogatsi o nowe doświadczenia oraz wiedzę o stanie polskiej żeglugi morskiej, wyruszyliśmy podrzędnym autokarem w nocny kurs ku pokrytemu tajemniczymi liniami i geoglifami płaskowyżowi Nazca.

 

 

 

Peru, Lima

03 czerwca 2020

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

WROĆ DO BLOGA