Zjednoczone Emiraty Arabskie

 

                 Zjednoczone Emiraty Arabskie

 

                 Zjednoczone Emiraty Arabskie

 

       Zjednoczone Emiraty Arabskie

 

       Zjednoczone Emiraty Arabskie

 

         Zjednoczone Emiraty Arabskie

 

Samoloty Wizz Aira z Katowic lądują na lotnisku – widmie, funkcjonującym pod nazwą DWC (Dubai World Centre). Planowo miał to być największy na świecie hub, czyli port przesiadkowy, który docelowo miał obsługiwać 160 milionów pasażerów rocznie. Co z tych planów wyjdzie – nie wiadomo. W każdym razie, lotnisko póki co obsługuje kilka lotów dziennie na krzyż, dzięki czemu rzucają się w oczy dwie oczywiste konsekwencje tego stanu rzeczy: po pierwsze – cała odprawa paszportowa trwa błyskawicznie i przy odrobinie szczęścia już po kilkunastu minutach od wyjścia z samolotu można się znaleźć na zewnątrz terminalu. Tak pochopnych ruchów jednakże nie zalecam, gdyż w strefie wolnocłowej na przylotach znajduje się bardzo dobrze zaopatrzony sklep z alkoholami, oferowanymi (jak na kraj, w którym potem nie ma już po prostu gdzie alkoholu zakupić) w bardzo przyzwoitych cenach. Z lotniska najkorzystniej wydostać się autobusem dojeżdżającym do stacji Ibn Battuta, gdzie można przesiąść się na metro. Żeby odjechać autobusem trzeba nabyć jedną z kart NOL, służących do przemieszczania się komunikacją miejską po Dubaju. W przypadku planowanej wizyty w Abu Dhabi najkorzystniej jest wybrać kartę srebrną i doładować ją bezpośrednio po zakupie odpowiednią kwotą. Koszt przejazdu z Dubaju do Abu Dhabi i z powrotem wyniesie wówczas niecałe 50 złotych. Co ciekawe, w mailu otrzymanym bezpośrednio z dubajskiego Zarządu Transportu Miejskiego (RTA) poinformowano mnie, że na lotnisku DWC nie ma punktu sprzedaży kart NOL, na szczęście zaufałem jednemu z polskich blogerów i bez problemu namierzyłem gościa rozprowadzającego takie karty. O planowanym na bliżej nieodgadnioną przyszłość rozmachu lotniska DWC mogą świadczyć ciągnące się w nieskończoność i świecące pustkami wiaty parkingowe. Pomimo, że stoją niewykorzystane, to przecież w jakimś celu je wybudowano. Choć pewnym być nie można – w końcu to Dubaj, przeinwestowane miasto, którego przepych nie ma nic wspólnego z granicami zdrowego rozsądku.

NAPISZ

nAPISZ DO MNIE

Lorem ipsum

podróże Peru Lima zwiedzanie

ZEA, Dubaj i Abu Dhabi

Abu Dhabi, Wielki Meczet Szejka Zajida
W Emiracie po wypłacie, czyli co tam, Panie, w Ramadanie? Słów kilka o tym, jak przeżyć muzułmański post będąc nieprzejednanym hedonistą
Pustynia Ar-Rub al Chali, popularny cel jednodniowych wycieczek z Dubaju

