S I N G A P U R

S I N G A P U R

S I N G A P U R

S I N G A P U R

S I N G A P U R

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Singapur

Archaiczne prawodawstwo w najnowszej technologii 
Singapur, Supertrees Groove w Gardens by the Bay - główną funkcją tych drzewopodobnych, pokrytych pnączami tworów, jest dostarczanie ogrodom naturalnej energii. Wkomponowane w konstrukcję ogniwa kumulują energię słoneczną, wykorzystywaną m.in. do oświetlenia ogrodów (idea procesu fotosyntezy). Drzewa gromadzą również wodę deszczową, używaną do nawadniania roślin oraz do napełniania fontann
Singapur, Marina Bay, Art Science Museum - nazwa odzwierciedla główną ideę, jaką placówka stara się przekazać: w sztuce obecny jest pierwiastek nauki i odwrotnie - oba elementy są ze sobą ściśle powiązane. Siedziba muzeum wzorowana jest na kwiecie lotosu i dzięki swojej palczastej strukturze nazywana bywa czasem "powitalną dłonią Singapuru"

PRAKTYCZNE INFORMACJE: 

  • do Singapuru nie można wwozić alkoholu (z Malezji) ani wyrobów tytoniowych. Zabrałem ze sobą 2 otwarte paczki papierosów, w każdej 19 sztuk, żeby w razie czego łatwiej negocjować uniknięcia grzywny w razie ewentualnych problemów (jak otwarte to przynajmniej wiadomo, że na użytek własny, a nie na handel).  Na miejscu nikt mi bagażu nie sprawdzał i nawet nie widziałem żadnego punktu, w którym taka kontrola miałaby się odbywać; 

  • pomiędzy terminalami na lotnisku Changi jeździ bezpłatny autobus. Z terminalu 2 można pojechać do centrum metrem. Koszt jednorazowego biletu to 2,5 SGD, jednodniowa karta turystyczna to wydatek 10 SGD (+10 SGD kaucji za kartę, którą można odzyskać bez problemu zwracając kartę w punkcie na lotnisku – punkt znajduje się przy kasach przy wyjściu z metra). 

  • dla palaczy: w obrębie Marina Bay jest czysto jak w domu na Boże Narodzenie. Palić można przy śmietniczkach wyposażonych w popielniczki – znajdują się one na całej długości promenady w odległości nie większej niż 100 metrów od siebie. W obrębie całego kompleksu Gardens by the Bay palenie jest zabronione. W Chinatown pali się już jak w Azji – wyznaczone są miejsca, w których palić nie można – poza nimi palić można.  

  • Najlepiej i najtaniej zjecie w Chinatown – sugeruję poszukać jednego z wielu hawker centre, a polecam Chinatown Food Court, niedaleko Buddha Tooth Relic Temple. 

  • Piwo dostępne jest powszechnie w barach – trzeba liczyć się z wydatkiem co najmniej 8 SGD za butelkę 0,66 litra. 

  • Pomimo wszechobecnych tablic informujących o słynnych zakazach robienia wszystkiego co miłe, w ciągu dnia nie widziałem ani jednego patrolu policji. Natomiast pod wieczór w okolicy Marina Bay pojawiło się wielu stróżów prawa wyposażonych w karabiny – najwyraźniej więc polowanie rozpoczyna się pod wieczór, kiedy po upalnym dniu pustawe ulice zapełniają się ludźmi. 

