Nasza ekipa zabrała nas z hotelu zaraz po śniadaniu. Po zaopatrzeniu się w płyny w jednym z nielicznych supermarketów w trzystutysięcznej Arushy i oszacowaniu (czyli jak zwykle niedoszacowaniu) potrzebnych zapasów konyagi (wódki z trzciny cukrowej) wyruszyliśmy w kierunku słynnych rezerwatów. Przemieszczaliśmy się typowym pojazdem przystosowanym do organizowania tego rodzaju wypraw, czyli starym Land Cruiserem z podnoszonym dachem, obciętym zaraz za szoferką, z przyspawaną długą budą gustownie wykończoną od środka polimocznikiem. Są to niezniszczalne pojazdy sprzed 30 lat, których cena niezmiennie kształtuje się w granicach 50 tysięcy dolarów. To znaczy nie psuje się w nich to, co włożyła Toyota, wszelkie własne przeróbki zrobione były po afrykańsku, czyli na słowo honoru. W szczególności na instalację elektryczną strach było patrzeć. Nie mam natomiast zastrzeżeń co do komfortu podróży – całą długą część pojazdu za szoferką mieliśmy do dyspozycji we czterech.
Po około dwóch godzinach podróży zatrzymaliśmy się na lunch w wiosce Mto Wa Mbu, o której mówi się, że jest jedynym miejscem w Tanzanii zamieszkanym przez przedstawicieli wszystkich 120 tanzańskich plemion. Nazwa miejscowości oznacza „rzekę komarów”. Na szczęście zatrzymaliśmy się tutaj w środku upalnego dnia, więc nie mieliśmy okazji zweryfikowania zasadności tego nazewnictwa. Czekając w barze na pierwszy prawdziwy afrykański posiłek, mieliśmy okazję sprawdzenia jakości lokalnego browaru, w tym przypadku degustując najsłynniejsze tanzańskie marki, czyli Kilimanjaro oraz Safari. Typowy tanzański posiłek składa się z kawałka twardego mięsa z dodatkiem ugali (bryły sklejonego ryżu bez smaku) oraz smażonych bananów. Nie wiedzieć czemu standardem w każdym miejscu było to, że na mięso czekaliśmy minimum 40 minut, a zawsze było twarde. Ryż ze wspólnej michy wcinało się bezpośrednio brudnymi rękoma. Kwestie smakowe załatwiał sos chili, ewentualnie papryczki.
Po przerwie obiadowej (miałem napisać, że po krótkim odpoczynku, ale półtoragodzinne siedzenie w upale w brudnej knajpie przy zakurzonej ulicy trudno jednak uznać za odpoczynek) wyruszyliśmy na zwiedzanie pierwszego z planowanych rezerwatów – Parku Narodowego Jeziora Manyara.
Manyara jest płytkim jeziorem o odczynie zasadowym, które znajduje się u podnóża rozległej, wijącej się skarpy Wielkiego Rowu Zachodniego. Północno – zachodnia część jeziora i tereny nadbrzeżne zajmują powierzchnię 330 km² i należą do obszaru chronionego parku narodowego. Jego flora jest bardzo urozmaicona – trawiaste równiny zalewowe, skalne skarpy, gaje akacjowe i gęste lasy czerpiące wodę z warstw podziemnych. Różnorodność środowisk przekłada się też na bogactwo ssaków – można tu zobaczyć bawoły, żyrafy, koczkodany czarnosiwe, pawiany oliwkowe, antylopy gnu, zebry, guźce, impale. Charakterystyczna dla tego obszaru jest też duża liczba słoni. W oczku wodnym można podglądać kilkadziesiąt hipopotamów. Ale najbardziej oryginalną atrakcję ze świata zwierząt stanowią chodzące po drzewach lwy, których oczywiście nie zobaczyliśmy. O przyczynę tego niespotykanego wśród lwów zachowania naukowcy wciąż toczą spór (być może jest to genetyczne obciążenie z czasów inwazji gryzących much – lwy zaczęły wspinać się na wysokość, na której miały względny spokój, a następne pokolenia powtarzały zachowania rodziców, nie zastanawiając się czy ma ono sens). Ponadto w parku żyje ponad 400 gatunków ptaków i wiele gatunków barwnych motyli.
Safari nie jest tanią rozrywką. Wstępy do parków narodowych kosztują 50-60 dolarów, do przemierzenia są setki kilometrów jeepem, a przecież jeść coś i spać gdzieś też trzeba (na terenie obszaru chronionego Ngorongoro czy strefy Seronera w Serengeti noc w namiocie na campingu to wydatek ok 30 dolarów za osobę). Poza kilkoma miejscowościami ulokowanymi przy głównej drodze pomiędzy Arushą a wjazdami do rezerwatów, nie ma gdzie zrobić zakupów. No, chyba że znasz teren tak dobrze, że wjeżdżając do masajskiej wioski wiesz w którym domu dostaniesz surowe mięso. Ale dla przyjezdnych taka wiedza jest nie tyle niedostępna, co nieosiągalna. Żeby ją posiąść musiałbym spędzić tu kilka miesięcy, a wtedy jaki byłby ze mnie „przyjezdny”? Negocjacje z gościem, który miał nam to wszystko na miejscu ogarnąć prowadziliśmy oczywiście w tym kierunku, żeby udało się nam jak najwięcej zobaczyć i jak najmniej zapłacić. Finalnie udało nam się ustalić dość ambitną trasę (wielu organizatorów safari ma ustalony dzienny limit kilometrów), oszczędzając przy tym na własnym komforcie. Nasz nieco szerszy program obejmował trasę z Arushy do Parku Narodowego Lake Manyara i dalej nad jezioro Eyasi (nocleg), potem do obszaru chronionego Ngorongoro (nocleg) i Parku Narodowego Serengeti (jeden nocleg w części centralnej oraz jeden na północy w pobliżu wzgórz Lobo), następnie przejazd wzdłuż granicy z Kenią przez rzadko odwiedzany obszar „Ziemi Masajów” nad jezioro Natron (nocleg) i stamtąd szóstego dnia powrót do Arushy. Cena od osoby wyniosła 200 dolarów za dzień i obejmowała już wszystkie koszty poza napiwkami dla przewodnika i kucharza. Ani super tanio, ani specjalnie drogo. Po prostu safari jest drogie. Następnym razem sprawdzę, jak to wygląda kosztowo, gdy się wypożycza samochód na własną rękę. Choć wynajęcie odpowiedniej terenówki z pełnym osprzętem biwakowym też tanie nie będzie.