W czerwcu 2018 roku odwiedziłem Dubaj po raz drugi w życiu i zarazem po raz drugi w przeciągu 15 miesięcy. Samo miasto w tym okresie aż tak się nie zmieniło, natomiast zmieniły się w sposób istotny okoliczności mojego pobytu. Po raz pierwszy odwiedziłem Dubaj w lutym, czyli w czasie, w którym ja biegałem zadowolony w krótkich spodenkach w temperaturze oscylującej wokół 20 stopni Celsjusza, zaś miejscowi przywdziewali w te mroźne dni kurtki oraz swetry. Pogoda, choć może niezbyt sprzyjająca kąpielom w Zatoce Perskiej, stwarzała idealne warunki do zwiedzania miasta. Lądując w Dubaju po raz drugi, w pierwszych dniach czerwca, już po opuszczeniu lotniska wiedziałem, że lekko nie będzie. Podczas gdy w Polsce doświadczałem zaledwie trzydziestostopniowych upałów (i to w najcieplejsze dni), w Emiratach termometr wskazywał 34 stopnie o godzinie 22. Z góry więc założyłem dalszy scenariusz wydarzeń, dzieląc się z osłupiałymi współpasażerami oczekującymi wraz z nami na autobusowy transfer do miasta, że najbardziej w Dubaju podoba mi się w zaistniałej sytuacji to, że już tu byłem i nie muszę na siłę niczego zwiedzać. Drugą zasadniczą różnicą, wynikającą głównie z planów na spędzenie krótkiego czasu na miejscu, było wybranie miejsca noclegowego. W trakcie pierwszej wizyty spałem w Starym Dubaju, zagospodarowanym typową arabską zabudową, z ukrytymi w gąszczu wąskich uliczek meczetami oraz sukami (bazarami). Pomimo tego, że na wypełnionych Hindusami ulicach Starego Miasta z rzadka jedynie można było spotkać Araba w tradycyjnej, białej dżalabiji, dzielnica ta miała jakiś niepowtarzalny klimat, zaś odległości pomiędzy poszczególnymi odwiedzanymi punktami sprzyjały spacerom, tym bardziej że często prowadziły wzdłuż wybrzeży malowniczej Zatoki Dubajskiej. Podczas drugiej wizyty na miejsce noclegu wybrałem nowszą, bardziej elegancką i bogatą część miasta, charakteryzującą się w tych okolicach strzelistą zabudową tworzących betonową dżunglę wieżowców, wznoszonych grupami wzdłuż ciągnącej się dziesiątki kilometrów przez miasto jego głównej arterii komunikacyjnej – Sheikh Zayed Road. W tej części miasta, pomiędzy wydzielonymi i oddalonymi od siebie dość znacznie atrakcjami trzeba było przemieszczać się albo metrem, albo taksówkami (na szczęście dość tanimi). Dubaj z pewnością nie został zaprojektowany w sposób przewidujący funkcjonowanie ruchu pieszego. Widać to wyraźnie w nowej części miasta, gdzie nawet przy głównych ulicach chodnik się czasami po prostu kończy w pół drogi. A klucząc pomiędzy oazami wielopiętrowych biurowców, przedzierać trzeba się przez pozostałości niezagospodarowanej (jeszcze) pustyni. A w zasadzie nie tyle nawet pustyni, co przygotowanych już pod dalszą urbanistyczną ekspansję olbrzymich połaci ciemnego, brudnego żwiru.

