Nad wschodnim dziedzińcem Wat Pho góruje olbrzymi bot, słynący z doskonałych proporcji, wysokich dachów i bogactwa dekoracji. Otoczony jest rzadko spotykaną podwójną galerią, zawierającą 400 posągów Buddy, wykonanych w klasycznym stylu Ayutthai. Na każdym rogu stoi khmerski prang z białego marmuru. 

Do świątynnego wejścia prowadzi osiem biegów schodów, każdy strzeżony przez parę precyzyjnie odlanych z brązu lwów. Całość uzupełniają kamienne posągi, rzeźby i reliefy. 

Oficjalnie cały kompleks świątynny nosi nazwę Wat Chetuphon. Na cały Wat składają się olśniewające budowle sakralne, skalne ogrody, niezwykłe posągi, malowane dzwonnice, barwne czedi, wspaniały bot oraz główna atrakcja – Leżący Budda 

Na szczęście nie jest tak, że miasto zabiera ci sen nie dając niczego w zamian. Istnieje mnóstwo możliwości, by doczekać świtu. Pierwszą noc spędziliśmy obchodząc gwarne, zatłoczone uliczki centrum i kosztując miejscowych specjałów kulinarnych, sprzedawanych za grosze na setkach ulicznych stoisk. Co do jednego nie mam żadnych wątpliwości – nigdzie człowiek nie zje tak smacznie i tak tanio jak w Azji Południowo - Wschodniej. Drugiej nocy wyprawiliśmy się motorikszą do dzielnicy nocnych przygód zwanej Soi Cowboy. Oficjalnie to ulica z klubami, wewnątrz których dziewczyny tańczą na rurze. Wstęp gratis, co faktycznie oznacza, że ukryty jest w cenie drogich drinków. Dziewczyny w większości ładne. Niektóre bardzo ładne. O ile to oczywiście dziewczyny, bo rozpoznanie płci ze 100% pewnością stanowi w Tajlandii pewien problem. Każda wchodząca grupa osób dostaje szpiega – opiekuna, który dba o to, by nikt nie fotografował ani nie kręcił tego, co dzieje się w środku. W praktyce „tancerki” po występie, za który dostają pewnie marny grosz, nagabują przybyszy proponując im szerszy wachlarz usług. Na ulicach co chwilę mija się pary młodych Tajek i białych pięćdziesięciolatków u progu zawału wywołanego podnieceniem. Wszystko to ciekawe, wszystko trzyma standard, ale tego rodzaju miejsc jest pełno i w Europie, więc złapawszy motorikszę postanowiliśmy się przenieść na tzw „pokaz ping-ponga”. Kierowca przywiózł nas w ciemny zaułek, gdzie rozglądający się wokół kolesie sprzedawali wejściówki do piwnicy, w której odbywał się pokaz. Sama procedura wejścia przywodziła na myśl miejsce, w którym organizowane są nielegalne walki bokserskie. Trochę w tym wszystkim było picu, bo zapewne każdy gliniarz w Bangkoku dokładnie wiedział, co to za miejsce i gdzie się znajduje. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy wewnątrz było rozmieszczenie widowni wokół centralnej sceny, na której występowały „artystki”. O dziwo, widzowie zajmowali krzesełka w oddali, wolne były jedynie te tuż przy „scenie”, więc na nich też usiedliśmy. Nie bardzo rozumiałem, o co w tym chodzi, lecz odkryłem to już w trakcie pierwszego numeru z bananem. Kiedy artystka przygotowywała się do pokazu, postanowiłem zachęcić ją gromkimi owacjami. Namierzyła mnie wzrokiem w pół sekundy, odkręciła się w moją stronę, rozchyliła uda, napięła mięśnie i wystrzeliła bananem prosto w moją klatę. To były chwile, choć krótkie, mojej chwały – zebrawszy brawa od całej widowni, musiałem odpalić artystce haracz za popularność wręczając jej napiwek. Zrozumiałem też, dlaczego krzesełka przy scenie były wolne. Dalsza część tej genitaliady składała się z następujących dyscyplin: znanego na całym świecie numeru z paleniem papierosa, wystrzeliwaniem piłeczek ping-pongowych, zdmuchiwaniem świeczek na torcie oraz otwieraniem kapslowanej butelki coca-coli. Wiadomo czym, za to nie wiadomo jak (przynajmniej jeśli chodzi o kapsle – musiały mieć tam chyba jakiś kolczyk)? Na wszelki wypadek nie dopingowałem już tak głośno, jak wcześniej. Zresztą co chwilę pojawiali się nowi widzowie, którzy masowo popełniali ten sam błąd logistyczny, co ja.  A ponieważ dziewczyny pokazywały w kółko te same sztuczki, po kilku rundach opuściliśmy lokal. Na podobnym pokazie byłem też rok później na nocnym bazarze Patpong – generalnie różnił się on od tego pierwszego jedynie tym, że był może w trochę wyższym standardzie. Zapamiętałem z tego pobytu zabawne zdarzenie – przy numerze z wystrzeliwaną piłeczką pingpongową obsługa rozdawała rakietki – panna strzelała, „gracz” w półmroku nie trafiał w piłeczkę i wszyscy byli zadowoleni. Ale w trakcie naszej wizyty jedną z rakietek dostał Chińczyk, który stanął w pozycji zgodnej z zasadami tej dyscypliny sportu, skoncentrował się jak na finałowym pojedynku o olimpijskie złoto i odbijał jedna za drugą wystrzeliwane w jego kierunku piłeczki. Po kilku próbach powstał impas, gdyż dziewczyna strzelająca piłeczkami opadła z sił, na szczęście interweniowała obsługa przerywając ten nierówny pojedynek i nagradzając upartego Chińczyka gromkimi oklaskami. Poza tym miałem w obu tych miejscach straszny ubaw z par, które odwiedzały tego rodzaju lokale – najpierw oboje siadało czekając na spektakl, a po chwili dziewczyny już opieprzały swoich facetów: „gdzie się gapisz?”; „czemu klaszczesz?”; „podoba Ci się ona?”; „już mnie nie kochasz?” itp. Itd. Strasznie mnie to rozśmieszało, bo przecież jeśli już chłopina trafił na taki pokaz, to gdzie do diabła miał się gapić? 