Wizytę w Azji Południowo – Wschodniej rozpoczęliśmy od zwiedzania Singapuru. Choć właściwie używanie nazwy „Azja Południowo – Wschodnia” w stosunku do grupy krajów tworzących ten region wydaje się być zasadne jedynie w ujęciu czysto geograficznym. W kwestiach urbanistycznych, technologicznych, społecznych i gospodarczych umieszczanie w jednym zbiorze krajów takich jak Singapur czy Malezja z państwami typu Birma i Laos nie ma najmniejszego sensu. Różnice pomiędzy standardami życia, wyglądem miast, czy zachowaniem mieszkańców są pomiędzy tymi krajami tak ogromne, że trudno jest znaleźć jakiekolwiek cechy wspólne uzasadniające umieszczanie ich w jednym worku, poza – jak wspomniałem – ich usytuowaniem na terenie Półwyspu Indochińskiego, w skład którego wchodzi również Półwysep Malajski. Tak czy inaczej, słynne miasto – państwo Singapur nie było dla nas celem samym w sobie, a pomysł odwiedzenia go powstał na etapie kompletowania biletów lotniczych linii Air Asia, kiedy okazało się, że sieć połączeń objętych promocyjnymi cenami ukształtowała się w taki sposób, że w zasadzie nieplanowana wizyta w Singapurze obniżała całkowitą cenę biletów zamiast ją zawyżać. W tych okolicznościach grzechem byłoby nie wybrać się do miejsca, w którym żaden z nas wcześniej nie był. 

Długie macki restrykcyjnego prawodawstwa obowiązującego w Singapurze dosięgnęły nas już na lotnisku w Kuala Lumpur. Próba nabycia w sklepie wolnocłowym butelki rumu została zawetowana przez sprzedawczynię po odczytaniu na karcie pokładowej nazwy Singapur jako kierunku podróży. Okazało się, że do Singapuru nie wolno wwozić wyrobów alkoholowych i na nic zdały się nasze tłumaczenia, że lot dopiero za 8 godzin, a butelka potrzebna jest nam teraz, a nie w Singapurze. Ekspedientka w chuście na głowie (Malezja jest krajem muzułmańskim) co prawda nie przyglądała się nam jak potępieńcom, ale i tak nie potrafiła zrozumieć, że ośmiogodzinne oczekiwanie na samolot bez litra burbona jest udręką nie do zniesienia. Nie było więc sensu kontynuować rozmowy, w której obie strony nie rozumiały swoich wzajemnych potrzeb i odeszliśmy ze sklepu jak niepyszni. Na szczęście mieliśmy zarezerwowany nocleg na terenie terminalu, a w zasadzie sześciogodzinny pakiet umożliwiający odświeżenie się w trakcie podróży oraz złapanie choć odrobiny snu w pozycji poziomej – wygodna choć nie najtańsza opcja dla osób mających nocną przesiadkę w Kuala Lumpur (zdecydowaliśmy się na takie rozwiązanie, gdyż do Kuala Lumpur przylecieliśmy po trzydziestu kilku godzinach w podróży, wliczając w to cały dzień spędzony w Stambule oraz późniejsze przeloty). Na szczęście inna ekspedientka, obsługująca sklep sąsiadujący z naszym hotelem, miała więcej empatii i sprzedała nam upragnionego burbona po odebraniu od nas uroczystego przyrzeczenia, że spożyjemy go w hotelu i nie zabierzemy na pokład samolotu. Choć przekonanie jej do nagięcia zasad też zajęło nam nieco czasu („ale nie możecie zabrać alkoholu do Singapuru” „ok, wiemy, wypijemy go w hotelu” „jak to wypijecie w hotelu? Przecież to cały litr?” „spokojnie, jesteśmy z Polski, to pół godziny roboty. Może przyjdziemy po kolejny” „aha… ok, ale nie możecie zabrać tej butelki do Singapuru!” „przyrzekamy, że za chwilę będzie pusta”).  W ten oto sposób udało nam się przezwyciężyć pierwsze singapurskie próby łamania praw człowieka. Konsekwencją takiego obrotu sprawy było ograniczenie czasu snu do 2 godzin, gdyż po spełnieniu obietnicy złożonej w sklepie pozyskaliśmy nowe zasoby sił i część nocy spędziliśmy popijając piwo w pobliskim barze. 