T A N Z A N I A

 

 

T A N Z A N I A

 

 

T A N Z A N I A

 

 

T A N Z A N I A

 

 

T A N Z A N I A

 

 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Tanzania, Lake Manyara

Pierwsze chwile na safari
Słoń afrykański - jedyne zwierzę, które tutaj nie musi nikomu schodzić z drogi
Hipopotamy pławią się w Jeziorze Manyara wraz z pelikanami różowymi
W drodze, nieopodal Parku Narodowego Lake Manyara
Zwiedzanie rezerwatu zaczęliśmy z wysokiego C. Dostaliśmy czas wolny na krótki obchód wyznaczonym szlakiem, ale uparłem się, że za ścianą lasu jest jezioro i zaczęliśmy się przedzierać przez coraz gęstsze zarośla. Na szczęście najbardziej tego dnia ogarnięty Suchy zarządził w porę odwrót. Okazało się, że faktycznie brniemy w odwrotnym kierunku. Po powrocie do terenówki, ruszyliśmy niespiesznie wyznaczoną trasą. Nie upłynęło wiele czasu, a wśród zarośli pojawił się duży samiec słonia afrykańskiego. Chwilę później dwa inne osobniki majestatycznie przekroczyły drogę przed naszym autem. Po opuszczeniu strefy lasu wjechaliśmy na sawannę, gdzie obserwowaliśmy pierwsze stada antylop gnu, zebr oraz impali. Nieco dalej, po spękanej słońcem ziemi biegały pawiany oliwkowe. Po dotarciu nad jezioro mogliśmy podziwiać dużą grupę hipopotamów, w otoczeniu ogromnej ilości ptaków, głównie pelikanów różowych i dławigadów afrykańskich. Wracając zatrzymaliśmy się na chwilę zachwyceni pojedynczym egzemplarzem żyrafy, spokojnie obgryzającej z liści przydrożną akację. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że jedna żyrafa wiosny nie czyni, a spotkać je można równie często jak Masajów.
Zbłąkana żyrafa, wyraźnie zbulwersowana tym, że przeszkadzamy jej w skubaniu liści
Po wizycie w Manyara udaliśmy się w kierunku jeziora Eyasi, rozciągającego się przy południowej granicy Obszaru Chronionego Ngorongoro u podnóża 800-metrowej skarpy, stanowiącej część Wielkiego Rowu Zachodniego. Jest to płytkie jezioro sodowe, które w okresie dużych opadów deszczu osiąga długość nawet 80 km. Bardzo ciemny zbiornik wody otoczony jest białymi osadami i krzewami akacji. Jezioro Eyasi jest interesujące przede wszystkim jako ojczyzna plemienia Hadza, żyjącego w koczowniczych grupach rodzinnych liczących ok. 20 dorosłych i ich dzieci. Swoje obozowiska w formie lekkich trawiastych szałasów rozstawiają w ciągu zaledwie paru godzin. Wielu członków plemienia Hadza wciąż ubiera się w tradycyjne stroje ze skór zwierząt: kobiety w skóry impali, mężczyźni w futra małych drapieżników lub pawianów, udekorowane muszelkami i paciorkami. Jednego Hadza zgarnęliśmy po drodze na camping. Wieczorem wybrał się z nami nad brzeg jeziora, a w zasadzie na dno jeziora, gdyż ze względu na porę suchą jezioro skurczyło się do swych minimalnych rozmiarów i widniało hen daleko na horyzoncie. Sytuację tą wykorzystałem na zrobienie przyspieszonego kursu strzelania z łuku, dzięki uprzejmości tubylca, który użyczył mi swoje narzędzie pracy. Późnym wieczorem nasz Hadza, który został w obozie pomimo że mieszkał z rodziną gdzieś niedaleko, zgłaszał się do nas kilkakrotnie po kubek konyagi. Trochę się nawet martwiliśmy, że trzeba go będzie odnieść do chaty-w końcu nie wiadomo, czy jego małżonka też nie chodzi z łukiem. A żona jak to żona, niezależnie od szerokości geograficznej pewnie by nam nie uwierzyła, że to „nie nasza wina”…