Wat Arun, zwany również Świątynią Świtu, wznosi się na wysokość 86 metrów nad zachodnim brzegiem rzeki Chao Phraya. Sylwetka świątyni jest tak charakterystyczna, że stała się jednym z symboli Bangkoku. Wysoki prang, wzniesiony w przytłaczającym khmerskim stylu pochodzi z czasów Ramy I i stanowi odzwierciedlenie świętej góry Meru. Budowlę dokończył w 1842 r. król Rama III, a władca Mongkut ozdobił budowlę, okładając powierzchnię tysiącami kawałków porcelany. Ogromny prang główny, oparty na trzech wznoszących się tarasach, jest zwieńczony hinduistycznym piorunem vagra. Dookoła stoją cztery mniejsze prangi, między nimi zaś cztery mandapy. Zespół głównego prangu, trójzębu oraz czterech mniejszych prangów jest wyobrażeniem hinduistycznego wszechświata i czterech wielkich mórz. Do ośmiu wejść na pierwszy taras świątyni prowadzą kamienne schody strzeżone przez figury groźnych, chińskich strażników. Natomiast w czterech narożnikach tarasu wznoszą się niższe prangi. Niższe części pierwszego tarasu otaczają tradycyjne tajskie olbrzymy i małpy oraz postaci bóstw i mitycznych stworów. Na drugim tarasie stoi przepiękny pawilon z czterema posągami przedstawiającymi wydarzenia z życia Buddy – narodzenie, oświecenie, pierwszą naukę oraz nirwanę.  

 

T A J L A N D I A

 

 

T A J L A N D I A

 

 

T A J L A N D I A

 

 

 

 

 

T A J L A N D I A

 

 

 

T A J L A N D I A

 

T A J L A N D I A

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Tajlandia, Bangkok

Światowa stolica melanżu 
Bangkok, pływający targ Thaling Chan
Wat Arun
Bangkok, Wat Arun - naturalistyczny posąg Buddy oraz jeden z mniejszych, narożnych prangów świątyni
Chinatown
Bangkok - tętniące życiem, barwne ulice Chinatown

Chinatown jest jedną z barwniejszych dzielnic tajskiej stolicy. Choć Chińczycy zamieszkiwali miasto jeszcze przed przeniesieniem tutaj stolicy, współczesna lokalizacja dzielnicy pochodzi z czasu, gdy król Rama I zdecydował o budowie miasta królewskiego na wyspie Rattanakosin i nakazał tej społeczności przeniesienie się bardziej na zachód. Przez cały XIX wiek dzielnica mocno się  rozrastała, przyjmując kolejne fale imigrantów z Chin. Powstały wtedy targowiska i świątynie, z których wiele funkcjonuje do dziś.  

