Po szczęśliwym lądowaniu pojechaliśmy zgodnie z planem do Cementerio de Chauchilla, gdzie w otwartych, zadaszonych grobowcach mogliśmy podziwiać mumie, wspaniale zachowane w panujących tutaj warunkach klimatycznych. Nadbrzeżne pasmo Andów zabezpiecza ten teren przed porywistymi wiatrami znad Pacyfiku, w którym średnio opady deszczu trwają pół godziny w ciągu roku. Cmentarzysko, odkryte w 1920 roku, zawiera zmumifikowane ciała pochodzące z pierwszych stuleci naszej ery. Dzięki panującemu w tym miejscu wyjątkowo suchemu, pustynnemu klimatowi, ludzkie szczątki zachowały się w zdumiewająco dobrym stanie – mógłbym przysiąc, że włosy większości z nich zachowały się lepiej niż u mnie, a przecież wciąż żyję. Zgodnie z wynikami przeprowadzonych tu badań, obrzędy pogrzebowe były dokonywane pomiędzy III a IX wiekiem n.e. Lud Nazca, podobnie jak większość kultur prekolumbijskich, doskonale zgłębił tajniki sztuki mumifikacji. Nasmarowane żywicą i odziane w bawełniane stroje ciała składane były do wykopanych w ziemi grobowców, zabezpieczanych przed robactwem ceglanym murem z wysuszonego błota. Dzięki takim zabiegom na wielu zwłokach zachowały się włosy, a nawet fragmenty skóry. Posadzone w siadzie tureckim, przewiązane sznurami ciała zdają się pozostawać w formie nieprzyzwoicie dobrej, zważywszy na wiek.
Po powrocie z cmentarzyska wykorzystaliśmy czas wolny na podróż w kierunku usytuowanej przy Autostradzie Panamerykańskiej, mierzącej kilka metrów wysokości platformy obserwacyjnej, z której można było obserwować linie i geoglify „z powierzchni ziemi” (z samej powierzchni w zasadzie nic nie widać, ale z kilkumetrowej platformy już tak). Wieczorem obsługa hotelowa zorganizowała nam na pożegnanie jeszcze jedną atrakcję – spotkanie z huaquero, czyli łupieżcą grobowców, o którym już wspominałem wcześniej. Już sama otoczka tego spotkania wzbudzała dreszczyk emocji. Mieliśmy stanąć na skrzyżowaniu wskazanych ulic, po czym na miejsce dotarł poryty bruzdami Indianin, z kilkuletnim chłopcem zawiniętym w chuście na plecach. Po wymianie znaków rozpoznawczych udaliśmy się do niewielkiego pomieszczenia, w którym okazało się, że w chuście oprócz dziecka udało się schować całką pokaźną kolekcję artefaktów, rzekomo zrabowanych w pobliskich grobowcach. Oferta obejmowała zakup szerokiego asortymentu związanego z kulturą Nazca, począwszy od fragmentów ceramiki, poprzez szpilki służące do wytyczania linii rysunków na płaskowyżu, woreczki na liście koki (oczywiście – z epoki), a skończywszy na starożytnej procy. Finalnie skusiliśmy się na drobne pamiątki, mając świadomość, że – pomimo autentycznego antycznego wyglądu – liczący tysiąc lat worek na liście koki powinien kosztować więcej niż 10 $. Jednym słowem – powinien wyglądać dużo gorzej, a kosztować dużo drożej. Jednak zarówno sam przebieg spotkania rodem z filmów kryminalnych (środki ostrożności, zasłonięte zasłony, dziecko jako kamuflaż), jak też wygląd samych artefaktów (pomijając kwestię autentyczności, wszystkie przedmioty naprawdę sprawiały wrażenie bardzo starych, co podwyższa po prostu ich atrakcyjność wśród zwykłych pamiątek), spowodowały, że owo spotkanie głęboko zapadło w pamięci. Jakiś czas później, już po powrocie z Peru pokazywałem swój „antyczny woreczek” etnografowi pracującemu w pewnym muzeum. Jak się dowiedziałem – tubylcy wyspecjalizowali się w produkcji przedmiotów wyglądających na artefakty z epoki. Są to biznesy wielopokoleniowe, a sam proces produkcji jest czasochłonny i przynoszący zyski dopiero w dłuższej perspektywie czasu. Wykonane kopie takich woreczków, celowo ponadrywane, podziurawione i poplamione, całymi latami wiszą na słońcu, dzięki czemu finalnie nie różnią się wiele od muzealnych eksponatów. Wszystko to jednak wtedy było nieważne – liczył się wyłącznie zakup w tak tajemniczym miejscu oraz smak przygody towarzyszący spotkaniu z haquero. Późnym wieczorem, zmęczeni ale szczęśliwi po dniu pełnym wrażeń, udaliśmy się na dworzec, by w drodze do Arequipy spędzić kolejną noc z rzędu w autobusie.