Jeżeli chodzi o warunki obozowania w wersji budżetowej, to tzw. camping oznacza teren wydzielony na rozbicie namiotów wraz z zadaszoną kuchnio-jadalnią, z częścią przeznaczoną do gotowania oraz miejscem na rozstawienie przywiezionych ze sobą stolików i krzesełek turystycznych. Jeśli chodzi o infrastrukturę wodno-kanalizacyjną, wodę zapewniają ogromne baniaki. Wszędzie (poza jednym campingiem) był też do dyspozycji gości przynajmniej jeden kibelek z muszlą, w innych trzeba było korzystać z dziury w podłodze. Prysznic to na ogół pomieszczenie metr na metr, z podłogą wylaną betonem, w którym lodowata woda cieknie pod małym ciśnieniem ze zwisającego kawałka gumowego węża. Elektryczności brak, więc wszelkie potrzeby załatwiać należy w świetle latarek. Po zmroku zresztą i tak lepiej nie wychodzić z namiotów, bo można się natknąć na jakiegoś drapieżnika.
Półdziki, nieokrzesany, żyjący w prymitywnych warunkach i prowadzący koczowniczy tryb życia wojownik. Obok niego przedstawiciel plemienia Hadza (ten bez łuku)
Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, by zgodnie z planem udać się z naszym Hadzą na polowanie. Niestety, z pokrytego gęstą warstwą ciemnych chmur nieba lał się rzęsisty deszcz. W takich warunkach bieganie z łukiem po lesie odpadało. Zatrzymaliśmy się po drodze przy ogromnym baobabie, wewnątrz którego okoliczni mieszkańcy ogrzewali się przy ognisku. W wydrążonym pniu olbrzymiego drzewa spokojnie zmieściło się dziesięć osób i dwa psy. Widząc dzieci z plemienia Hadza, Łukasz wrócił się do samochodu po przywiezione z Polski lizaki. Jednak po wręczeniu podarków, zostały one błyskawicznie przejęte przez starszyznę plemienną, a dzieci mogły skosztować słodyczy dopiero z drugiej dostawy. Tak wygląda hierarchia ważności w Afryce. Najpierw dorośli dla siebie, a jeśli coś zostanie, to dopiero dostaną to dzieci, na które tak naprawdę nikt nie zwraca tutaj uwagi. Biorąc pod uwagę, że chodziło o lizaki było to dla nas zachowanie co najmniej dziwne. Ale co by o tym nie sądzić, z pewnością pokolenie tych afrykańskich dzieci w przyszłości nie będzie tak rozpieszczone (a co za tym idzie będzie bardziej zaradne) niż ich europejscy rówieśnicy.
Obfite opady deszczu sprawiły, że piaszczysta droga stawała się nieprzejezdna i zaczynało robić się niebezpiecznie. Samochód jadący przed nami zsunął się po koleinie do rowu, a próbując wyjechać zakopał się w błocie do połowy koła. Wewnątrz została przerażona para starszych turystów. Mieli w zasadzie szczęście, że jechaliśmy za nimi i mogliśmy próbować wyciągnąć ich przy pomocy linki holowniczej. Całością akcji ratunkowej kierował Łukasz, który najpierw odkopał zakleszczone koło, a potem dawał wskazówki, w jaki sposób i w jakim kierunku należy ciągnąć pojazd. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że bez jego doświadczenia cała operacja skończyłaby się zakopaniem drugiego samochodu. A tak, po półgodzinnej walce, oba samochody mogły kontynuować jazdę. Szokujący był fakt, że w porze suchej, po obfitych lecz krótkich opadach droga momentalnie stawała się nieprzejezdna. Koniec końców udało nam się bezpiecznie wrócić do obozowiska, a po śniadaniu słońce grzało już nam czoła z bezchmurnego nieba. Nadszedł czas, by wyruszyć w dalszą drogę-w kierunku obszaru chronionego Ngorongoro, a później PN Serengeti (o których napiszę w odrębnych relacjach).