Wat Traimit
Bangkok, Wat Traimit - ważący 5,5 tony posąg Złotego Buddy

Świątynia Wat Traimit znana jest przede wszystkim z największego na świecie złotego posągu Buddy. Rzeźba w 83% składa się z czystego drogocennego kruszcu i waży ok. 5,5 tony, co daje jej wartość ponad pół miliarda złotych. Historia posągu sięga XIII wieku. Przez stulecia swego istnienia wielokrotnie pokrywana była warstwami lakieru czy gipsu, aby ukryć jej rzeczywistą wartość, o której z biegiem czasu zapomniano. Podczas przenoszenia posągu w 1955 r do świątyni rzeźba upadła i część odłupanego gipsu ujawniła jej rzeczywisty budulec. W 2010 r. otwarto nową kaplicę, w której obecnie można podziwiać cenną figurę. 

Pływające targi
Bangkok, pływający targ Thaling Chan

Pływające targi przypominają o dawnym statusie Bangkoku jako „Wenecji Wschodu”. Tradycyjny handel i transport jeszcze niedawno odbywał się bowiem w Bangkoku głównie za pośrednictwem sieci kanałów. Dopiero od kilkudziesięciu lat drogi zastąpiły sieć wodną. Dziś targi na wodzie są bardziej skomercjalizowaną atrakcją dla turystów niż miejscem wymiany handlowej. Co nie znaczy, że nie warto poświęcić pół dnia, by taki targ obejrzeć. Można tu skosztować dań z owoców morza oraz wybrać się w podróż łódką po okolicznych kanałach. Sporo towarów sprzedawanych jest bezpośrednio z łódek dryfujących po kanale. 

Główne zabytki
Wat Phra Kaeo i Wielki Pałac 

Bangkok to stolica melanżu. Nie chodzi już nawet o bogatą ofertę miasta, skierowaną do miłośników nocnego życia i zapewniającą cały wachlarz półlegalnych rozrywek. Chodzi o to, że gdy tylko „wyjdziesz z melanżu”, miasto staje się przytłaczające nie do wytrzymania. Ciężko po trzeźwemu przeciskać się przez zatłoczone ulice, ciężko nie oszaleć w tym wiecznym hałasie emitowanym przez linię produkcyjną turystycznych atrakcji. Ciężko przedzierać się wśród pędzących pojazdów przez wielojezdniowe arterie, nie łyknąwszy przedtem co nieco. Szczególnie w miejscu, w którym czerwone światło na sygnalizatorze przy przejściu dla pieszych stanowi dla kierowcy zaledwie delikatną aluzję, iż powinien on „ewentualnie rozważyć możliwość ograniczenia prędkości z uwagi na teoretycznie możliwe pojawienie się pieszego na pasach”. Większość kierowców nie jest w stanie prowadzić pojazdu w takim stresie, więc na wszelki wypadek widząc czerwone światło – dodaje gazu. Nie mam co do tego wątpliwości - Bangkok musi być ciężkim terenem dla abstynentów nie znających uczucia kaca. Bo to miasto wydaje się być kacem samym w sobie. 

Bangkok przywitał nas dość chłodno - zaginęły nam na lotnisku bagaże. Stanowiło to dość duży kłopot, bo przylecieliśmy z Chin (gdzie temperatura powietrza oscylowała w okolicach 5 stopni Celsjusza), zaś na miejscu w Bangkoku o godz. 20.00 był zaduch jak pod sceną na koncercie Slayera w parny, letni dzień. Jak się na szczęście okazało – nie było to jednak prawdziwe zaginięcie. To było takie azjatyckie zaginięcie - po wypełnieniu wszystkich niezbędnych formularzy nasze plecaki pojawiły się nieoczekiwanie na taśmie przygotowanej dla innego lotu. Nie była to więc kwestia niekompetencji pracowników linii, lecz jedyni konsekwencja faktu, że obsługa techniczna miała najwyraźniej wywalone, gdzie skieruje bagaż. Co tam, w końcu taśma to taśma. Zaginął Twój plecak? – Strasznie nam z tego powodu wszystko jedno. No nic, grunt że nie rozpoczęliśmy wizyty od takiego falstartu, bo bez letniej odzieży ciężko by było w tym klimacie przetrwać. 