Praktycznie

Nie taki Mahomet straszny, jak go malują. A w zasadzie jak go nie malują, bo w religii islamu obowiązuje całkowity zakaz przedstawiania wizerunku proroka. Powiem szczerze – miałem spore obawy związane z tym corocznym muzułmańskim ruchomym świętem, zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż jego obchody w wielu punktach rozmijają się ze słowiańską obyczajowością i kulturą podróżowania z kolegami. Na miejscu jednakże nie odczułem jakichś szczególnych uciążliwości związanych z corocznym postem. Powiedzmy sobie szczerze – Emirat Dubaju nie jest miejscem, w którym trafi się do aresztu za spożywanie soku w miejscu publicznym w okresie Ramadanu. Owszem, należy w miarę możliwości unikać prowokacyjnego przyjmowania płynów na środku ulicy, ale nawet gdyby to się zdarzyło, nie doprowadzi to przecież do sytuacji, w której wokół pijącego wodę zgromadzi się tłum umierających z pragnienia Arabów z zamiarem ukamieniowania niewiernego. Bo po pierwsze – Ci, dla których Ramadan jest najważniejszy, siedzą w te upały w klimatyzowanych pałacach. Jeśli już muszą już gdzieś wyjść do pracy, to podjeżdżają klimatyzowanymi limuzynami do swoich klimatyzowanych biur w bankach, spółkach i innych koncernach. Tak naprawdę prawdziwą postawą pokutną byłoby dobrowolne i świadome wyłączenie klimatyzacji, bo jeść w ten upał i tak się nie chce, więc co to za wyrzeczenie? Po drugie - na ulicach widać głównie Hindusów oraz inne nacje z Azji Południowo – Wschodniej, czyli jednym słowem mówiąc ludzi wyznających religie nie związane z muzułmańskim Ramadanem. Trudno od nich oczekiwać, że podejdą i zwrócą komuś uwagę, że napił się łyka wody przy pięćdziesięciostopniowym upale. Tym bardziej, że sami z pewnością popijają i podjadają, kiedy tylko mają ku temu okazję. Szczytem głupoty byłoby katowanie organizmu tylko i wyłącznie z uwagi na konieczność przestrzegania nie swoich zasad. Jeżeli chodzi o spożywanie napojów alkoholowych w trakcie Ramadanu, to z tym również nie ma najmniejszego problemu – jeśli oczywiście ktoś zaopatrzy się w niego na lotnisku (bo później kupić się niestety nie da. Istnieją co prawda w Dubaju dwa sklepy monopolowe, ale żeby zrobić w nich zakupy trzeba legitymować się dwoma zaświadczeniami – zaświadczeniem o prawie stałego pobytu i czymś w rodzaju zaświadczenia o byciu alkoholikiem). Posiadany alkohol wlewamy do opróżnionej w połowie butelki coca-coli i z takim drinkiem śmiało możemy wyruszać na podbój Emiratu, popijając go z partyzanta. W okresie Ramadanu jest to nawet łatwiejsze, bo popijamy z ukrycia (z plecaka, zza zasłonki w autobusie, spod poły bluzy itp.), a wszyscy wokół kiwają z uznaniem głowami, że tacy z nas porządni goście, bo nie przyjmujemy publicznie płynów w postny dzień. Oczywiście, trzeba wziąć nieco w ryzy słowiańską duszę i zachować umiar - moje informacje i porady nie dotyczą bowiem sytuacji, w której ktoś zatacza się środkiem ulicy w samych majtkach i krzyczy, że: „teraz ja tu, kurwa, jestem szejkiem!”. Warto to zapamiętać, żeby w przypadku aresztowania nie tłumaczyć się głupio, że „przecież Powsinoga pozwolił”. Poza tym trzeba swą rozwiązłość dopasować do dobieranych celów – o ile na plaży obowiązuje raczej zasada „hulaj dusza, ropy nie ma”, o tyle w Wielkim Meczecie zionąć nieprzetrawionym whiskaczem nie zalecam.

Pustynia Ar-Rub al Chali, popularny cel jednodniowych wycieczek z Dubaju
Ramadan

Piękne plaże położone u wybrzeży Zatoki Perskiej były w zasadzie jedynymi miejscami, które w pięćdziesięciostopniowy upał panujący w okolicach południa nadawały się do odwiedzenia. Najbliżej od naszego hotelu położona była słynna plaża Sunset Beach, z widokiem na sławny hotel – żagiel Burj al Arab. Warunki plażowo – kąpielowe były tu idealne, choć przez nagrzany piasek trzeba było żwawo przebiec, by się nie poparzyć, zaś woda w morzu była jak dla mnie ciut za gorąca (przy samym brzegu odczuwalna temperatura wody była tak wysoka, że rozglądaliśmy się za bąbelkami). Atmosfera na plaży raczej luźna, nikt specjalnie na zasady savoir vivre nie zwracał uwagi. W każdym razie, jeżeli już trzeba wychodzić w ten skwar z hotelu, to plaża wydaje się rozwiązaniem najrozsądniejszym. Pewnie dlatego wróciliśmy z niej po krótkiej kąpieli i wyruszyliśmy na pustynię.

Dubaj, plaża Sunset Beach - z prawej strony słynny hotel - żagiel Burj al Arab
Zatoka Perska

