Po zostawieniu bagaży w obozowisku nieopodal jeziora Natron, Sifuel zawiózł nas na skalisty szlak prowadzący do wodospadów Ngare Sero na skarpie Nguruman (na zachód od jeziora Natron). Prowadzi do nich przełom wyżłobiony przez rzekę w ścianie skarpy. Po drodze zaopiekował się nami masajski przewodnik, który co raz wskazywał nam miejsce, w którym najbezpieczniej można przekroczyć rwącą rzekę. Szkoda, że pojawił się już po tym, jak wyrżnąłem orła mocząc torbę z aparatem. Zapamiętałem niepewny wzrok kolegów–wiadomo, gdyby przytrafiło się coś mi-jakoś by sobie poradzili. Gorzej z aparatem-byli naprawdę przerażeni perspektywą moich narzekań przez następne tygodnie podróży. Skończyło się na szczęście na strachu, a aparat pozostał sprawny. Mieliśmy jeszcze pojechać na zachód słońca nad jezioro, ale na horyzoncie znów zebrały się czarne chmury, więc po intensywnie spędzonym dniu powróciliśmy do obozowiska na kolację i lampkę konyagi. A nawet dwie.
Po opuszczeniu Serengeti udaliśmy się drogą biegnącą wzdłuż granicy z Kenią w kierunku jeziora Natron. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek w miejscowości Wasso, w której białego widują chyba rzadziej niż lwa. W każdym razie my żadnych śladów kontaktów międzynarodowych na tym położonym na peryferiach tras turystycznych obszarze nie zaobserwowaliśmy. Czekając na posiłek (czyli klasycznie czekając na mięso, które po godzinie pieczenia nadal było twarde) pokręciłem się trochę po okolicy i porobiłem zdjęcia zapuszczonych budowli i nie mających nic do roboty ludzi. W dalszej części podróży zatrzymaliśmy się w miejscu, skąd rozciągał się przepiękny widok na jezioro Natron z jednej oraz Wielki Rów Afrykański z drugiej strony. Następnie zajechaliśmy do wioski Masajów, do której wpuszczono nas po długich pertraktacjach prowadzonych przez naszego przewodnika. Wewnątrz mieliśmy możliwość obejrzenia warunków, w jakich żyją autochtoni oraz zwiedzenia tradycyjnego boma, czyli masajskiej chaty. Najbardziej charakterystyczną rzeczą, jaka utkwiła mi w głowie po tej wizycie to zaskakujący fakt utrzymywania się niskiej, przyjemnej temperatury wewnątrz tej ciemnej chaty. Masajowie znaleźli widać sposób takiego konstruowania mieszkań, by dało się w nich żyć bez klimatyzacji w upalnym afrykańskim klimacie. Za dolara miałem możliwość sfotografowania masajskich matek z tabunem dzieciaków. Niestety, za każdym razem, gdy próbowałem uchwycić jakiś konkretny kadr okazywało się, że muszę cofnąć się trochę by zmieścić obraz w obiektywie. A za każdym razem, gdy robiłem dwa kroki w tył, dzieciaki robiły trzy kroki w przód, myśląc że chcę im czmychnąć nie zapłaciwszy dolara. Krótko mówiąc – zdjęć się robić po prostu nie dało. Przy wyjściu z wioski (w której przebywały same kobiety i dzieci) doszło do incydentu z grupą Masajów płci męskiej, którzy najwyraźniej wrócili do wioski na wieść o tym, że kręci się po niej stado białasów. Sprzeczka pomiędzy naszym przewodnikiem-Sifuelem a największym zawadiaką z grupy Masajów była dość ostra i dało się słyszeć wzajemne grożenia wezwaniem policji. Ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach, ale najprawdopodobniej Sifuel musiał sięgnąć do kieszeni po kilka banknotów. W zasadzie sam sobie był winien–w programie mieliśmy wizytę w wiosce Masajskiej, a wcześniej mijaliśmy ogromne siedlisko otoczone zaparkowanymi Land Cruiserami nieopodal Ngorongoro, gdzie z pewnością nikt by nas nie wyganiał. Sifuel jednak powiedział, że jest to wioska bardzo komercyjna (czytaj: za wstęp musiałby dużo zapłacić) więc obiecał pokazać nam wioskę na dziko, gdzieś na peryferiach. Więc pokazał, ale pewnie grosza (a raczej szylinga) finalnie na tym interesie nie zaoszczędził. Z jednej strony więc wylądowaliśmy w prawdziwej masajskiej wiosce, a nie w skansenie w którym tubylcy w przebraniach wojowników tańczą przed publicznością pozując do fotografii, z drugiej zaś pozostał pewien niesmak tej całej sytuacji.