Bangkok, uliczny stragan z jedzeniem

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że jak na azjatycką metropolię infrastruktura turystyczna działa tu całkiem sprawnie. Pomimo ogromnej liczby turystów (powiedzmy sobie szczerze – zbyt dużej), komunikacja działa sprawnie, a baza noclegowa jest rozbudowana i skierowana do każdej grupy wiekowo – mentalnej. Większość turystów nocuje w okolicach głośnej (dosłownie i w przenośni) Khao San. Uczyniliśmy tak też i my. Dzięki temu mieliśmy okazję by się przekonać, jak to jest mieć pokój przy ulicy, na której do godziny 3 rano puszczają z ogromnych głośników wystawianych na chodnik techno, by tysiące nawalonych w trzy dupy osób mogło się pogibać. Przy czym należy uczciwie przyznać, że turyści wcale nie przodowali w byciu pijanym w trzy dupy. Po okolicy kręciły się całe hordy wleczonych, zarzyganych, tajskich nastolatków. Widać, że turyści wzbogacili mieszkańców Tajlandii nie tylko materialnie, ale też kulturowo. Wszystko to sprowadzało się do jednej, prostej sprawy – jeśli chciałeś to przetrwać, musiałeś iść w tango. Bez melanżu byłeś bezbronny jak dziecko. Bez melanżu byłeś nikim. 

Bangkok - dzielnica nocnych przygód Soi Cowboy

Podsumowując, Bangkok z pewnością jest miastem wartym zobaczenia. Nie widzę jednak sensu pozostawania tam dłużej niż przez trzy dni. A żeby nie przeżyć rozczarowania, trzeba wiedzieć o kilku rzeczach: zabytki są okupowane przez wprost niewyobrażalną masę turystów, zaś atrakcje typu pływające targi stanowią obecnie dość skomercjalizowany show. Natomiast nie można się tu nudzić, a jedzenia, picia i rozrywek jest bez liku. Tylko trzeba melanżować. Bo bez tego ani rusz. 

Za każdym razem gdy zdarza mi się powiedzieć, że lubię Bangkok wydaje mi się to równoznaczne z przyznaniem się do bycia alkoholikiem. Zresztą sam do końca nie wiem, czy lubię to miasto… Dopóki trwa impreza czuję się tam świetnie jak na długo wyczekiwanej osiemnastce, gdy tylko zabraknie procentowego wspomagania, przytłacza mnie otaczający chaos, wypełniony tysiącami decybeli niechcianych dźwięków. Tak się składa, że w ostatnich czterech latach starałem się ustawiać sobie przeloty w taki sposób, żeby wpaść do Bangkoku na 7-8 godzinną przesiadkę i chyba wtedy to miasto podobało mi się najbardziej, pomimo że za każdym razem poruszałem się w identyczny sposób: zostawiałem na przechowanie bagaż w tym samym hostelu, piłem Changa pod tym samym 7/11, jechałem na ten sam nocny bazar, zamawiałem na tym samym stoisku pad thaia. Z pokazu ping-ponga ostatnio zrezygnowałem, mając w pamięci ostatnią awanturę, gdy obsługa klubu próbowała nas naciągnąć na zapłatę 100$ od głowy. Za to zdarzyło mi się po raz kolejny spotkać tą samą staruszkę, od której podczas pierwszego pobytu w tym mieście kupiłem po pijaku drewnianą żabę wydającą dźwięki imitujące „kumkanie” podczas pocierania jej wyrzeźbionego w kant grzbietu dołączonym do zestawu kijkiem (do dziś tak sobie ją głaszczę w domu, kiedy jest mi smutno). Staruszka nadal sprzedaje te same żaby w tym samym rewirze – w porządku kobieta, jak się da jej zarobić na pamiątkach, to i jointem poczęstuje.  

Bangkok - nocny market Patpong
Wielki Pałac w Bangkoku

Pomimo nadmiaru przepychu i złota oraz – moim zdaniem – zdecydowanie zbyt dużej liczby pstrokatych, kolorowych budowli – Wat Phra Kaeo i Wielki Pałac należą do najbardziej oszałamiających tajskich zabytków. Na terenie zespołu świątynnego i pałacowego znajduje się wiele innych budowli i obiektów sakralnych, stanowiących przegląd architektury całego kraju. 