Paradoksem wyprawy na pustynię Ar-Rub al Chali jest to, że zajmuje ona 97% powierzchni Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ale żeby się na nią dostać, trzeba wykupić wycieczkę z licencjonowanym kierowcą. Oczywiście, przy takich proporcjach każdy, kto wsiadłby w samochód i jechał prosto przed siebie zostawiając w tyle Zatokę Perską, prędzej czy później by na tą pustynię dojechał. Problemem nie jest, żeby ją znaleźć, tylko żeby znaleźć ciekawe miejsca na samej pustyni. Poza tym jeździć bez większego planu po bezbrzeżnych piaskach to jedno, sztuką jest w pewnym momencie pojechać w takim kierunku, żeby wrócić do Dubaju. Choć pewnie znajdą się i tacy, którzy szturmują te niezmierzone połacie piasku na własną rękę. My zdecydowaliśmy się na wycieczkę z jednym z lokalnych biur podróży – Ocean Air Travels. Siedmiogodzinny program wycieczki obejmował: transport jeepem z hotelu na pustynię i z powrotem (ok 50 – 70 km za Dubajem), rajd po wydmach z postojem na sandboarding (taki snowboarding na piasku), dalszy rajd po wydmach w kierunku położonej na pustyni osady, przy której po krótkiej przejażdżce na wielbłądzie można było obejrzeć zachód słońca, atrakcje w osadzie (przebieranie się za Beduina, tattoo z henny, zakładanie łapy sokolnika i inne bajery) oraz posiłek w formie „eat all you can” i pokaz artystyczny (niestety męski, bo w Ramadanie brzuchy tancerek nie tańczą). Całość kosztowała nas po 50 dolarów od głowy, a więc można wątpić, czy w przypadku pokrycia kosztów wynajęcia samochodu na własną rękę, paliwa oraz posiłku udałoby się nam coś na tym interesie zaoszczędzić. Pomimo tego, że wszystko odbywało się w pośpiechu (szybko na wydmę, decha na nogi i jedziemy, przejażdżka na wielbłądach też na zasadzie kawałek po prostej i z powrotem), to nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że będąc w Dubaju warto się na taką wycieczkę wybrać. Fajny, zróżnicowany (choć oczywiście do bólu komercyjny) program, w bardzo przystępnej cenie.

Pustynia Ar-Rub al Chali, popularny cel jednodniowych wycieczek z Dubaju
Pustynia

Do stolicy kraju wybraliśmy się w bodaj najgorętszy dzień pobytu. Dojazd z Dubaju jest niby dziecinnie prosty (i śmiesznie tani), niemniej jednak trochę czasu zajmuje. A czas w Ramadanie płynie w innym tempie – np. główna atrakcja Abu Dhabi, czyli Wielki Meczet Szejka Zajida otwarty jest tylko do godziny 13, a nie jak zazwyczaj do 22). Jak się jednak okazało, w ten wyjątkowo gorący dzień cała logistyka i tak wzięłaby w łeb. Nasza podróż do Abu Dhabi wyglądała mniej więcej tak: spacer w morderczym słońcu do stacji metra, chwila oddechu podczas przejazdu klimatyzowanym pociągiem, wleczenie w pełnym słońcu na stację autobusową, ponad dwugodzinny przejazd do Abu Dhabi (w większości przespany z wyczerpania, z chwilami przerwy na łapczywe picie napoju za zasłoną), przepełznięcie z dworca do taksówki, próba uniknięcia udaru podczas ponad godzinnego zwiedzania Wielkiego Meczetu, dopełznięcie do taksówki, łapanie oddechu w drodze na dworzec autobusowy wraz z podziwianiem innych atrakcji miasta z okna taksówki, dowleczenie się do klimatyzowanego autobusu, utrata przytomności w drodze powrotnej do Dubaju. W trakcie przejazdu na główny dworzec autobusowy w Abu Dhabi, termometr w taksówce wskazywał 48 stopni Celsjusza. Podsumowując – w stolicy Emiratów udało się nam zwiedzić wyłącznie jedną atrakcję, ale za to taką, która sprawia, że inne atrakcje miasta są tylko jej tłem. Można czuć pewien niedosyt, ale w sumie główny punkt programu został zaliczony, a kto przy zdrowych zmysłach nie przejechałby się do Abu Dhabi za 50 złotych w obie strony? Tym bardziej, że podróż zapewniała największą atrakcję tego kur…sko upalnego dnia – ucieczkę przed słońcem i przebywanie w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Bogatszy o nowe doświadczenia, podsumowując ten krótki wyjazd, powiem tak: Dubaj szczerze polecam, ale radzę unikać podróży do Emiratów pomiędzy czerwcem a październikiem. Chyba, że zamierzacie spędzać czas w klimatyzowanym hotelu, z krótkimi przerwami na kąpiel w hotelowym basenie. Słońce, które tam świeci w środku lata może zabić – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale wiadomo – kto co lubi…

Abu Dhabi, Wielki Meczet Szejka Zajida
Abu Dhabi