Singapur - supernowoczesne lotnisko Changi 

Do Singapuru przylecieliśmy bez żadnych opóźnień około 8 rano, dzięki czemu mieliśmy do zagospodarowania około 10 godzin dzielących nas od następnej odprawy lotniskowej. Międzynarodowe lotnisko Changi, będące jednym z najważniejszych i najnowocześniejszych portów lotniczych w Azji (a może i na świecie), powala swoim rozmachem, przekazując jednocześnie przybyszom z odległych krain podprogową informację – wylądowałeś właśnie w jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie. Sam gmach lotniska, jego ultranowoczesne wyposażenie i wysokostandardowe wykończenie z wygodnymi kanapami, chodnikami, fontannami, a nawet basenem, musi wprawiać pasażerów przylatujących tutaj z krajów szczycących się posiadaniem najsilniejszych gospodarek na świecie w lekkie zakłopotanie. Co musi myśleć przylatujący tutaj Niemiec, gdy wychodząc ze lśniącej, czystej toalety ocenia na elektronicznym panelu jakość ekipy sprzątającej, gdy przypomni sobie obtłuczone kible w hali odlotów berlińskiego Tegel? Co poczuje Brytyjczyk przylatujący ze starego, poczciwego Heathrow do swojej niedawnej kolonii na widok tych wszystkich cudów techniki? I jeden i drugi powinien poczuć podziw dla singapurskiego obiektu. Ale gdzieś z tyłu głowy pewnie też i wstyd. Oczywiście, można powiedzieć – to wszystko kwestia pieniędzy, jak się ma kasę to nie ma przecież problemu, by wybudować takie lotnisko. Ale dlaczego podobna ilość ludzi w hali odpraw w Singapurze czeka na pieczątkę w paszporcie 15 minut, a w Londynie 40? To już nie jest kwestia pieniędzy, tylko organizacji. I wydaje mi się, że to właśnie ten oczywisty wniosek - że azjatycki kraj, będący jeszcze niedawno pod pełną kontrolą Anglików, w ciągu zaledwie kilku dziesięcioleci stał się nowoczesnym państwem zorganizowanym lepiej niż stare europejskie potęgi, musi być dla mieszkańców Europy Zachodniej upokarzającym policzkiem. Zbyt często stawiamy własny, niewielki kontynent w pozycji kolebki światowego rozwoju nie zauważając, że dziewiętnastowieczna rewolucja przemysłowa to już przeszłość, a w innych zakątkach świata także mieszkają ludzie obdarzeni talentami i zdolni do wielkich rzeczy.  

Welcome to Singapore! - otrzymywana na lotnisku kartka z informacją o możliwości otrzymania kary śmierci za handel narkotykami

Na stanowisku odprawy paszportowej uśmiechnięty celnik wbił mi pieczęć wręczając jednocześnie karteczkę z potwierdzeniem mojego prawa pobytu na terenie Singapuru, opatrzoną czerwonym nadrukiem informującym o tym, że handlarze narkotyków karani są tutaj śmiercią. Taka mała rzecz, a skuteczniejsza pewnie od kampanii rządowych w sprawie walki z handlem dragami. Ponadto na teren Singapuru nie można wwozić alkoholu (do czego nawiązywałem wcześniej), papierosów (zabrałem dwie otwarte paczki – w każdej 19 sztuk, żeby w razie czego tłumaczyć się, że to papierosy wwożone na własny użytek, których „zapomniałem” wyjąć) oraz – absurd, z którego Singapur słynie – gum do żucia. Czytałem co prawda o przypadkach, że celnicy w trakcie przeszukania bagażu znajdowali papierosy i nakładali kary na przyjezdnych, lecz trudno mi na ten temat szerzej się wypowiadać – nam nikt w bagażach w każdym razie nie grzebał i szczerze mówiąc – nie przypominam sobie nawet miejsca, w którym ktokolwiek komukolwiek kontrolowałby bagaże. Przybyliśmy do Singapuru jedynie z bagażem podręcznym i opuściliśmy gmach lotniska nie niepokojeni przez nikogo. O wszystkich zakazach dotyczących ustalonych odgórnie norm społeczno – obyczajowych przypominają umieszczane dosłownie w każdym miejscu tablice informacyjno – ostrzegawcze. Przykładowo w każdym wagonie metra umieszczona jest tablica, informująca o istniejących zakazach oraz wysokości kar za ich złamanie. I tak – zapalenie papierosa w wagonie metra to wydatek w kwocie 1000 dolarów singapurskich (1 SGD = 2,79 PLN); natomiast spożywanie posiłków oraz napoi to wydatek rzędu 500 SGD. Ten drugi zakaz - pomimo wszechobecnych ostrzeżeń – złamałem zresztą dwukrotnie w trakcie dwóch pierwszych przejazdów metrem. Nie była to z mojej strony żadna manifestacja anarchistycznych poglądów, ani też demonstracja postawy człowieka walczącego z systemem. Po prostu – zachciało mi się pić, więc się odruchowo napiłem. Nikt mnie z tego powodu nie ukarał i w zasadzie trudno mi powiedzieć na ile złamanie takich zakazów wiąże się z rzeczywistą koniecznością zapłaty grzywny. Kary jednak do najniższych nie należą, choć na pocieszenie warto pamiętać, że w przypadku konieczności zapłaty grzywnę można wymienić na karę chłosty. Wymierzana jest ona przez specjalnie przeszkolonych pracowników wymiaru sprawiedliwości, których na kursach zawodowych uczą chłostać w taki sposób, by zaaplikować osobie ukaranej jak największą dawkę bólu przy jak najmniejszych uszkodzeniach ciała. Na niekorzyść tego rodzaju kary przemawia fakt, że podobno po trzecim uderzeniu batem skóra pęka pozostawiając trwałą bliznę, do końca życia przypominającą ofierze, jak to się kiedyś kozaczyło w Singapurze. 