Po przejściu przez wąską bramę na teren świątyni wchodzi się na niewiarygodnie błyszczącą scenę – w świat migocących złotych wieżyczek, bogato zdobionych pawilonów strzeżonych przez niezwykle barwne mityczne stwory.  

Olbrzymie malowidła ze scenami z poematu Ramakien pokrywają mury całego wewnętrznego krużganka watu na długości 1900 metrów. Opowiadają o odkryciu Sity, przygodach jej małżonka Ramy oraz jego towarzysza o twarzy małpy – Hanumana. Malowidła powstały na początku XIX wieku. 

Phra Sri Rattana, czyli Złota Czedi, to stupa mieszcząca kawałek mostka z piersi Buddy. Zbudował ją król Mongkut na wzór czedi w Ayutthai. Za Złotą Czedi znajduje się służący za bibliotekę, bogato zdobiony Phra Mondop. Przechowuje się tu skrzynię wyłożoną macicą perłową, w której są święte pisma Buddy.  

W północno – zachodnim rogu zespołu świątynnego znajduje się Ho Phra Nak – królewskie mauzoleum z urnami zawierającymi prochy członków rodziny królewskiej. Budynek jest zamknięty dla publiczności. 

Wat Pho
Bangkok, leżący Budda z Wat Pho

Świątynia Wat Pho nazywana jest potocznie Świątynią Leżącego Buddy ze względu na znajdującą się w niej ogromną rzeźbę bóstwa w pozycji spoczynku. Rozbudowywany przez kolejnych  tajskich władców kompleks sakralny uważany jest za najstarszy w Bangkoku, a jego początki sięgają XVII wieku. Postać leżącego Buddy została tutaj umieszczona przez króla Ramę III w XIX wieku. Podpierający swą głowę na ręku, lekko uśmiechnięty Budda, ma długość 45 metrów, a jego masywne stopy ozdobione są 108 symbolami, które mają określać prawdziwe bóstwo.  

Tuż za kaplicą z figurą Buddy znajdują  się zbudowane na planie kwadratu i ozdobione kolorową ceramiką  stupy czterech królów. Dwie z nich kryją prochy Ramy II oraz Ramy III, a stupa wybudowana przez Ramę I zawiera w swym wnętrzu święty wizerunek Buddy przywieziony z dawnej stolicy –Ayutthai. Znaczenie ostatniej stupy wzniesionej przez Ramę IV pozostaje nieznane. Wewnątrz głównych budynków świątynnych znajduje się ponad 400 rzeźb Buddy. Centralne miejsce zajmuje hala święceń, zwana w tajskich świątyniach botem. Kamienne tablice przedstawiają sceny z Ramakien – tajskiej wersji hinduskiej Ramajany.  

Bangkok, Wat Pho - barwne czedi wspaniale prezentują się na tle białych zabudowań świątynnych z fantastycznymi, spadzistymi dachami
Bangkok, olbrzymie posągi strzegące wejścia do Wat Phra Kaeo

W centralnej części kompleksu na podeście wznosi się Prasat Phra Thep Bidon (Królewski Panteon) z prangiem w kolorze ochry. Wewnątrz znajdują się naturalnej wielkości posągi pierwszych władców z dynastii Czakri. Panteon otaczają magiczne stwory – np. kinaree – wywodząca się z Himalajów boska postać pół człowieka – pół ptaka, czy też norasingh – straszliwe lwy strzegące wejścia. Na fryzach okalających główne wejście widać garudy – święte zwierzęta Wisznu.   

Świątynia Szmaragdowego Buddy została wzniesiona przez Ramę I pod koniec XVIII wieku w celu umieszczenia w niej świętego posągu Buddy. Jest on dla Tajów symbolem potęgi, boskości i oświecenia kraju. Sama figura wyrzeźbiona jest z zielonego jaspisu i mierzy zaledwie 66 cm.  

Wielki Pałac, zbudowany pod koniec XVIII w, stanowi niezwykłą kombinację architektury stylu włoskiego renesansu i klasycznych tajskich dachów. Ostatnim władcą, który oficjalnie rezydował w tym pałacu był Rama VII – opuścił go w 1925 r. Obecnie pałac służy wyłącznie do celów ceremonialnych.