Spoglądając z pokładu samolotu na ten galimatias linii oraz wzorów, nie sposób było nie dojść do wniosku, że największe wrażenie robiła na obserwatorze perfekcja wykonania wzorów. Linie proste ciągnęły się całymi kilometrami nie bacząc na naturalne przeszkody. Spirale zostały nakreślone z precyzją trudną do zachowania nawet przy rysowaniu długopisem na kartce, a ich rozmiary są przecież po tysiąckroć większe. Interesujące było również to, że nawet amatorskie oko laika było w stanie dostrzec jednolity styl tych wszystkich spiral, łuków, czworokątów, trapezów i innych figur geometrycznych. Mimo, że różniły się rozmiarami, to zdawały się być wykonane według jednego, powszechnie obowiązującego wzorca. Niezmiernie intrygującym zagadnieniem pozostaje pytanie: dlaczego? Po kiego grzyba ktoś zadał sobie tyle trudu, by poryć płaskowyż geoglifami? Jaki był tego sens? Po co ktoś poświęcił tyle czasu i wysiłku na stworzenie galerii obrazów, której nawet nie widać z powierzchni ziemi? Odkrywca rysunków – Paul Kosok odkrył, że ostatni widoczny promień zachodzącego słońca pokrywa się dokładnie z jedną z linii. Ponieważ odkrycie to przypadło akurat na dzień 22 czerwca (a więc na półkuli południowej dzień przesilenia zimowego), stało się bardzo prawdopodobne, że rysunki z Nazca stanowiły dla tego ludu ogromny i skomplikowany układ kalendarzowy. Prowadzone systematycznie badania rzeczywiście wykazały, że linie proste przecinające pustynię miały związek z oboma peruwiańskimi przesileniami. Ponad wszelką wątpliwość udowodniono, że dwie równoległe linie (jedna o długości 800, a druga mierząca 425 m) związane są z przesileniem letnim. Obliczono, że z pierwszą z nich pokrywał się ostatni promień słońca w dniu przesilenia pomiędzy IV a IX wiekiem (a więc w czasie powstania geoglifów), zaś z drugą pomiędzy wiekiem VIII a XIV. Nie mogło to być jedynie przypadkiem, zwłaszcza że przesilenia jako zjawiska wyznaczające cykl prac rolniczych oraz zapowiadające pojawienie się wody (bardzo wyczekiwanej na pustyni) były zdarzeniami astronomicznymi o wiele ważniejszymi dla dawnych ludów, niźli są w czasach obecnych. Odnosząc się dalej do astronomii, z łatwością można ulec pokusie wytłumaczenia wizerunków zwierząt jako symboli odzwierciedlających gwiazdozbiory na nieboskłonie.
O ile dość łatwo jest ogarnąć rozumem odpowiedzi na wcześniejsze pytania (tu jakiś węgiel, tu ceramika, tu astronomia, czyli dziedzina nauki szaremu człowiekowi nieznana, a jednocześnie w której zaskakujące osiągnięcia wykazywały wszystkie najważniejsze dawne cywilizacje), o tyle najtrudniej jest odpowiedzieć na ostatnie z pytań podstawowych, a mianowicie: „jak oni to, k…….a, zrobili?”. Z całą pewnością da się ustalić, że efekt końcowy twórczości ludu Nazca widoczny jest dopiero z dużej wysokości, co oznacza że osoby tworzące rysunki nie widziały ich ani w trakcie pracy, ani też po jej zakończeniu. Stąd też część „odkrywców” poszła po najmniejszej linii oporu, zwalając winę na kosmitów lub też – za sprawą tych, którzy jednak podjęli jakiś wysiłek umysłowy – przypisując ludowi Nazca umiejętności unoszenia się ponad pustynią balonem. Odtworzenie projektu naszkicowanego w małej skali rodziłoby ten problem, że przy wykonywaniu obrazu w rzeczywistych rozmiarach nieznaczne odbiegnięcie od proporcji w rysunku projektowym wiązałoby się ze sporym przesunięciem w terenie, przez co cały plan pokrywania się linii z konkretnymi zjawiskami astronomicznymi spaliłby na panewce, a kalendarz byłby do wyrzucenia (a raczej do zasypania, gdyż w rzeczywistości geoglify nie są „narysowane” lecz powstały w wyniku usunięcia górnej warstwy podłoża i odsłonięciu jaśniejszej warstwy dolnej). Jedynym logicznym (choć może nie jest to właściwe słowo) wytłumaczeniem procesu powstawania tak precyzyjnych kształtów wydaje się być podjęcie tytanicznego wysiłku tysięcy osób (prawdopodobnie niewolników), sterowanych przez kapłanów – inżynierów ze wzgórz przecinających płaskowyż. Być może to, co wydaje się niemożliwe, było wykonalne właśnie dzięki ilości zaangażowanych w projekt osób - stojący na wzgórzu kapłan poprzez całą rzeszę pośredników przekazywał niewolnikowi nr 2896, żeby zrobił pół kroku w tył. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, pozostaje najbardziej prawdopodobną wersją zdarzeń.  Po powrocie z pustyni spotkaliśmy się z miejscowym haquero („złodziejem grobowców” , czyli osobą utrzymującą się z odkrywania i plądrowania pozostałości archeologicznych), który wśród zaoferowanych nam do kupienia artefaktów miał m.in. coś na kształt szpilki do namiotu. Tłumaczył nam on, że rysunki wyznaczane były w terenie przy pomocy takich właśnie „szpilek” przez które przewlekano sznurek. Trudno oszacować, na ile miejscowy złodziej coś wiedział, a na ile fantazjował. Natomiast potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której kierujący ze wzgórza kapłan weryfikował błędy na dole i przekazywał na dół instrukcje typu „lewy bok szpilki w moją stronę”. Bardziej wiarygodnej teorii póki co brak. Chyba, że ktoś chce wierzyć w kosmitów albo Indian w balonach.
Do niewielkiego miasteczka Nazca dotarliśmy o godz. 4 rano. Poprzedniego dnia wieczorem długo zastanawialiśmy się, co my będziemy tam robić o tej porze? Jednak na dworcu autobusowym, pomimo wczesnej godziny, roiło się od nagabywaczy pełniących funkcję „przedstawicieli agencji turystycznych organizujących przeloty nad płaskowyżem Nazca”. Trzeba się było decydować – wybraliśmy więc nie wiedzieć czemu takich, którzy nie budzili za grosz zaufania i wraz z nimi (inni „przedstawiciele” zareklamowali nam ich po drodze jako „oszustów bez licencji”) udaliśmy się do prowadzonego przez nich pensjonatu. Ponieważ nie mieliśmy w planach noclegu w Nazca, a był dopiero blady świt, niezmiernie ucieszył nas fakt udostępnienia nam pokoju – poczekalni, w którym mogliśmy zostawić bagaże i przespać się trzy godziny. Oczywiście najpierw wykupiliśmy w cenie 60$/os. wycieczkę obejmującą przelot nad słynnym płaskowyżem oraz przejazd do Cementerio de Chauchilla - dawnego cmentarzyska ludu Nazca. Było to dla nas znakomite rozwiązanie, umożliwiające nam krótką drzemkę, toaletę i zjedzenie śniadania bez konieczności spędzania noclegu w miejscu, w którym po obejrzeniu okolicznych atrakcji nie było kompletnie nic do roboty. Miałem co prawda odrobinę żal do kadry sprzątającej, bo wykorzystała mój suszący się ręcznik jako szmatę do mycia podłogi w kiblu, ale co tam – w końcu to tylko ręcznik. Ok. 10 rano byliśmy już w awionetce, którą w komfortowych warunkach (nas trzech + pilot, a więc każdy przy oknie) przelecieliśmy nad ogromnymi, tajemniczymi rysunkami i wzorami geometrycznymi przecinającymi pustynny płaskowyż. Pilot co prawda sprawiał wrażenie jak by dopiero co wrócił z wesela, ale bez przesady – a bo to raz szedł człowiek do roboty prosto z imprezy?
Płaskowyż Nazca to ciemnoszara, martwa pustynia, na której wyraźnie widać z góry zółtawobiałe kształty w formie trapezów, trójkątów i prostokątów, często długich na kilkaset metrów. Wiele z nich na pierwszy rzut oka przypomina coś na kształt pasów startowych, stąd też od chwili ich odkrycia znalezisku przypisywana jest przez różnej maści łowców sensacji funkcja portu kosmicznego dla istot pozaziemskich. Ponadto teren Pampa de Nazca (wyraz pampa w językach keczua i ajmara oznacza pustą ziemię) przecinają ciągnące się po horyzont linie proste, co jakiś czas krzyżujące się ze sobą. A pośród tej plątaniny kresek oraz geometrycznych figur, na płaskowyżu rozsiane są ogromne rysunki. Przeważająca część z nich przedstawia zwierzęta – najsłynniejsze geoglify z tej kategorii to: studwudziestometrowej długości ptak,  dwustumetrowy jaszczur, olbrzymia małpa czy ogromny pająk. Rysunki wykonano w taki sposób, że są możliwe do zidentyfikowania wyłącznie z powietrza – z powierzchni ziemi nie sposób ogarnąć wzrokiem ich formy i kształtu. Najlepszym tego dowodem jest fakt, iż nawet inżynierowie, którzy spędzili tu wiele miesięcy budując Drogę Panamerykańską nie zauważyli, że wytyczając trasę przecieli ogromnego jaszczura, który na skutek tej inwestycji utracił nogi. Rysunkami, kształtami i liniami pokryty jest teren o łącznej powierzchni kilkuset kilometrów kwadratowych, rozrzucony pomiędzy dwoma peruwiańskimi miastami – Palpa i Nazca. Figury, linie proste i trapezy, tworzące największą na świecie galerię, ciągną się na dystansie około 55 kilometrów. W regionie tym deszcz pada średnio przez pół godziny w roku, a powierzchnię pampy pokrywają ciemne kamienie, które pochłaniają ogromne ilości ciepła i to dzięki temu nad powierzchnią ziemi wytwarza się warstwa gorącego powietrza, pozwalająca na tak doskonałą konserwację geoglifów. Przez długi czas badacze nie byli w stanie odpowiedzieć na cztery podstawowe pytania, niejako same przychodzące na myśl – a mianowicie: kiedy, kto, po co i jak wykonał te gigantyczne rysunki? Do ich datowania nie można było posłużyć się  metodą izotopu węgla C14, bo w ten sposób można określić wiek jedynie szczątków organicznych. Przypadkowo jednak przy jednym z rysunków odnaleziono resztki drewnianego palika, służącego zresztą prawdopodobnie do wyznaczania linii i po zbadaniu go ustalono jego pochodzenie na ok. 525 r.n.e, czyli na czas, gdy tereny te zamieszkiwał lud Nazca. Już wcześniej zauważono, że wiele rysunków z płaskowyżu przypominało wzory przedstawiane na licznie zachowanej ceramice tego ludu, więc teraz wszystko zaczęło dopinać się w logiczną całość, jednoznacznie wskazując na lud Nazca jako autorów słynnych rysunków. Geoglify generalnie można podzielić na trzy główne kategorie: 1) prostokąty, kwadraty, trójkąty oraz zwłaszcza trapezy, czyli wszystkie te rozległe miejsca na pustyni, w których łowcy sensacji upatrują „lądowiska kosmitów”; 2) całe mnóstwo linii prostych, krzywych i spiral, przecinających pustynię wzdłuż i wszerz – na pierwszy rzut oka bez żadnego ładu i składu oraz 3) podobizny zwierząt – w tym również kilka podobizn człowieka. Najmniej problemów interpretacyjnych sprawiają oczywiście geoglify z ostatniej kategorii, bo przedstawiają one stworzenia powszechnie znane i łatwe do identyfikacji. Największą popularnością u ludu Nazca cieszyły się ptaki – występuje tu zarówno długi na 110 metrów ptak z wydłużoną głową i szyją, jak też koliber czy orzeł morski. W innym miejscu zobaczyć można ogromnego jaszczura, wspaniale symetrycznego pająka, czy też psa na długich łapach, z karykaturalnie długim ogonem. Najbardziej zadziwiająca jest dokładność, z jaką przedstawione zostały zwierzęta nie występujące (a więc nieznane) na tych terenach, np. koliber czy małpa. Kontakt miejscowej ludności ze zwierzętami tych gatunków przypuszczalnie możliwy był wyłącznie dzięki dalekim wyprawom kupieckim do tropikalnych lasów wschodniego Peru (prawdopodobnie kupcy przywozili od czasu do czasu jakieś nieznane egzemplarze fauny z dalekich podróży, by zadawać szyku w rodzimej wiosce).

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

 

 

P E R U

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Peru, Nazca

Porysuj mi mamo, czyli opowieść o tym, jak ludy nie znające fejsbuka i ps4 zabijały nudę ryjąc  płaskowyż

podróże Peru Nazca zwiedzanie
podróże Peru Nazca zwiedzanie
Nazca - przepiękny, symetryczny geoglif przedstawiający „Pająka”
podróże Peru Nazca zwiedzanie
Mumia z Cementerio de Chauchilla
Geoglify na płaskowyżu Nazca są ogromne - na przykład rysunek przedstawiający „Małpę” ma 90 metrów długości