Singapur, kompleks Gardens by the Bay - gigantyczny obszar mogący pomieścić do 30.000 ludzi, rozciągający się na powierzchni 101 hektarów. Od momentu otwarcia w 2012 roku ogrody stały się popularnym miejscem koncertów i festiwali

Przygotowując się do wyjazdu, czytałem w internecie opinie wielu osób, które Singapur zwiedziły. Generalnie, na podstawie tych opinii można wyodrębnić dwie kategorie osób – pierwsza i znacznie większa, to grono podróżników Singapurem zachwyconych, wygrażających się w swoich relacjach, że z pewnością nie raz tam wróci. Na drugim biegunie znajduje się znacznie mniejsza grupa osób rozczarowanych tym, co zobaczyli na miejscu. Szczerze powiedziawszy, nie zaliczyłbym siebie do żadnej z powyższych grup. Nowoczesne centrum zbudowane wokół Marina Bay, z widocznym z każdej strony słynnym hotelem Marina Bay Sands – znanymi z każdej współczesnej publikacji o Singapurze trzema ponad dwustumetrowymi wieżami hotelowymi zwieńczonymi basenem w kształcie pokładu statku – musi chyba zrobić wrażenie na każdym przybyszu. Podobnie jak mieszczące się za hotelem, wybudowane kosztem miliarda dolarów na powierzchni 101 ha ogrody Gardens by the Bay, zdominowane przez ogromne drzewa – giganty zwane Supertrees. Drzewopodobne, pokryte pnączami konstrukcje kumulują energię słoneczną i gromadzą wodę deszczową, wykorzystywaną do nawadniania roślin i zasilania fontann. Te architektoniczne arcydzieła budzą zachwyt również z tego względu, że zostały w całości wzniesione na terenach wyrwanych morzu – z braku miejsca Singapur może rozrastać się jedynie poprzez zasypywanie otaczających półwysep wód Cieśniny Singapurskiej. Każda nowa budowla w centrum powstaje dzięki tytanicznemu wysiłkowi wkładanemu uzyskiwanie nowych połaci stałego lądu kosztem morza. Należy jednak pamiętać, że wymienione powyżej budowle są nie tylko największymi atrakcjami miasta, lecz również jednymi z najmłodszych. Hotel Marina Bay Sands został oddany do użytkowania w roku 2010, zaś ogrody – dwa lata później. Niby to tylko dwa obiekty, jednakże zdominowały one listę atrakcji Singapuru zajmując miejsca na samym jej szczycie. I szczerze zastanawiam się, jak odbierałbym Singapur, gdybym trafił tutaj przed ich powstaniem. Bo szczerze powiedziawszy, zachowana w mieście kolonialna zabudowa jest dosyć przeciętna, zaś kolejna atrakcja – Chinatown to dzielnica łudząco przypominająca takie miejsca w innych częściach świata. Prawdopodobnie zwiedzając Singapur przed rokiem 2010 byłbym po prostu rozczarowany. 