T A N Z A N I A

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

T A N Z A N I A

 

 

T A N Z A N I A

 

 

T A N Z A N I A

 

 

T A N Z A N I A

 

 

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

Tanzania, Lake Natron

Przez Ziemię Masajów: wzdłuż granicy z Kenią do jeziora Natron
Masai eskortujący stado bydła, gdzieś przy granicy z Kenią
W drodze do wodospadu Ngare Sero
Jeśli chodzi o samych Masajów, to uważani są oni powszechnie za najbardziej typowy lud Afryki. Prowadzą półkoczowniczy tryb życia i często się przemieszczają w poszukiwaniu lepszych pastwisk dla bydła. Dlatego mieszkają w domkach, które szybko można postawić. Jest to konstrukcja z materiałów najłatwiej dostępnych - gałęzi i trawy, "otynkowana" mieszanką piasku i krowich odchodów. Budową domów zajmują się kobiety. Wioska stoi na planie koła, domki ustawione są na krawędzi wokoło, a całość ogrodzona jest kolczastym płotem z akacji. Na noc wszystkie zwierzęta domowe zapędzane są na placyk wewnątrz wioski, aby ochronić je przed dzikimi zwierzętami. Mężczyźni noszą długie, czerwone płachty materiału, udrapowane niczym togi. Noszą też przy sobie długie drewniane dzidy. Kobiety wyróżnia ogromna ilość biżuterii z paciorków, z czego duża część noszona jest w rozciągniętym na kilkanaście centymetrów uchu. Masajowie wierzą, że bóg Engai-mieszkający w wulkanie Ol Doinyo Lengai, uczynił ich prawowitymi właścicielami wszelakiego bydła na całym świecie, co w sposób oczywisty utrudnia ich relacje z hodowcami nie podzielającymi ich punktu widzenia. Europejczyków, z uwagi na styl ubierania się w ciasne ubrania, Masajowie nazywają pogardliwie Iloredaa Enjekat, co wolnym tłumaczeniu oznacza „tłumiący bąki”.
Komitet powitalny w wiosce Masajów
Poranek następnego dnia znów przywitał nas pochmurnym niebem, w związku z czym wschód słońca nad jeziorem Natron nie był jakimś spektakularnym przeżyciem. W szczególności żal nieco widoku pozostających za mgłą, majestatycznych szczytów wzgórz otaczających jezioro. Widowiskowy wulkan Ol Doinyo Lengai, pomimo niewielkiej odległości od nas, również ukazał nam zaledwie zarys swojego konturu. Ol Doinyo Lengai w języku Masajów oznacza „Górę Bogów” i jest jednym z najmłodszych (350 tys – 400 tys lat) i najbardziej aktywnym wulkanem w Afryce Wschodniej. Jest to jedyny aktywny wulkan, wyrzucający węglanową lawę, będącą formą płynnej skały niezawierającej prawie wcale krzemu. Ma ona ok 50% niższą temperaturę niż inne rodzaje lawy – wynosi ona ok 500 °C i jest niezwykle płynna – pod względem lepkości jest porównywalna z wodą. 

Po porannej kawie wypitej w warunkach polowych w jednym z punktów widokowych, zjechaliśmy w dół w kierunku jeziora. Jezioro Natron to płytki zbiornik wody o odczynie zasadowym, ciągnący się na długości 58 km na południe od granicy kenijskiej. Liczące 1,5 mln lat jezioro powstało w wyniku tych samych ruchów tektonicznych, które uformowały wyżyny Ngorongoro. Położone jest na wysokości 610 m n.p.m. na wyjątkowo suchym obszarze dna Wielkiego Rowu. W najgłębszym miejscu ma zaledwie 50 cm głębokości i wyschłoby już wieki temu, gdyby nie zasilające go wody rzeki Ewaso Ngiro oraz gorące źródła bijące pod jego dnem. Z powodu dużego zasolenia pyłów wulkanicznych i lawy z Ol Doinyo Lengai oraz ze względu na to, że jest jeziorem bezodpływowym (z którego woda uchodzi jedynie przez parowanie), przez tysiąclecia wzrósł zasadowy odczyn jego wód. Woda w jeziorze ma ph 9-11, więc gdy poziom wód w porze suchej jest niski, staje się żrąca jak amoniak. Z tych względów w jeziorze żyją wyłącznie organizmy przystosowane do takich warunków, zaś jedynym kręgowcem jest tilapia. Natron to także jedyne lęgowisko dla 2,5 mln wschodnioafrykańskich flamingów małych. Przedzierając się przez błoto powstałe na skutek silnych opadów, udało nam się dotrzeć dość blisko stada flamingów. Podobno ptaki te swoje różowe upierzenie zawdzięczają zjadaniu sinic, zawierających taki właśnie barwnik.
Flamingi nad jeziorem Natron
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w lokalnym masajskim muzeum, a także w miejscu gdzie odkryto odciśnięte w lawie najstarsze ślady ludzkie na tym terenie, liczące 130 tysięcy lat. Po spakowaniu ekwipunku udaliśmy się w drogę powrotną do Arushy, po drodze o włos unikając czołowego zderzenia z jakimś wariatem, który wyskoczył zza górki. Minęliśmy się z nim dosłownie o centymetry i było to zdarzenie również opisywane w przewodnikach po Tanzanii jako typowe. Po dotarciu na miejsce poprosiłem Sifuela, by wysadził mnie na chwilę w miejscu wskazywanym w przewodniku jako najlepsze do zakupu pamiątek. W jednym ze sklepów na pytanie, ile kosztuje maska odpowiedziano mi, że 85 dolarów. Niespiesznie obejrzałem sobie cały asortyment, wybrałem jeszcze dwie szkatułki i dwie pary kolczyków i kupiłem to wszystko (wraz z maską) za 35 dolarów. Co prawda, początkowo sprzedawca nie chciał się zgodzić na taką cenę, jednak dogonił mnie na ulicy i dobiliśmy targu. Warto więc przemyśleć na spokojnie, co chcielibyśmy kupić i jaką kwotę jesteśmy w stanie za to zapłacić (towar jest w końcu wart tyle, ile jesteś w stanie za niego dać), a nie ulegać emocjom i presji czasu podczas zakupów.
Żyrafy, w tle kontur majestatycznego wulkanu Ol Doinyo Lengai