Jadący przed nami samochód zakopał się w błocie. Wszyscy są zadowoleni: Łukasz, że może sobie popracować szpadlem, a lokalsi cieszą się, że mają własnego białasa od czarnej roboty
Słoń afrykański (suahili: tembe), wysokość w kłębie: 230-340 cm, waga: do 6000 kg. Największe zwierzę lądowe na Ziemi. Słoń afrykański jest inteligentny i lubi żyć w społeczności. Samice żyją w blisko spokrewnionych klanach, gdzie najstarsza pełni rolę „szefowej” dowodzącej swoimi siostrami, córkami i wnuczkami. Więzi matek z córkami są bardzo silne i mogą trwać nawet 50 lat. Samce opuszczają klan rodzinny w wieku ok 12 lat. Chodzą po sawannie w pojedynkę lub tworzą grupę kawalerów. W normalnych warunkach słonie przemierzają ogromne odległości w poszukiwaniu jedzenia i wody, ale zmuszone są żyć w strefach chronionych, ponieważ ich zwyczaj wyrywania drzew z korzeniami wywołuje poważne szkody dla środowiska. Z uwagi na niezwykłe rozmiary nie czuje strachu przed żadnym afrykańskim drapieżnikiem.
Hipopotam
Fauna podpatrzona w Lake Manyara (wybrane przykłady)
Słoń afrykański
Hipopotam (suahili: kiboko), wysokość w kłębie: 150 cm, waga: 2000 kg. Zwierzę charakterystyczne dla dużych afrykańskich rzek i jezior. To ogromne, ociężałe stworzenie spędza większość dnia pod wodą, jedynie w nocy wychodząc na żer. Jest przywiązany do terytorium. Jest zwierzęciem niezwykle groźnym, gdy spotka się je o poranku stając pomiędzy hipopotamem a zbiornikiem wody. Wpada wtedy w panikę i atakuje, poruszając się przy tym – o dziwo – z prędkością do 35 km/h. Panika ta wynika z tego, że hipopotamy mają bardzo cienką skórę, która ulega uszkodzeniu gdy zbyt długo przebywa na słońcu. Stada liczące 10 lub więcej osobników dowodzone są przez dominującego samca, który aż do śmierci zaciekle broni swojej pozycji. Hipopotamy występują licznie w większości chronionych rzek i zbiorników wodnych. Wciąż można je też spotkać poza rezerwatami, gdzie zabijają więcej ludzi niż jakiekolwiek inne afrykańskie ssaki.
Dławigad afrykański (Mycteria ibis) – gatunek dużego ptaka z rodziny bocianów o białym upierzeniu z czarnymi lotkami i zakrzywionym, żółtopomarańczowym dziobie. Żyje samotnie lub w małych stadkach, żeruje na otwartej przestrzeni. Długość ciała około 100 cm, rozpiętość skrzydeł 150-165 cm
Dławigad afrykański
Pelikan różowy (Pelecanus onocrotalus) – gatunek dużego ptaka wodnego z rodziny pelikanów. Upierzenie białe, w okresie godowym intensywnie różowe. Na głowie w okresie godowym wyrasta czub, na piersi i wokół oka żółte plamy, lotki pierwszorzędowe czarne, drugorzędowe czarne od spodu, a białe z wierzchu. Dziób niebieski w górnej części zakończony małym haczykiem, torba żółta o pojemności ok. 13 litrów. Długość ciała ok. 160-165 cm, rozpiętość skrzydeł ok. 240 cm
Pelikan różowy
Żyrafa (suahili: twiga), wysokość w kłębie: 250-350 cm, waga: 1000-1400 kg. Dzięki swojej długiej szyi jest to najwyższe zwierzę lądowe na Ziemi, dorosła żyrafa może mierzyć nawet 5,5 metra. Żyje w luźno zorganizowanych stadach składających się z maksymalnie 15 osobników. Kiedyś występowała w całej Afryce Wschodniej i Południowej. Obecnie zamieszkuje wyłącznie strefy chronione.
Żyrafa