Singapur, Chinatown Food Court - olbrzymi kompleks wypełniony boxami z azjatyckimi potrawami

Zupełnie inaczej sprawa przedstawia się w Chinatown – już po kilku minutach można łatwo się zorientować, że lokalna społeczność ma w głębokim poważaniu narzucane przez rząd konwenanse, o czym świadczy wszechobecność kiepów i papierów walających się przy chodnikach. Dzielnica ta pozwala w końcu odczuć, że jest się w Azji, atakując wszystkie zmysły wyrazistością kolorów, natężeniem dźwięków oraz intensywnością zapachów. Wszystkie najciekawsze obiekty oddalone są od siebie w dogodnej odległości, co pozwala cieszyć się z wizyty w tym miejscu w trakcie niewymagającego spaceru. Warto tu również spożyć posiłek – nie jest żadną tajemnicą, iż Singapur jest jednym z najdroższych miast na świecie. Ale w położonym w samym sercu dzielnicy „Chinatown Food Court” – jednym z wielu niezwykle modnych w Singapurze tzw. hawker centre bez większego trudu znalazłem posiłek (smażony makaron z wieprzowiną + pierożki) za 4,5 SGD (czyli ok. 12 złotych). Hawker centres można określić jako coś w rodzaju galerii barowych. Tak jak w przypadku galerii handlowych mamy do czynienia z setkami umieszczonych obok siebie sklepów, tak w przypadku hawker centres mamy całe piętra ściśniętych obok siebie pawilonów serwujących dania kuchni azjatyckiej. Przed każdym pawilonem znajdują się stoliki i krzesełka, przy których spożywa się posiłki. Wybór jest ogromny, jedzenie świeże i smaczne, zaś ceny jak na realia singapurskie – śmiesznie niskie. W Chinatown spędziliśmy resztę wolnego czasu. Ponieważ wszystkie warte obejrzenia świątynie położone były w odległości kilku – kilkunastu minut spacerem, znaleźliśmy jeszcze czas by spocząć na tarasie baru zlokalizowanego przy gwarnej, handlowej ulicy i skosztować wyrobów singapurskiego przemysłu browarniczego. 

Fontanna Merliona  (pół lwa - pół ryby) stanowi nieoficjalny symbol Singapuru. Symbolika rzeźby nawiązuje do historii miasta - kiedyś wioski rybackiej (stąd rybi ogon) oraz do jego nazwy: Miasto Lwa

Wokół zatoki Marina Bay przebiega promenada, na niektórych odcinkach biegnąca mostami. Ciągnie się ona od zabudowanej wysokimi biurowcami dzielnicy finansowej, mijając obrzydliwy pomnik Merliona i budynek hali koncertowej Esplanade zwieńczonej kopułą w kształcie duriana – narodowego owocu Singapuru i biegnąc dalej w kierunku charakterystycznej bryły Muzeum Sztuki i Nauki w kształcie lotosu oraz hotelu z trzema wieżami. Wewnątrz galerii handlowej znajduje się winda, którą można przedostać się na poziom umożliwiający przejście przez jedną z hotelowych wież w kierunku położonych z drugiej strony zatoki ogrodów z Superdrzewami. Wracając z Gardens by the Bay można udać się na pobliską stację metra (Bayfront) skąd niebieską linią można łatwo przedostać się do Chinatown (3 przystanki).  

Singapur, Marina Bay - nowoczesny hotel Marina Bay Sands oraz zbudowane w kształcie kwiatu lotosu Muzeum Nauki i Sztuki

Panujące w mieście: porządek oraz dbałość miejscowych władz o czystość są wręcz przysłowiowe. I rzeczywiście – w okolicy Marina Bay trudno znaleźć choć mały papierek na chodniku czystszym niż terakota w mojej kuchni. Jest to z pewnością ewenement jak na standardy azjatyckie. Być może stan ten wynika z kilku czynników – każdy, kto tu przyjeżdża czyta w przewodnikach o legendarnej czystości i jeszcze bardziej legendarnych grzywnach. Mając te informacje zakodowane w głowie każdy stara się na miejscu uważać. Ale nie tylko – generalnie w miejscach, gdzie jest czysto ludzie po prostu mniej śmiecą. Człowiek już tak po prostu ma – gdy brodzi po łydki w stercie śmieci błędnie uważa, że jego papier niczego nie pogorszy, natomiast gdy nie widzi na horyzoncie żadnych odpadów – szuka śmietniczki.

Singapur, Chinatown, Buddha Tooth Relic Temple - Świątynia-muzeum, wzniesiona w stylu dynastii Tiang, w której przechowywana jest relikwia w postaci zęba Buddy (znalezionego podobno w gruzach jednej ze stup birmańskich). Mieści się tu również Muzeum Kultury Buddyjskiej, gdzie podziwiać można inne relikwie poszatkowanego Buddy – tym razem cząstki kości i języka

Podsumowując – generalnie Singapur wywarł na mnie pozytywne wrażenie i jestem zadowolony, że mając okazję zdecydowałem się odwiedzić to miasto – państwo. Tym bardziej, że za bilet z Kuala Lumpur zapłaciłem całe 23 USD (często zdarzają się jeszcze tańsze). Okazało się, że czas jakim dysponowaliśmy na miejscu – około 7 godzin (nie licząc dojazdu z/do lotniska) wystarczył na zobaczenie głównych atrakcji miasta, a nawet na odpoczynek w barze. Nie odczuwam jednak raczej potrzeby ponownej wizyty w tym kraju, bądź przyjechania tutaj na dłuższy czas. Nie twierdzę, że nie warto -  wyrażam jedynie własną opinię, zgodnie z którą chyba bym się jednak trochę tu nudził przyjeżdżając na dłużej niż weekend. Chętnie natomiast skorzystałbym z okazji zobaczenia nocą tego, co już zobaczyłem w dzień. I jeśli kiedyś, w trakcie jakiejś kolejnej wizyty w Azji, trafi mi się przesiadka w Singapurze z możliwością ustawienia lotów w taki sposób, by spędzić noc na mieście – z pewnością z radością z takiej okazji skorzystam. Władze Singapuru naprawdę mogą być dumne z efektów poczynionych w ostatnich latach inwestycji, które oszałamiają swym rozmachem. Jednakże nieco ambiwalentne odczucia budzi połączenie tej otwartości na nowoczesne technologie i najnowsze trendy architektoniczne, z jednoczesnym brakiem działań zmierzających do dostosowania obowiązujących tu, chyba nieco zbyt restrykcyjnych norm prawnych do standardów współczesnego świata. Dysonans pomiędzy coraz nowocześniejszymi rozwiązaniami urbanistycznymi, a średniowiecznym prawodawstwem z karą śmierci i karą chłosty na czele będzie się stale pogłębiał. I już dziś władze Singapuru powinny zastanowić się nad tym, jak te rozbieżności zniwelować. Czy wolą pójść w kierunku złagodzenia srogich przepisów, czy też po prostu za 20 lat będą wymierzać chłostę laserowym batem? A przecież jest całkiem możliwe, że nikt nie śmieci wokół Marina Bay wcale nie dlatego, że grozi za to wysoka grzywna lecz dlatego, że co 20 metrów ustawiono śmietniczki. Na miejscu singapurskich władz zastanowiłbym się nad tymi zmianami, zanim młodsze pokolenie Singapurczyków nie wymusi tego na nich wzniecając zamieszki.